O prawdziwej pobożności – Ks. K. Antoniewicz (Na Narodzenie NMP)

Na Narodzenie Najświętszej Panny.
O prawdziwej pobożności.

Kochać, cierpieć, pracować, to życie nasze. — Kogo kochać i jak kochać? — Miłość ludzi z Bogiem i dla Boga, a bez Boga. — Marya daje przykład miłości prawdziwej, bo opartej na gruntownej, gorącej pobożności. — Zaniedbanie nabo­żeństwa to zaniedbanie doskonalenia serca. — Pan Bóg nas nie potrzebuje, ale my potrzebujemy Pana Boga. — Marność rzeczy ziemskich; tylko dla Boga żyć, pracować i cierpieć warto. — Marya gwiazdą morską, matką wszystkich sprawiedliwych i grze­szników. — Bractwo Serca Maryi, postanowione nie na sądzenie innych, ale na upro­szenie nawrócenia grzeszników. — Nienawidźmy grzechu, ale kochajmy grzeszników; tern damy dowód prawdziwej pobożności.

 

Serce nasze kochać musi, bo na to Pan Bóg dał nam serce. Jako to serce materyalne jest punktem środkowym życia naszego, tak serce duchowe, tak miłość jest punktem, jest duszą życia naszego du­chowego. To prawda tak jasna, tak pewna, że o tem już nikt ani na chwilę nie wątpi. Tak jest, bracia! kochać i cierpieć, pracować w tem cierpieniu i pracować w tej miłości — to całe życie nasze, to jedyny cel życia naszego.

Ale, bracia, stawiam pytanie: jak kochać mamy i co kochać mamy? Pytanie to ważne, a odpowiedź na nie już zna każde dziecko, bo to było pierwszem, czego się nauczyło: „Kochaj Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego”. Ale wstyd pomyśleć, że to, cośmy już jako dzieci wiedzieli, gdy tylko podrośniemy, to jak gdy­byśmy nigdy o tem nie słyszeli. Stańmy między niebem a ziemią: i świat i Bóg pragnie pozyskać serce nasze. Mamy wybór: Boga albo świat, — Stwórcę albo stworzenie. Tutaj nie masz rozdziału: dwom panom służyć nie można, dwóch panów słuchać trudno, — to pewna.

Chcecie więc kochać ludzi, — kochajcie. Ale wiedzcie o tem, bracia, że jeśli Boga ukochacie, to już i ludzi kochać będziecie, a ta miłość wasza będzie zbawienną, błogosławioną i rosę łask niebieskich ściągnie na domy wasze i na dzieci wasze i na rodzinę waszą; jeśli zaś Boga nie ukochacie, to wasza miłość będzie tylko chwilowym popędem znudzonego serca, — będzie to tylko miłość własna, płaszczykiem mi­łości prawdziwej pokryta, a tak bezrozumna, że ani wam, ani tym, którzy są tej miłości przedmiotem, zbawienia nie przyniesie.

 

O, bracia! chcecie mieć przykład prawdziwej miłości, to macie Maryę, której narodzenie Kościół święty dziś obchodzi. Kochajcie Boga tak, jako Marya kochała, — kochajcie ludzi, jako Ona kochała, — a i wy i ci, których kochacie, tej miłości zbawiennych doznają skutków.
Ale chcemyż do takiej miłości dojść, miejmy nabożeństwo prawdziwe, gruntowne, gorące, — to jedyny pewny środek dojścia do zu­pełnej doskonałości. Nabożeństwo to niechaj będzie przedmiotem uwagi naszej.

 

 

Nabożeństwo prawdziwe dla jednego rzecz ciężka, dla drugiego łatwa! — zależy to od usposobienia serca naszego, od sposobu życia naszego, a jednak przede wszystkiem od łaski Boga i od naszej dobrej zależy woli. Na łasce boskiej nigdy nam nie zbywa, a więc zbywa nam jedynie na dobrej woli

. O, bracia! zwróćmy oczy nasze wstecz, zwróćmy na dziecinne lata niewinności naszej, gdy dusza nasza była tak spokojna! — ach! wtenczas modlitwa była naszą jedyną pociechą, wtenczas modlitwa była nam tak łatwą, umieliśmy tak słodko modlić się! Czyż nie byliśmy wtenczas szczęśliwymi? czy skarżyliśmy się wtedy na świat? — nie. Skarżyliśmy się może na ludzi? — i to nie. Ani zazdrość, ani gniew, ani zmysłowość, ani pycha nie prześladowały nas wówczas. Byliśmy szczęśliwi. Czemuż to wszystko tak się odmie­niło? czemuż to wszystko jako sen minęło?

Ale powie kto: „Wszakże dzieckiem zawsze być nie można, bo rozum z dniem każdym się rozwija, trzeba więc podług ludzi się stosować”. O, bracia! na te wszystkie trudności krótka jest i łatwa odpowiedź. Oto mamy przykład Maryi: święta w urodzeniu, świętą pozostała przez cały ciąg życia swego. Prawda, urodziliśmy się w grzechu, — ale urodziliśmy się w Kościele katolickim, w którym udzielony nam chrzest święty zmył tę plamę, co ją na świat przynieśliśmy; przywdzialiśmy szatę niewin­ności i otrzymaliśmy łaskę Bożą.

Zawsze dzieckiem być nie można, to prawda, — ale można być zawsze niewinnym, zawsze można po­ zostać dobrym i zawsze można kochać Boga. Lecz gdy tylko ten pło­mień miłości boskiej ostygać zaczyna, to płomień namiętności bardziej a bardziej się rozszerza; gdy tylko nudną nam jest rozmowa z Bogiem, szukamy natenczas rozmów ludzkich, a tamtą uważamy za niepotrzebną; zaś rozmowy ludzkie są tak próżne, jak te serca, z których wychodzą, bo ani rozumu naszego oświecić, ani serca do dobrego zagrzać nie potrafią. Gdy tylko poczynamy od kościoła uciekać, to pełno jest nas wszędzie, gdzie nas nie potrzeba: i po ulicach, i po spacerach, i po zabawach. A nie nauczy się tam ani żona, ani mąż, jak mają powinności małżeńskie wypełniać; nie nauczy się tam matka, jak ma dzieci wychować; nie nauczy się tam dziecko, jak ma rodziców szanować; nie nauczy się sługa, jak ma wiernie panom służyć. Dlatego to teraz tyle skarg, tyle narzekań i oczy codziennie widzą i uszy co­ dziennie słyszą… Bo rzecz prosta: o ile się od Boga oddalać będziemy, o tyle się oddalimy od dobrego.

 

Zaniedbać nabożeństwo, to znaczy zaniedbać własne doskonalenie. Pierwsze powinności, któreśmy na chrzcie świętym przyjęli, są powin­nościami świętej wiary naszej; jeżeli te sobie lekceważyć będziemy, to i powinności stanu przekroczyć lekką będzie dla nas rzeczą.

Nie możemy zawsze być dziećmi? A czemuż nie? O, ojcze! o matko, która tak mówisz! a cóżbyście na to powiedzieli, gdyby syn wasz, gdyby córka wasza też same powtórzyli słowa? „Ja byłem synem, ja byłam córką twoją, — ale to tylko do dziesiątego, ale to tylko do dwudzie­stego roku; teraz bądź zdrów, ojcze! bądź zdrowa, matko! teraz mi już wolno lżyć ciebie, obrażać cię, bluźnić przeciw tobie; już prze­stałem być dzieckiem twojem „. Czyż mało teraz dzieci to samo jeżeli nie słowem, to przynajmniej uczynkiem potwierdza? Bóg jest ojcem naszym, — Marya matką naszą. Ale gdzież cześć, gdzie uszanowanie, gdzie miłość nasza dla Nich?

Nie chcemy być dziećmi Maryi, wy­rzeknijmy się więc zawczasu wszelkich praw do nieba, do wieczności, wyrzeknijmy się zbawienia i lećmy w przepaść wieczną. Nie chcemy mieć Boga za ojca, — będziemy go więc mieli za nieprzebłaganego sędziego; nie chcemy Maryi za matkę, — będziemy ją mieli za oskarżycielkę.

 

„Ależ Pan Bóg — powiada niejeden — nie potrzebuje mnie, ani modlitwy mojej, ani nabożeństwa mego”. O, bracia! to pewne, to aż nadto pewne, że Pan Bóg ani mnie, ani ciebie, ani żadnego nie potrzebuje; ale my potrzebujemy Pana Boga, ale my potrzebujemy Maryi. O, człowieku! o, nędzny prochu! i cóżeś ty jest? Oto popatrz na ulicę, gdy silna burza powstanie, — masz obraz życia twego, masz obraz całego rodzaju ludzkiego: wstają tumany kurzu, proch w górę się wznosi i wiruje w powietrzu, a gdy wicher ucichnie, proch opada i, jak był prochem, tak prochem na ziemi zostaje. Ta burza — to życie; ten proch w górę uniesiony — to człowiek żyjący; ten proch opadły — to człowiek umarły. Rzućmy okiem tylko po tern naszem mieście, — spostrzeżemy jakby mrowisko: wszyscy zajęci, wszyscy biegają, krzątają się, budują, sprzedają, kupują, jakby tu już wiecznie żyć mieli; myślą o wszystkiem, tylko o tem jednem nie pomyślą, o czemby najwięcej myśleć powinni. A wpośród tego gwaru i za­ mieszania biją dzwony grobowe, i dzień mija po dniu, a bramy cmen­tarza nigdy się nie zamykają, przyjmując jednego po drugim, — i nie minie wiele czasu, jak już tyle wieków minęło, a o nas ani wzmianki, ani śladu nie będzie… Bóg zaś będzie, jak był od wieków, w całej chwale swojej. A z nami co się stanie? — ach, bracia! strach po­myśleć!… choć podobno o tem nikt nie myśli.

 

„Ach! na co to chodzenie do kościoła? do czego te modlitwy, to klęczenie? Bóg jest szczerym duchem, więc tylko w duchu czcić go trzeba. Ja się modlę, gdy patrzę na te gwiazdy, na to słońce, gdy słucham śpiewu ptaków, mruczenia potoku!” — O, taką modlitwą niedaleko zajdziesz i nie postrzeżesz się, jak godzina po godzinie, dzień po dniu przebieży, a tobie cóż zostanie?…

 

Nie tam szczęście, gdzie złoto; — nie tam szczęście, gdzie ho­nory, — nie tam szczęście, gdzie śmiechy i swawola, — ale tam, gdzie czystość sumienia, gdzie spokojność serca, gdzie miłość Boga i Maryi! Lepiej zaiste z Maryą się smucić, niż ze światem weselić.

Pytam was wszystkich, których serca zbolałe, a którzy ze łzami witacie i żegnacie słońce, — was, którzy od dzieciństwa krzyż ciężki nosicie, — was, których choroby nękają lub nędza przygniata, – was, którym potwarz wydarła sławę i spokój, — jeżeli jeszcze żywa wiara jest w sercach waszych, jeżeli miłość Maryi jest w duszy waszej, — pytam : czybyście się zamienili z tym bogaczem rozpustnym, który stracił wiarę, który bluźni Maryi? Ach! nigdy, nigdy! o, lepiej po tysiąckroć razy być owym żebrakiem, co u drzwi kościoła siedząc, czeka na ten szczę­śliwy moment, kiedy się połączy z Tą, na której cześć nabożnie ko­ronkę odmawia!

 

 

O, Maryo! gdyś Ty się okazała, podówczas cały ród ludzki po­grążony był w morzu grzechów ; noc straszna, noc piekielna, rozwi­dniona łuną, spoczywała na tych bałwanach wrzącej namiętności! Tyś się nad tem morzem ukazała gwiazdą morską, a świat cię powitał! Morze zawsze to samo, ale nad tem morzem jest błękit nadziei, a na tym błękicie gwiazd tyle, gwiazd jasnych! — to wszyscy Święci, pa­tronowie nasi; a w pośrodku nich gwiazda jedna, jaśniejsza nad inne — to Marya, to matka nasza, to królowa nasza, to. opiekunka nasza, to pocieszycielka nasza!

Ale, o, Maryo! niegodnibyśmy byli twej miłości, gdybyśmy nie mieli miłości dla bliźnich, gdybyśmy nie mieli miłosierdzia nad grzesznikiem, bratem naszym — bo ten kochać Ciebie nie może, kto nie idzie za twoim przykładem, a kto za twym przykładem idzie, ten i grzesznika kocha. Może to dziwnem wam się wyda, że trzeba kochać grzesznika, nieprzyjaciela Boga, nieprzyjaciela Maryi. Tak jest! możemy i powinniśmy kochać, ale kochać miłością chrześcijańską, miłością rozumną, miłością dla niego zbawienną. O ile grzech nienawidzić, o tyle grzesznika kochać powinniśmy. Nie tem chwałę Boga rozszerzymy, że będziemy niemiłosiernie sądzili i potę­piali nieszczęśliwego, ale tem, że go na dobrą naprowadzimy drogę; nie tem spodobamy się Matce naszej, że będziemy ścigali i prześla­dowali Jej dzieci, ale tern, że najwięcej dzieci dla Niej pozyskamy.

 

O, bracie! o, siostro! tylko ostrożnie, ostrożnie w sądzeniu, aby wyrok, który wydasz na brata twego, nie był kiedyś wydany na cie­bie! Owe plotki, owe obmowy, niby to z wielkiej gorliwości rozsie­wane, rozgadywane, jeszcze nikogo nie nawróciły, ale już wielu zgu­biły. Miłość prawdziwa nie łaje, ale naucza — nie cieszy się z nędzy drugiego i nie mówi: „Dobrze mu tak, bo to rozpustnik, bo to roz­pustnica, bo to pijak, bo to jędza i t. d .“, ale widzi i plącze i radzi i prosi; miłość prawdziwa nie potępia grzesznika, ale grzech. Jak naj­ostrzej karzmy i sądźmy grzech — ale jak nnajłagodniej sądźmy i ob­chodźmy się z grzesznikiem. Kto może odgadnąć serce bliźniego? Nie sądźmy serca cudzego, my, którzy własnego nie pojmujemy serca; inne będą wyroki świata — inne wyroki nieba. Zostawmy sąd temu, któremu sąd przynależy, a który nam ani władzy, ani pozwolenia na to nie dał, abyśmy brata sądzili; sobie zachowajmy modlitwę. Nie na sądzenie i nie na potępianie bliźniego postanowione jest Bractwo Serca Maryi, ale na to, abyśmy się wzajemnie łączyli na uproszenie nawrócenia grzeszników. Tem, o bracia i siostry, ściągniecie błogosławieństwo nieba na to miasto, na wasze domy, na wasze dzieci —tem ściągniecie błogosławieństwo Maryi, a kogo Ona pobłogosławi na ziemi, ten błogosławiony będzie w niebie.

Oto weźmy przykład. Młoda osoba, która zawsze była pokorną, dobrą i miłosierną, znalazła się w takiem położeniu, gdzie wśród okazyi do grzechu walczyła długo i mężnie, lecz w chwili słabości upadła i straciła niewinność swoją. Nieszczęśliwa poznała grzech swój, więc łzami zalana wyciąga ręce do ludzi i prosi, błaga, zaklina, aby ją ratowali, aby ją wyrwali z jej przepaści. Wyznała winę swoją, uczyniła pokutę, i Bóg jej przebaczył; ale ludzie przebaczyć nie chcą, rozgłaszają po całem przedmieściu jej nieszczęście, stronią od niej, wytykają palcem i do rozpaczy nieszczęśliwą przywodzą. I to ma być gorliwość o chwałę Boga? to ma być miłość bliźniego? to ma być naśladowanie Zbawiciela, który żadnego grzesznika skruszonego nie oddalił od siebie? „Ależ to grzech tak szkaradny!“

Ach, bracia! nie udawajcie delikatności sumienia; już tego grzechu niema, bo go już spowiedź zgładziła; to nie grzech jest przedmiotem nieczułości waszej, lecz człowiek, siostra wasza. 

Ale jak z jednej strony nie­ ludzką jest ta twardość ku bliźniemu, tak znowu z drugiej strony nierozumne i zgubne jest pobłażanie dla grzechu samego. Oto osoba najgorszych obyczajów, a ty, bracie, usprawiedliwiasz jej grzech, unie­winniasz ją, może i zachęcasz i pozwalasz i dajesz przytułek w domu twoim — stajesz się więc uczestnikiem jej grzechu, stajesz się uczest­nikiem jej kary. I cóż jest przyczyną takich poglądów. Oto dziwo­lągi rozbujałej wyobraźni, oto niemądre wnioski i obłąkane rozmowy wydzierają nam wiarę, wydzierają nam prawdę, a dają nam kłamstwo…

 

O, Maryo, Matko nasza! naucz nas żyć dla Boga! naucz wedle sądu Bożego i o innych sądzić! bądź nam gwiazdą morską w tej ży­cia żegludze! bądź nam posłem zbawienia! Amen.

 

Ks. Karol Antoniewicz – Nauczyciel drogi krzyża


KAZANIA Ks. Karola Antoniewicza. Tom II. Kazania o Matce Boskiej. Kraków. Nakładem Wydawnictwa Tow. Jezusowego 1906.

 

Skomentuj