Ks. Karol Antoniewicz – Nauczyciel drogi krzyża

Ks. Karol Antoniewicz (1807 – 1852) jest kapłanem współcześnie niedocenianym i zapomnianym. Bardziej rozpoznawalnym jako poeta i autor pieśni takich jak: „Chwalcie łąki umajone”, czy „W krzyżu cierpienie„, niż jako oddany misjonarz i kaznodzieja. Trudno dokonywać tego typu porównań, ale jego dar od Pana Boga do wyrażenia głębokich przenikliwych myśli w prosty, przejmujący sposób wydaje się być nie mniejszy, a może i większy niż docenianego na całym świecie świętego Proboszcza z Ars. Jego całkowite oddanie Bogu w życiu krótkim, ale naznaczonym ogromnym ciężarem krzyża sprawiło, że w sposób szczególny potrafił ukazać drogę podążania za Chrystusem poprzez przyjęcie i cierpliwe niesienie krzyża. Jak napisał: „Bóg najlepiej wie, jakiego nam Krzyża potrzeba — bo Krzyż jest lekarstwem na uzdrowienie chorób duszy naszej -— a choroby duszy komuż lepiej są wiadome jak Bogu?” Krótkie życie wystarczyło by w nim dać świadectwo miłości Boga, a pozostawionym słowem tej miłości nas nauczyć. „Kochasz ludzi, ale ta miłość nie czyni cię szczęśliwym! – dlaczego? – bo nie kochasz dla Boga, ale dla siebie; bo miłości nagrody nie od Boga, ale od ludzi wymagasz; nie kochasz Boga, dlatego nigdy nie nauczysz się i ludzi kochać!”

Kto chce kochać Boga i odnaleźć szczęście w cierpieniu, dla tego teksty ks. Karola Antoniewicza są bezcenną pomocą.

Poniższy krótki tekst o jego życiu niech będzie wstępem do zapoznania się z jego cennymi przemyśleniami, a te z kolei do pragnienia kochania Boga nade wszystko.

Teksty  ks. Antoniewicza opublikowane na naszej stronie (będzie ich przybywać) dostępne są pod tagiem:  

A. Szaroleta


«« »»

Kim był X. Karol Antoniewicz? samo brzmienie  nazwiska daje pewność, że ród z Ormian prowadził. Ta na wskroś polska i szlachetna dusza, jeszcze jednym jest przykładem tego przetopienia się obcych w polski pierwiastek, tam gdzie polityka i zła wola, nie wytworzyła antagonizmów sztucznych. Tak było i z drugiem plemieniem, starszem kilkoma wiekami wspólnego na jednej ziemi pożycia, dopóki… dajmy pokój, w tej rocznicy poświęconej miłości i wdzięczności, nie tykajmy jątrzącej rany.

W zacnem otoczenia przygotował się tu piękny żywot. Ojciec był zdolnym adwokatem i prawym człowiekiem. Matka jego i siostra matki, ze znacznego wśród Ormian rodu Nikorowiczów, to także typowe, na wskroś polskie postacie, co życiem, nie słowem, wyznają prawdę chrześcijańską pełnią nie tylko obowiązki, ale cnoty wszystkie niewieściego w świecie powołania. Ojca utracił w tych latach, które zamykają dzieciństwo, a otwierają młodość.

Marzycielstwo, bo poetą się urodził i poezya, na pół potęgowały w nim uczucie smutku, na pół ujściem mu były. Swobodne przestawanie z naturą, przy wielkiej czystości myśli i serca, napełniały wyobraźnią młodzieńca mnóstwem wrażeń i myśli. Sam określa później, wspominając te lata „szczęścia człowieka, który wiele przejmuje z widoków natury, z prostych wrażeń życia. Jest to skarb, który się w dalszem życiu drobną wydaje monetą, jest to zapas na czas posuchy serca, na czas nieurodzaju ducha”

Był to śpiewak na prostej lirze, która niewiele strun miała, ale tylko szczere i wdzięczne, a jak jemu wydawała własnej duszy nutę, tak wielu innym duszom przynosiła pociechę i ukojenie.

Po skończonych we Lwowie kursach prawnych, po krótkim udziale w powstaniu 30 roku, ożenił się z bliską krewną nie dlatego, że się zakochał, ale że ona była nieszczęśliwą [1]. Osiedli na wsi w Skwarzawie, majątku matki, która rada była zamknąć wdowieństwo swoje za furtą klasztorną. Tu poeta, gospodarzem podobno nie był, ale obowiązki pana domu pełnił wiernie, a nawet heroicznie.

Gdyby nie przywiązanie wzajemne, cnota i miłość Pana Boga, byliby państwo Antoniewiczowie po ludzku bardzo nieszczęśliwi. Pięcioro dzieci dał Bóg z kolei i odbierał, aż wreszcie zupełnie samotni pozostali — ale już wtedy mieli w domu szkółkę, w której oboje wiejskie dzieci uczyli, i szpital, który p. Antoniewiczowa obsługiwała.
Byli już oboje gotowi; osierocone życie oddali Panu Bogu na służbę, ale śmierć i te święte zamiary ubiegła. Pani Antoniewiczowa, na łożu śmiertelnem złożyła śluby siostry miłosierdzia, Karol w sześć tygodni później, pukał do furty starowiejskiego klasztoru. Co z tą chwilą się kończyło, to był wstęp tylko do właściwego życia, wstęp opatrzny, bo sroga szkoła cierpienia miała mu dać klucz do tych tajemnic boleści, które mieszczą się w ludzkich sercach i żywotach; miała dać mu w rękę ten wielki dar pocieszania, który zwykle ten tylko posiadł, co sam łaknął i pragnął pociechy.

Życie zakonne było niezawodnie największem dla zbolałego serca ukojeniem : sądzić, że mu to przyszło łatwo, że tej pociechy nie okupił walką, z której nie każdy wychodzi zwycięsko, byłoby naiwnością, z jaką ludzie światowi sądzą sprawy wewnętrzne. Był majętny, był niepodległy i w sile wieku, bo zaledwie przekroczył rok trzydziesty, otoczony rodziną, która wszelkiemi siłami zatrzymać go w pośród siebie pragnęła. W wspomnieniach później spisanych, sam przebytą wtedy próbę określa: „O mój Jezu, jak bolesne jest to przejście od świata do Ciebie, od chwały do pogardy, od wygód do niewygód, od wolności do posłuszeństwa! Ale w tej ciężkiej chwili ileż pomocy od Ciebie doznałem!“ Te słowa wystarczą za opowieść o tym wstępie do zakonnego życia, które nowicyatem się zowie.

W tej szkole duchownego wyrobienia, po studyach zakonnych, tem twardszych dla dojrzałego, jakim był Antoniewicz, człowieka; po kapłaństwie, którego ze względu na wiek, wcześniej dostąpił, następuje zwykle pracowity urząd. U niego wskazanem było kaznodziejstwo, bo już jako student teologii, okazał w tym kierunku wybitne zdolności.
Już był jak gdyby krucyatę podniósł przeciw pijaństwu, już wobec wylewów 45 roku, roku klęsk, wydobył z duszy słowa dziwnie potężnie trafiające do serc ludzkich, jako podnieta do miłosierdzia i skruchy, kiedy straszliwy rok 46 wstrząsnął krajem.

Gubernator, Książę d’Este, wezwał prowincyała Jezuitów z prośbą, aby rozesłał misyonarzy do najbardziej wzburzonych powiatów: to straszne żądanie przyjęto bez wahania. Straszne, bo od krwawych dni lutowych minęło zaledwie kilka ty ­godni, kiedy X. Antoniewicz i X. Skrocki wyruszyli ku Grybowu i Bobowej. Stamtąd na Ciężkowice, Lipnicę, Gromnik, przeszli aż za Tarnów ku Dębicy, czyli całe prawie pole owego krwawego żniwa.

Misyonarze idą śmiało i pomiędzy krwią bratnią ociekły lud, gotowi na śmierć, czy na powolne męczeństwo, ale tutaj, obok ludzkiego lęku, przejmował serce ich żal i zgroza, bo ci krwawi, to własny lud, z którego „ręka zbrodnicza” zedrzeć zdołała na chwilę w wszystkie znamiona tylowiekowej chrześciańskjej cywilizacyi.
Dla duszy tak subtelnej i polskiej, jak X. Antoniewicza, ból to był osobny i nieporównany: nieraz łzami więcej jak słowem przemawiał, nieraz gromił a po wiele razy wskazywał ludowi z ambony wdowy i sieroty ofiar jego, które z tłumem zmięszane, szukały także w jego słowach jedynej dla siebie pociechy. Te dramata grozy i żalu, któż opisze? Najśmielej przemawiał tam, gdzie mu zemstą grozili, bo w niejednem miejscu jeszcze wrzało i tliło się, jak w niedopalonem ognisku.

Całe lato zeszło na tej wytężającej ciało i duszę pracy. W każdem miejscu po 8 i 10 dni kazał, po 2 i 4 godziny dziennie, ucząc w przestankach katechizmu małe dzieci, i słuchając spowiedzi tłumnych, skruszonych, straszliwych, które do późnego przeciągały się wieczora. Czytelnik spyta, jak to wytrzymać można, ale misyonarz nie pyta: wytrzyma, niewytrzyma — to już nie jest jego sprawa. X. Antoniewicz też nie wytrzymał, i na tych tarnowskich misyach zdrowie zostawił, które od tej pory jak rozbite naczynie, wciąż lepić i drutować była trzeba. Ale jeżeli Cervantes rad był rękę zostawić pod Lepantem, to tem bardziej zakonnik czuje, że poświęcić życie takiej sprawie warto i słodko.

Pomijamy większą część pięknych kart, któreto życie ciśnie pod pióro, pisząc nie żywot, ale krótkie wspomnienie. — Pomijamy nawet dzieje rozproszenia zakonu, tem boleśniejsze, że udział w niem miały polskie ręce i krzywe polskie rozumy.

X. Antoniewicz na różnych tułactwa gościńcach przebył te lata, nie mając odwagi postawić muru granicy między sobą a Polską, przenosząc biedę swoją i sterane zdrowie z Grafenbergu na Śląsku, do najustronniej szych zakątków w Galicyi, wszędzie nieszczęśliwy, bo nie czujący nad sobą słodkich więzów reguły, wszędzie miły i użyteczny wszystkim , a zdobywający przyjaciół przemocą cnoty i gorącego serca.

Czas wypełniał głównie pracą pisarską, a może mało kto wie z dzisiaj żyjących, jak wielki wpływ w odrodzeniu i uświadomieniu katolickiem ludu, miały te małe książeczki, które wszędzie trafiały: i wprost do chat, i do chat przez dwory, a zwłaszcza trafiały w serca, bo każdy odczuwał miłość, z jaką były pisane. (…)

W listach, tych listach tak mnogich, jak gdyby nimi tylko czas zapełniał, w tonie gawędy półrzewnej, pół-wesołej, jest Antoniewicz nieporównany. A że listów ludzie już ani piszą, ani potrzebują, więc w starych odszukiwać trzeba tych skarbów uczucia i dowcipu, których ojcowie i matki nasze wyrażać się nie lenili, a które ściślej społeczeństwo łączyły, niż koleje i telegrafy. Środek pomiędzy listami a książką duchowną stanowi owo „Poselstwo od Aniołka w niebie do matki na ziemi“, najrzewniejszy pomnik przyjaźni na gruncie wspólnych cierpień wyrosłej.

Zmęczony paroletniem tułactwem, zniechęcony życiem, które mu się próźnem zdawało, X. Antoniewicz zdecydował się za przykładem kilku współbraci, szukać pracy we Francyi.

W tej myśli z Grafenbergu ku Krakowu zdążał w lipcu 1850 roku, kiedy w drodze wieść o pożarze Krakowa odebrał. Gdy dojechał, miasto płonęło jeszcze i przez jakie 10 dni co noc prawie nowy alarm przerażał nieszczęśliwych mieszkańców. Chwila była straszna, bo serca upadały, zdawało się, że z miasta nic nie pozostanie i gdyby nie kilku ludzi wielkiego serca, biskup Łętowski, p. Antoniowa Potocka Paweł Popiel, przeor Dominikanów X. Fabian Webelon, gdyby nie płonąca wymowa X. Antoniewicza, to kto wie, czy odwaga byłaby się znalazła do pracy po ludzku niemożliwej, odbudowania tylu ulic i domów, a nadewszystko tyla kościołów. Oczywiście znalazło się tych sporo, co ten ostatni wydatek ganili najmocniej, boć zawsze pieniądz, jak wiadomo od czasów Judasza, da użyć się lepiej, niż na chwałę Bożą.

X. Antoniewicz w tem nieszczęściu krajowem widział dla siebie głos Boży; już o Francyi nie myślał i w Krakowie, w biednej celce u Marków zamieszkawszy, spędził prawie rok na ciągłych kazaniach, misyach, naukach, których w listach po kilkadziesiąt na miesiąc notuje. „Zostanę” — pisał — „zostanę teraz w Krakowie i będę pracował wszystkiem i siłami wśród gruzów i popiołów… Żeby tylko piersi i gardło wydołało, bo serce wydoła przy łasce Bożej„.

Opisywać życie moje w Krakowie, byłoby miłosierdzie po miłosierdziu Bożem. Czuję w sobie jakiś ogień święty, którym chciałbym cały ten Kraków w sercu pomieścić i rozegrzać, a do Boga zaprowadzić… Miałem dwa kazania grzmiące i długie, a piersi tak się spisały, żem nie ochrypł. O jakżeż Bóg dobry!

Na dwie strony prowadził X. Antoniewicz odbudowanie Krakowa, nawołując do pracy i składek, ale podnosząc razem w duszach gmach wiary mocno nadpsuty. Do odbudowania z gruzów dwóch pięknych świątyń, słowo X. Antoniewicza niezawodnie dużo się przyczyniło, niech mu to Kraków wdzięcznie pamięta. Najsilniejsze na obecnych wrażenie zrobiło kazanie, wypowiedziane na gruzach dominikańskiego kościoła, z pod drewnianego krzyża, który dotąd blisko kruchty stoi. Prawda, że tam same zgliszcza wolały: Sunt lacrimae rerum. 

Nam wydaje się najpiękniejsze jedno z tych grzmiących kazań u Panny Maryi, którego ustęp tu przytaczamy:

„Dwa tygodnie jeszcze nie minęło, a to miasto poważne wiekiem, czcigodne pamiątkami, promienne aureolą świętych patronów narodu, przemawiało do każdego serca polskiego, serca katolickiego. O miasto świętych pańskich, miasto tylu pamiątek chwały i boleści, o matko ziem polskich, jakżeż dziś w grubej stoisz przed nami żałobie! Twoje pamiątki, to garść popiołów, twoje nadzieje z dymem znikły. Tyś było matką naszą, dobrze tu było modlić się, dobrze tu nam było marzyć, dobrze i płakać. Ach, tym popiołem posypawszy głowy, wołajmy: Panie zlituj się i nie karz nas w przyszłości naszej, nie odbieraj nam przeszłości naszych, oszczędź kościoły, oszczędź groby ojców i matek naszych, bo w tych kościołach, w tych grobach, tleje iskra nadziei nawrócenia naszego. Panie, czyliż nie wysłuchasz jęków serc naszych: Wszak myśmy dzieci tych ojców, którzy w tych kościołach niegdyś głosili niebu zwycięstwo, za pomocą Twoją, nad nieprzyjaciółmi wiary św., a zwycięstwo łzami i krwią ich okupione. Panie, tu więcej jak groby, tu spoczywają ciała wybranych sług Twoich. Oni kochali Polskę, i dziś proszą i żebrzą o zlitowanie u stóp majestatu Twego. Duchy ich unoszą się nad tem miastem.
Tu ś. Stanisław, biskup nasz i męczennik, wyciąga z Wawelu błogosławiące ręce za swoim Krakowem, tu Jacek patrzy na te okopcone domu swojego mury, w których przez tyle wieków grzmiała chwała Boża. Polsko, ugnij kolana przed Królową twoją, patrz, oto Salomea unosi się nad rozburzonym domem, aby płomień nie ważył się nawiedzić kaplicy jej. To Szymon, ubogi zakonnik, którego głos grzmiał niegdyś do pokuty wzywając po rynkach i ulicach Krakowa — to Jan Kanty, ta droga perła w koronie polskiej, — to te całe zastępy w purpurze i siermiędze, w habicie i pancerzu, — otoczyły cię niewidomie, wstawiając się o miłosierdzie Twoje. Ach, gdyby oni płakać mogli, gorzkąby łzą nad tobą zapłakali wołając chórem: „Jeruzalem, Jeruzalem, o Krakowie, Krakowie, nawróć się do Pana i Boga Twojego“
.

To kazanie natchnęło Franciszkowi Paszkowskiemu śliczny obrazek, reprodukowany litografią, bo fotografii jeszcze nie było, i sprzedawany na cel odbudowy kościołów: na odłamie łuku gotyckiego Jacek i Salomea przedstawiają Najś. Pannie zgliszcza dwóch kościołów.

Byłaby ta praca Antoniewicza w Krakowie trwała dłużej, ale żniwo otwierało się gdzie indziej, tam Pan żniwa wysłał robotnika swego.

Odrodzenie katolickie Śląska, powiedzmy ożywienie, bo ten lud dobry nigdy wiary nie stracił, zaczęło się pracą X. Fiecka, proboszcza w niemieckich Piekarach na Górnym Śląsku. Tam stale prawie ktoś z polskich Jezuitów przebywał, tam kazania i nauki, a bardziej jeszcze książeczki i obrazki polskie na cały Śląsk się rozchodziły, i wraz z czcią Najś. Panny Piekarskiej, roznosiły polską mowę i wznowioną tradycyjną przynależność do Polski. Tak to daleko szukać by trzeba korzenia owej wszechpolskiej agitacyi, którą jakby świeżą sprawę nam wymawiają, tak to ściśle zlana jest u naszego ludu świadomość narodowa z katolicyzmem. Z Piekar zaczął się tedy w 52 roku szereg misyj tem ważniejszych, że się na nie ludność bliskiego Królestwa tłumnie przekradała.
Od wsi do miasteczek, od miast do wsi przechodzili robotnicy Boży, znacząc drogę misyjnymi krzyżami, z których każdy był pomnikiem wielu nawróceń, wielu łez pokutnych, a zarazem drogowskazem przyszłości.

W Nissie, gdzie bawili najdłużej, już nawet domek swój mieli Jezuici; stamtąd pisał X. A ntoniewicz: „Myślałem, że w Nissie wypocznę, ale widzę, że odpocznę chyba w niebie.“ Liczne powołania duchowne i zakonne, które gimnazyum w Nissie wydało, świadczyło o trwałym w plywie jego działania. Ale przystań to była krótka. Wielkopolska, tak bliska Śląska, już dawno ku misyonarzom wyciągała ramiona, a X Antoniewicz rwał się do pracy wśród ludu rdzennie polskiego i przyjaciół, jakich pozyskał był w Gratenbergu : Morawskich, Chłapowskich, Łubieńskich z Pudliszek, których dobra i serdeczna wola wszystko przygotowała i ułatwiała.

Rząd pruski spostrzegłszy się zapóźno, jakie rozmiary przybierał ten prąd, który zrazu tolerował,gdzie mógł, jak mógł, stawiał zapory, formalności, zakazy. Cóż mu się dziwić? Toć w Krakowie, dokąd X. Antoniewicz na kilka dni wypoczynkuwśród pracy pojechał, policya wręczyła mu nakaz natychmiastowego wyjazdu. Ale zapału ludu — a raczej zgodnie złączonych wszystkich stanów, nic powstrzymać nie mogło. Fale ludu, jak morze napływały dołem, a górą druga fala ciągle świeżej, równie gorącej wymowy zlewała potokami łaski skruszone serca i ukorzone głowy. W Obrze, w starym, po cysterskim klasztorze, już nawet stałe naznaczono Misyonarzom mieszkanie. Już tam i celki, i furta, i dzwonek, owe najdroższe zakonnym sercom godła dobrowolnej niewoli, a nad gromadką towarzyszy Antoniewicz przełożonym naznaczony.

Ale do grona kaznodziei przybył kaznodzieja nowy i nieczekany  – mór. Cholera z wielką siłą srożyć się zaczęła. Misye przerwano, ale każdy z Misyonarzy od rana do nocy to jeździł do chorych, to spowiadał tłumnie cisnących się do każdego kościoła, i z prostą wiarą polskiego chłopa na śmierć się gotujących ludzi.

X. Antoniewicz płakał serdecznie nad ludem, a radował się, widząc go tak utwierdzonym i mężnym. A z nim samym co się działo? Już od misyj śląskich czuł się podkopanym na siłach, już nieraz z nóg go waliła choroba lub przemęczenie, ale na krótko. Wola dźwigała upadające ciało.

Usadowienie w Obrze, uczucie stąpania po stałym gruncie zakonnego życia, było ostatnią, ale krótką jego pociechą. Dnia 4 listopada, w sam dzień swego patrona, pisał: „O jak nam tu dobrze, tak bliziutko Pana Jezusa! Jeszcze domek nie jest w porządku, ale spodziewam się, że przy łasce Bożej będziemy mogli zaprowadzić zakonny porządek.”

„Nie doznałeś tego bolesnego żalu, być wygnanym z domu matki i tułać się z kąta w kąt i dlatego nie możesz pojąć jaki spokój i radość powrócić znów do domu matki swojej… po czterech latach zgromadzać się na głos dzwonka i niechaj to Bóg Wielkopolsce nagrodzi”.

Z 7 na 8 dostał w nocy lekkich objawów cholery. Z razu lekarza nie chciał, było niby lepiej, ale wkrótce nie miał już żadnych o komu swoim wątpliwości. Bóg mnie zachował — mówił do braci — abym umarł w klasztorze, przy braciach moich… teraz ledwo wstąpiłem do tego domku, już śmierć po mnie poseła. O jak dobrym jest Bóg! chciałbym się bać śmierci, ale nie mogę i nie umiem, boś Ty Jezu taki dobry!… Pan już kołacze, śmierć się zbliża… pamiętajcie pochować mnie w sukni jezuickiej”.

Chociaż cholera przeszła w tyfus, chory, prócz chwilowego majaczenia, do końca był przytomny, wciąż promieniący weselem nie ziemskiem. W niedzielę 14 listopada, największy święty Towarzystwa Jezusowego w Polsce Stanisław Kostka, przyszedł po brata swego, uprosiwszy mu śmierć, dla zakonnika jak dla żołnierza najpiękniejszą, śmierć na polu bitwy i pracy.

Do takiego życia, cóż dodać. — Opera ejus sequantur eum. [Czyny będą podążać za nim]

 

Nauki i wiersze ks. Karola Antoniewicza 

Polecamy też tekst o ks. Antoniewiczu dostępny tutaj


Jadwiga Rostworowska- O. KAROL ANTONIEWICZ.  Czcionkami drukarni »CZASU«
Kraków. 1902 r.

 

[1] Na małżeństwo z krewną Karol uzyskał dyspensę w Rzymie, a przyczyną nieszczęścia kuzynki, jak pisze w książce „Ksiądz Karol Antoniewicz” Jan Badeni, były nalegania ojca na wydanie jej za mąż za nieodpowiedniego kandydata i chęć macochy do pozbycia się jej z domu na korzyść córki macochy z pierwszego małżeństwa.

Codziennie wieczorem wspieramy osoby wyrażające swoje poddanie się woli Boga naszą modlitwą:

Niech się stanie wola Twoja! (Módlmy się)

„Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie.”

Wskazane jest też dodać za Matką Boga: „Oto Ja służebnica(sługa) Pańska(i), niech Mi się stanie według Twego słowa!”

Codziennie wieczorem wspieramy osoby tak wyrażające swoje poddanie się woli Boga modlitwą :

CZYTAJ CAŁOŚĆ