Na cześć Ks. KAROLA ANTONIEWICZA – zmarłego 14 listopada 1852


„O mój Jezu, jak bolesne jest to przejście od świata do Ciebie, od chwały do pogardy, od wygód do niewygód, od wolności do posłuszeństwa! Ale w tej ciężkiej chwili ileż pomocy od Ciebie doznałem!“ Ks. Karol Antoniewicz

Karol Bołoz-Antoniewicz – Nowy Kurier Galicyjski
Karol Antoniewicz – fot. Nowy Kurier Galicyjski

MOWA POGRZEBOWA
NA CZEŚĆ
XIĘDZA KAROLA ANTONIEWICZA
TOWARZYSTWA JEZUSOWEGO
(1807 † 14 listopada 1852)
MIANA W PARYŻU W KOŚCIELE WNIEBOWZIĘCIA
d. 14 grudnia 1852 r.

I stał się płacz wielki wszystkich.
(Dz. Ap. XX, 37)

Najmilsi bracia !
Cóż to za płacz rozlega się po całej ziemi naszej, jak gdyby cała stała się cmentarzem? Cóż to za nowa boleść wszystkie tam serca targnęła? Cóż to za strata, od której tak jęknęły wszystkie dusze razem, jak gdyby każdy tam stracił ojca, brata, przyjaciela; jak gdyby nowa narodowa klęska spadła znów na Polskę? — Tę boleścią, tą stratą, tą klęską, jest śmierć jednego człowieka…
Cóż to za człowiek? Czy to władca jaki, albo pan przemożny, a dobry i mądry, wszystkich rządca sprawiedliwy, wszystkich jałmużnik, wszystkich opiekun, wszystkich pocieszyciel, dający wszystko wszystkim, niejako chcą, lecz jak potrzebują ? A czyż na ziemi maże być pan taki? Tak jest, Bracia moi, takiego dziś
pana płacze Polska cała. Tym panem bogatym, hojnym, mądrym, wspaniałym, serdecznym, rozdawcą dóbr wszystkich, a władcą serc wszystkich, był najuboższy, najpokorniejszy, najcichszy, w porządku świata ostatni, ale w Bożym pierwszy, sługa Boży i wszystkich : zakonnik i kapłan.

Po wielkich tego świata głośna bywa żałoba, jak dzwony co ją ogłaszają: świetna, jak blask pogrzebnych pochodni co jej przyświecają; ale gdy innego prawa do pamięci i żalu po sobie kto nie ma, z głosem dzwonów i z blaskiem pochodni pamięć o nim ucicha, i żal po nim gaśnie. Ale po słudze Bożym, po kapłanie wiernym, dającym pokarm dziatkom Bożym na żywot doczesny i na żywot wieczny, ocierającym łzę każdą sieroty i wdowy, a myśmy wszyscy sieroty i wdowiego serca; po lekarzu Bożym, mającym na wszystkie rany i cierpienia balsam z Nieba dany; o! po takim słudze Bożym, po takim kapłanie, słudze wszystkich, płaczą i płakać będą wszystkie dzieci Boże, chociażby ich do płaczu dzwony nie budziły, a pochodnie im pogrzebne trumny nie wskazały; po takim ojcu, bracie, przyjacielu, co wszystkich pocieszał, wszystkim łzy osuszał, wszyscy się smucić będą, popłyną łzy wszystkich.
Takiego dziś kapłana Bożego płacze Polska cała. I my go płaczem, bośmy cząstką Polski, Polski żyjącej wspólnością wiary i nadziei, modlitwy i krzyża. Tym kapłanem był ś.p KAROL ANTONIEWICZ.

I

Dwie są drogi wiodące do Nieba, niewinność i pokuta. Ale te dwie drogi zbiegają się w jedną: bo kto niewinny, ten pokutą strzeże niewinności swojej; a grzesznik, za łaską Boża, do niewinności przez pokutę wraca: bo, jako rzekł Ś. Leon Papież, i jako miałem szczęście i pociechę sam słyszeć z ust Papieża, przez którego Chrystus do nas dziś przemawia: « Dwa są» dziewictwa duszy, jedno niewinności, a drugie pokuty. »

Obok tego dwie są drogi wiodące do Boga, miłość i boleść: ale i te dwie drogi zbiegają się w jedną; mi­łość bowiem, póki tu na ziemi, chętnie cierpi, i cier­pieć musi koniecznie, a więc bez boleści nie jest; a boleść, użyta na to, na co ją Bóg daje, wiedzie do mi­łości, która wszelką boleść umila i ubłogosławia.

Oto są dwie podwójne drogi, którymi Bóg wszystkie dusze do siebie prowadzi: niewinność i miłość, po­kuta i boleść.

Bóg przy Chrzcie świętym wszelką duszę darząc nie­winnością, darzy też miłością, i każda dusza, dopóki mu wierna, gorzkiej boleści nie zazna, bo każdą boleść miłość Boża słodzi. Lecz gdy się dusza nasza odwróci od Boga, i zapomni Boga; gdy na wołanie jego zamknie uszy swoje, a od natrętności jego w domaganiu się naszego serca, serce to grzeszne zasklepi się skorupą miłości własnej i miłości świata; wtedy Bóg, serc na­szych zazdrosny i chciwy, zdobywca i zbawca, gromem boleści w tę skorupę bije, póki nie rozbije; by tak zakamieniałe serce nasze łzami pokuty zmiękczyć, a swą miłością ożywić i zbawić.

Pierwszą z tych dróg prowadzi Bóg pierwszy poczet wybranych swoich, one owieczki, które tuż idąc za Barankiem Bożym pasą się na łąkach jego liliami : jako np. nasz Stanisław Kostka. O ! jeżeli są między wami, jak pragnę dla wielu, dusze drogą tą idące; za­klinam was na sczczęście wasze, nawet doczesne, nigdy z niej nie schodźcie.

Drugą zaś z tych dróg prowadzi Bóg drugi poczet Świętych swoich, co przez pokutę do niewinności, a przez boleści do miłości wrócili. O Bracia Chrześcijanie! jeśli z was który umknął z pod pierwszej chorągwi, niechże co prędzej przy tej drugiej stawa; ale niech się spieszy, bo Chrystus przechodzi.

Pod tą drugą chorągwią widzimy jaśniejących wielu Świętych Pańskich z narodu naszego; a do liczby tych wybrańców swoich wzywa nas Bóg nowym a tak świetnym wzorem, i wiedzie nasza nimi nową gwiazdą, świecącą całej ziemi naszej. Tym wzorem, tą gwiazdą, jest przez pokutę niewinna, a przez boleści miłośna dusza ś. p. Karola.

Karol Antoniewicz urodził się w r. 1807, około Lwowa, z dostatnich, zacnych i pobożnych rodziców. Od dzieciństwa po ojcu sierota, wychowany był pod okiem matki w modlitwie nad nim czuwającej. Wy­chowany był pobożnie, jak to, dzięki Bogu, matki Polki, kiedy chcą, tak dobrze umieją, i jak może nie jeden z nas, a wolę powiedzieć że wszyscy, przez matki by­liśmy chowani. Ale gdy wiek młodociany zaczął w nim mącić niewinność i przejrzystość wieku dziecięcego; gdy z domu matczynego, jak młoda ptaszyna z gniazdeczka, za wcześnie wyleciawszy, słabymi jeszcze skrzy­dełkami ku ziemi się słaniając szukał szczęścia na ziemi (a w tym szukaniu, o jakże łatwo i o grzech zawadzić!) gdy w onej najniebezpieczniejszej chwili życia, w któ­rej najwięcej czuwania potrzeba, snuł się samotny po ulicach Lwowa, ilekroć przechodził koło Świątyń Pań­skich, lub się pod cieniem murów klasztornych niespo­dzianie ujrzał, zawsze usłyszał wewnątrz duszy ten głos najmiłośniejszego wołania Bożego: Tu twoje miejsce, tu szczęście twoje! Lecz młody Karol o innym szczęściu już marzył; a więc to wołanie Boże brał niestety, jak to dziś na świecie mówią, za melancholię, i zagłuszył je w sobie wrzawą zabawy, i szumem szumiącej mu o szczęściu świata bujnej wyobraźni. W poczciwości serca zapragnął był rzeczy dobrych, ale nie dla niego. Chciał walczyć za ojczyznę; Bóg mu nada­rzył to szczęście, ale o jakże wielkim opłacone nieszczęściem!… że musiał patrzeć na nowe jej klęski, na nowy już przez nas samych zrządzony upadek ! Za­pragnął żony, dał mu Bóg najlepszą; zapragnął dziatek, dał mu najśliczniejsze, istne aniołeczki. O jakże szczęsny małżonek i ojciec ! rzekłbyś nań patrząc ; ale o jakżebyś się był omylił! bo nie tylko że się tym największym szczęściem ziemskim nie nacieszył do woli, ale się nim tylko nabolał serdecznie; bo każde dziecię co mu się urodziło, raz tylko jeden, na powitanie i na poże­gnanie, ojcem go nazwało! I tak, rok po rok, każda nowa kolebka, zwiastunka nowego szczęścia, zmieniając się w trumienkę, nowym go gromem uderzała w serce, nową mu boleścią duszę przeszy­wała. Ach ! ojcowie i matki, wy coście mieli nieszczę­ście grzebać dziatki wasze, powiedzcie, czy jest na świecie jaka boleść większa? A tu pięć boleści takich, raz po raz, jak grom po gromie, uderzyło w jedno biedne serce. I mogłoż nie pęknąć?… Gdzież się po­działo szczęście twoje, szlachetny młodzieńcze ? Ach, trupem padło pięć razy z dziateczkami twymi!…
Całym już szczęściem tego nieszczęsnego ojca było, na mogiłkach dziatek, jedna do drugiej w gronko pozrastałych, z ukochaną żoną modlić się i płakać.

Pobożna żona jego (Zofia Nikorowiczówna, którą dla cnót jej osobliwych drugą Elżbietą sam zowie) ser­decznie męża kochająca, ale Boga więcej; serdecznie nad śmiercią dziatek płacząca, boć to jej wnętrzności, boć każdemu życie dała i każdego śmiercią umierała; płacząca, lecz nie narzekająca, bo nad wszystkie swe dziatki kochająca Boga, równie mu dziękowała za to, że jej dawał dziatki, jak za to że je odbierał; równie za łzy słodkie przy ich rodzeniu, piastowaniu, karmieniu; jak za łzy, ach jak gorzkie, przy ich grzebaniu. Żona ta najczulsza i najczulsza matka, ale najczulej Boga mi­łującą, pierwsza go zrozumiała, i rzekła mężowi:« Bóg nam odebrał wszystkie dziatki nasze, byśmy je wszystkie oglądali w Niebie; więc rzućmy świat, a do Nieba spieszmy, pracując na zbawienie dusz, ty w zakonie Apostolskim, ja w zakonie Miłosierdzia: poświęćmy się tak Bogu, byśmy mu z aniołkami naszymi służyli na wieki. » — Taka ugoda stanęła między Bogiem z jednej strony, a Karolem i Zofią z drugiej, na mogiłkach pięciu niewiniątek: i z mieszkania śmierci i płaczu wzniosła się woń ofiarna do przybytków Pańskich, gdzie mieszka żywot i wesele wieczne. A Pan litościwy i miłosierny przyjął tę ofiarę: i matkę stroskaną, jako pierwszą w ofierze, pierwszą wynagro­dził… I niebawem, na grobowym kamieniu ojca, żony i dziatek, Karol, już sam jeden tylko, modlił się i pła­kał. Ale wołaniu Bożemu jeszcze się ociągał.

Jak drzewo w późną jesień z owoców otrząśnięte i z liści odarte, jeszcze niekiedy z upartych gałązek, na pastwę szronowi i mrozom, puszcza niewczesne listki, których już ni kwiat uweseli, ni owoc ozdobi; tak serce ludzkie, choć go ręka Boża obierze z listków wiosny życia już to burzami tego świata, już to ulewnymi łzami, jeszcze niekiedy, pod szron zimy, puszcza jesien­ne listki marnych nadziei szczęścia ziemskiego, ostatnie zeń ciągnące soki, i ostatniej go siły już pozbawiające.
Lecz jak pilny ogrodnik widząc w tych późnych listkach szkodę tylko drzewa, zrywa je, nie czekając aż je zima zwarzy; tak i ogrodnik nasz Niebieski wybrane sobie dusze podobnymże sposobem od tej klęski broni. A ta klęska już gnieść poczynała naszego Karola. Serce jego w ziemi za nadto ugrzęzłe, choć tylu burzami i łzami wszystkich już listków i kwiatów ziemskiej młodości było pozbawione, jeszcze jednak nowe listki marnych nadziei wypuszczać zaczęło, i do świata, na którym tyle już przebolał, i do marzeń o szczęściu doczesnym, które go już tak okrutnie zawiodło, jeszcze się zrywało.
Ale Bóg najsłodszą, bo matczyną ręka obrał te listki co do jednego, i do zimy, w której miał umrzeć sobie i światu, by w nowej wiośnie żyć Bogu i ludziom, wybranego sługę swego zdrowo przysposobił.

O matki ! ile was jest i będzie w drogiej ziemi na­szej, chciałbym abyście to co powiem wszystkie usły­szały! Błogosławiona ta matka, która patrząc na swe dziecię, nie myśli o szczęściu ziemskim dla niego, ale o Niebieskim, i czuwa nad tym, by serce jego ciche i pokorne, nie do ziemi, ale do Nieba było obrócone.
Lecz ileż to matek niebacznych, zwłaszcza u nas, gorzko już opłakało, ale niestety bez wielkiego jeszcze pożytku dla drugich, próżność swa względem dziatek swoich, przez którą pozbawiły ich szczęścia nawet do­czesnego; a cóż to będzie gdy ujrzę, że je pozbawiły i szczęścia wiecznego ! Beż to matek, zamiast, jakby należało, dziatki swoje do służby Bożej sposobić: bo w każdym stanie Bogu służyć trzeba : wyłęcznie, a przynajmniej głównie, do służby je świata, do tej nie­woli gorszej jak murzyńska, nędznie układają, i wia­trem próżności o imię, o majątek, o wdzięki, wydmu­chują z ich serc ziarnka wiary, które tylko co w nich same zasiewały, i wystudzają te serca, które, za ich własną sprawę, tak już były gorąco Boga ukochały!
Beż to matek, nie tylko nie sprzyja rozwijaniu się w dziatkach swoich łaski największej, łaski powołania, ale się jej lęka jak największego nieszczęścia; i za postrzeżeniem najmniejszego jej śladu w nieco rzewniej­szej i głębszej pobożności, biję na nią całą mocą mar­nych uciech i wielkości świata, całą siłę powagi rodzicielskiej, a nawet całą potęgę macierzyńskiej miłości, już to zbyt pieszcząc, już strasząc swym niebłogosławieństwem, i na wszystkie tony wołając na nie tym świętokradzkim zaklęciem : « Jak mnie kochasz, nie kochaj tak Boga! » Na takie zaklęcie piekło się raduje, a smuci się Niebo. Pod tym zaklęciem przestał Bóg tak obficie jak dawniej wzbudzać nam kapłanów według serca swego. Pod tym zaklęciem kościoły na­sze się walą, klasztory nasze pustkami się stają, a ziemia nasza ostyga z gorącej wiary prapradziadów na­szych.

Ale nie taką była matka naszego Karola, którą mu Bóg, pobożną wdowę, w zaciszu klasztornym na to był zachował, by go owszem od świata odciągnęła, a oddała Bogu.

Nie jedna matka (bo na świecie dla wdowca lub wdowy innej pociechy i rady zwykle nie miewają) niejedna matka byłaby mu powiedziała: « Jeszcześ młody, piękny i bogaty, możesz być szczęśliwym ; ożeń się raz drugi. » Lecz ona o inną piękność, o inne bo­gactwo, o inne szczęście dla syna jedynego dbając, ona go w powołaniu jego utwierdziła, i Krzyż mu a Niebo wskazując, dodała odwagi; ona, jak sam ją nazywa, była mu i w tym razie Moniką prawdziwą; ona w nim , dla niego i dla nas, wygrała walną bitwę, od której dla tylu dusz krwią Chrystusową odkupionych miało zależeć zwycięstwo na wieki. A tę wielką walkę i walną wygraną opowie nam naj­lepiej ta rzewna jego modlitwa; w której nie jeden z nas pozna walkę własną, a może jeszcze nieskoń­czoną.

« O Boże, jakżeś Ty zawsze był dobry i miłosierny dla mnie ! Czyniłem com mógł aby Cię zmusić, byś mnie odepchnął od siebie; a Tyś czynił coś mógł, abyś mię do siebie przyciągnął. W miarę złości moich rosło miłosierdzie Twoje. I ta walka między złością moją a miłosierdziem Twoim, o jakże długo trwała! Wyrywałem się z rąk Twoich, i wołałem nieraz do Ciebie : Puść mnie, puść mnie Panie, niechaj idę gdzie świat mi szczęście obiecuje, gdzie namiętność rozkoszą mię wabi. I Tyś mię nieraz puścił, ale nie opuścił; a gdym leciał na przepaść, Tyś mię pochwycił, abym w bezdennych nie zaginął grzechu otchłaniach. Tyś mnie podźwignął po każdym upadku moim. Ty byłeś więcej dla mnie jak ojcem, matką, bratem i siostrą. Ty byłeś Bogiem moim ! Tyś na mnie zsyłał krzyże i strapienia wszelkiego rodzaju; rzucałem się, dąsałem, mruczałem jak dziecko nierozumne, ale Tyś na to nie zważał, i nie pofolgowałeś mi, pokąd miłosierdzie Twoje nie zwyciężyło uporu i złości mojej. O! dziś dziękuję, błogosławię Cię za te wszystkie krzyże i strapienia; dziękuję Ci za te wszystkie łzy coś wycisnął sercu memu, bom wśród tych łez siebie zgubił, a znalazłem Ciebie!… »

Na tym się kończy pierwszy okres życia, a raczej pierwsze życie naszego Karola.

II

W jednej naturze ludzkiej dwie różne są strony, jak dwa różne pierwiastki z których jest złożona : strona ciała i strona duszy. Strona ciała obrócona do świata zewnętrznego, strona duszy obrócona do świata we­wnętrznego, do Boga.
W porządku, a raczej w nieporządku natury naszej przez grzech zepsutej, ciało panuje nad duszą, i ciągnie ją za sobą na świat zewnętrzny ; stąd wszelki nierząd, bądź ciała, bądź rozumu, bądź serca; stąd, jednym słowem, zgubna miłość własna.

W porządku łaski, dusza panuje nad ciałem, a przez to cały człowiek, z całym światem zewnętrznym por­wany w świat wewnętrzny, służy zbawieniu i Bogu; stąd odnoszenie wszystkiego do Boga, i czynienie wszystkiego według woli jego ; stąd, jednym słowem, zbawcza miłość Boża.

Pierwsze życie, to jest zewnętrzne, jest życie pogańskie; drugie zaś, to jest wewnętrzne, jest życie chrześcijańskie. Do pierwszego wabi świat, ciało i czart : do drugiego woła nas Chrystus. A między je­dnym a drugim wybiera zawsze wolna wola nasza.
Szczęśliwy, kto przez Chrzest święty wszedłszy w świat Chrystusowy, nigdy zeń nie wyszedł. Szczę­śliwcy i ten, kto ze świata pogańskiego w świat chrześcijański wraca. Nie każdy z nas, niestety, jest tym pierwszym szczęśliwym, ale tym drugim szczęśliwym, dzięki Bogu, każdy z nas być może; bo każdemu Bóg daje dostateczny łaskę, każdego z nas woła : Przyjdźcie do mnie wszyscy (Mat. XI, 28).
Ale to przejście ze złego do dobrego świata, o jakże nam trudne! Nie dla trudności cnoty, bo łaska wszystko nam ułatwia ; ale dla potężności pokus ze strony czarta, świata i miłości własnej, tych trzech kłamców, tych trzech nieprzyjaciół szczęścia naszego, nie tylko wiecznego, ale i doczesnego, którzy nie tylko nas z domu Ojca, z owego świata wewnętrznego na świat zewnętrzny wywlekają ale nadto i po powrocie naszym do domu Ojca, drzwiami i oknami wciskają się do nas, by nas zeń znowu wyparować, wygnać tak iż nie masz nigdzie miejsca od nich bezpiecznego, nawet na pustyni tego świata, chcę mówić w murach klasztornych. I kiedy Paweł święty, to wybrane na­czynie Boże, nawet po powrocie z Nieba, walczyć musiał z ciałem, i wołał : Nieszczęsny ja człowiek, kto mię wybawi od ciała tej śmierci (Rzym. VII, 24) ? cóż dziwnego, że każdy z nas, przy najlepszych chęciach, przy największych nawet z Nieba pociechach, z tym obrzydliwym ciałem zepsucia i śmierci miewa ciężkie walki? Ale nie zapominajmy, że dopóki walczym, walka ta zwycięstwem.

Doznawali tej walki najwięksi walecznicy Pańscy, doznał jej i Antoniewicz.

Tak silnie przez Boga powołany, iż rzekłbyś por­wany, jeszcze i w murach klasztornych, w tej twierdzy niezdobytej póki jej nie zdradzimy, staczał ciężkie boje; jeszcze go i stamtąd świat wywabiał, czart wyganiał, a miłość własna, tak misternie ułożyć się umiejąca, pod dobrymi pozorami silnie wypierała. A im gorętszego był serca, tym żywszy była ta walka, tym niebez­pieczniejszy. O kochany Karolu! jakżeś nędzny, jakżeś nieszczęśliwy! Cóż poczniesz? Serce twe tęskni, serce twe wzbiera, serce twe się burzy. Nie patrz już w świat zewnętrzny, bo cię przepaść jego wciągnie i pochło­nie!… Lecz oto nasz Karol, jak święty Antoni, oburącz chwycił się krzyża, i woła : « O Jezu mój, Jezu ! Ty mnie wołasz, więc pójdę za Toby; a chociaż od żalu pęknie serce moje, to pęknie u stóp krzyża Twego! »

O ! z takim postanowieniem co dzień odnawianym, często powtarzanym i żyjącym w sercu, zwycięstwo nie tylko pewne, ale i łatwe; a w tym zwycięstwie zdobyczy sam Chrystus. Kto się tak Panu Bogu odda, i powie : rób ze mną co chcesz; temu Bóg się też odda, i powie : rób przeze mnie co chcesz; ja będę w sercu twoim, w uściech twoich i w ramieniu twoim ; idź, i każdym twym czynem opowiadaj ludziom sprawy miłosierdzia mego : a pókiś ty ze mną, jam z toby. —Oto tajemnica wielkiego posłannictwa, które Ksiądz Antoniewicz spełnił tak obficie, choć w tak krótkim czasie.

Pod Krzyżem, a więc w ogniu boleści i w miłości ogniu postawiony, pod tym krzyżowym ogniem, z któ­rych jeden wszystko złe w nim zniszczył, a drugi wszystko w nim dobre zapalił, przemienił się prawdzi­wie w nowego człowieka. Serce jego stało się ze zbo­lałego tkliwym , ze smutnego rzewnym , z zamkniętego
wylanym , z cierpkiego słodkim , z rozburzonego cichym , z hardego pokornym , z przygasłego gorejęcym najczystszy Boga i ludzi miłością. Z tak rozpalonym w murach klasztornych sercem wyszedłszy na świat, cały tę ziemię, który błogosławionymi apostolskimi nogami wzdłuż i w szerz był przeszedł, cały tę część ziem i naszej tylu klęskami obumarły ożywił, tylu łzami wyziębiony rozgrzał, i wszystkie serca, które w swym przechodzie spotkał, miłością Bożą roz­kochał.

O biedna ziemio nasza ! któż twe nieszczęścia, któż twe klęski, ale zarazem któż twe grzechy zliczy ? Zie­mio krwią tylu męczenników upłodniona, tak chciwie niegdyś ziarno Wiary przyjmująca, i tak obfity owoc zeń rodząca! O ziemio niegdyś bardzo błogosławiona od Boga i ludzi, ziemio miłości, ziemio poświęcenia! Czyś ty już uschła na zawsze? Czyż w tobie ziarno Wiary już się już nie przyjmie ! Czy już wszystkie twe syny kamieńmi się stały, i czy z tych kamieni tchnie­nie Boże, głos Boży nie wzbudzi nam i tobie synów Bożych, męczenników, bohaterów , świętych? Czyż twe narzekania nie zmienią się w modlitwę, a twój płacz w  wesele? Czyż na tobie Krzyż Pański już nie zaświeci nigdy blaskiem chwały swojej, i nie powieje nigdy chorygwią zwycięstwa? Czy, że cię ludzie potępili, i Bóg cię potępił?

Ach, Bracia mili, na to pytanie życia lub śmierci, każdym jękiem serca naszego smutno powtarzane, od­powiedział nam Bóg miłosierny, w sposób znaczący i głośny, wzbudzając nam, na dni nasze najgorsze, w osobie Xiędza Karola Antoniewicza, kapłana według serca swego, właśnie wtedy, gdyśmy grzechami naszymi stanęli już byli nad przepaścią piekła.

Cóż to za krwawa łuna mordów i pożogi nad tą ziemią naszą mlekiem i miodem płynącą ? Cóż to za krwawa łuna, przy której z wielu miar rzeź Humańska bladnie? Ach, to rzeź Galicyjska!!! na której wspo­mnienie wszystkie członki drgają, i cała krew kipi, bo tam krew ojców, matek, braci i sióstr naszych, jeszcze gorąca, a o pomstę woła! « W dzień Sądu strasznego »,mówi Antoniewicz ; « w dzień Sądu strasznego, kiedy Księga spraw ludzkich otwartą będzie, okaże się kto tę rzeź poruszył. »
A ja śmiem powiedzieć że się nie okaże : bo to sprawa nie ludzka, ale wprost szatańska. A choćby była i ludzka, o Boże miłosierny! Ty ją zmyj teraz łzami winowajców : niech się nawrócą i żyją; a w dzień Sądu Twego pokryj tę zbrodnię miło­sierdziem Twoim! My nie chcemy nigdy wiedzieć kto lud nasz poczciwy do tak szalonego przywiódł sa­mobójstwa, kto tak śmiertelną ranę zadał matce naszej, bo nie chcemy przeklinać!… lecz chcemy tylko wiedzieć, kto ją nam zagoił, bo my tylko błogosławić chcemy!

O Bracia mili! Któż takie rany goić jest mocen? Nikt, tylko jeden Bóg! Bóg ją nam zagoił, ale przez człowieka. Tym człowiekiem był Ksiądz Antoniewicz.
Na mało dni przed tym na kapłana wyświęcony, uj­rzawszy tę straszliwą łunę, gasić ją pospieszył; i z kilku kapłanami Towarzystwa Jezusowego (którzy, w szkole Ś. Ignacego rycerza wyćwiczeni, nikomu na drodze poświęcenia wyścignąć się nie dają) duchem Bożym niesiony przybył na miejsce zbrodni, wnet po jej spełnieniu. Tam, przy drgających jeszcze ofiarach, na gruzach dworców jeszcze się kurzących, wobec znieważonych Świątyń Pańskich, przy tych jaskiniach, w których się ta piekielna zbrodnia wylęgła i kryła, przy tych karczmach naszych jeszcze krwią zbryzganych, stawiał Bogu błagalne Ołtarze; a nieszczęsnych zbójców, z krzyżem w ręku i w imię Krzyża, do po­kuty wołał. Schodził się lud ten, z razu tylko ciekawy, a groźny. Lecz skoro posłannik Boży usta swe otwo­rzył, i krzyż im ukazał, i o modlitwie Jezusowej na Krzyżu im wspomniał, cały ten lud, przedtem rozhu­kany, szalony, bluźnierczy, potęgą słowa Bożego i potę­gą Krzyża o ziemie powalony, tarzał się w prochu żalu i pokuty, i pod ogniem miłości Bożej we łzy się roz­tapiał ; zbrodnię swoją w płaczu i łkaniu głośno wy­powiadał, i rozkrzyżowany wołał do Bożego sługi : « Zdejm z nas, zdejrn z nas co prędzej krew bratnią, bo nas bardzo pali! »

O Bracia moi! Cóż o kapłanie takim powiedzieć, który tak cudownie do pokuty wołał, azali nie Boży ? Cóż o ludzie tym tak do pokuty skorym rzec mamy, azali nie Boży? Cóż o tym starciu się zdrady szatańskiej z poratunkiem Bożym, azali nie istny to dowód goto­wego nam zawsze a spiesznego miłosierdzia Bożego?
Mamże rozpaczać o przyszłość ludu naszego, nad któ­rym tak widoczna ręka Boża ażeby go dźwigać, aby mu przebaczać, aby błogosławić skoro się nawróci, a nawet pierwej, aby się nawrócił? A w tym tryumfie, nie wymowy ludzkiej, lecz słowa Bożego, mamże li chwalić człowieka? Ach, Ojcze Karolu! Kości by się twoje w grobie poruszyły, gdybym chwalił nie Boga lecz ciebie, albo obok Boga ciebie!

Po sześciomiesięcznej takiej Misji, odbywanej dniem i nocą na wszystkich miejscach zbrodnią pokalanych, wśród rzeszy często dziesięciotysięcznej; po tej pracy apostolskiej, w której się cały na zbawienie ludu nad siły był wydał; po tej pracy aż do krwi, bo aż krwią pluć poczuł, ksiądz Antoniewicz spocznienia nie szukał. Imię jego zajaśniało tak prędko jak wschodzące słońce; i wszystkich się oczy ku niemu zwróciły.
Wszyscy szli do niego; on też wszystkim, ubogi za­konnik, skarby swej miłości i mądrości zarówno otwierał, wielkim i małym, ubogim i bogatym, mądrym i prostaczkom; powtarzam zarówno, bo w tym właśnie apostolska cnota. A miłością jego była miłość Krzyża, a mądrością jego była mądrość Krzyża; je­dnego bowiem ze Ś. Pawłem miał Mistrza, który też z nim tak sobie był począł, jak ze świętym Pawłem.

Jak Ś. Pawła pędzącego na zgubę własną Chrystus Pan o ziemię powalił, tak i naszego Karola, aż zawołał: Panie, co chcesz, abym czynił? (Dzie. Ap. IX, 6). A jako
Ś. Pawła odesłał był do Damaszku, a tam przysłał mu Ananiasza, by mu ten oczy otworzył i nauczył co by miał czynić; tak i Karola posłał był do Starej Wsi, a tam za Ananiasza dał mu najlepszych znawców Krzyża i najwierniejszych sług jego. U nich to Xiądz Karol pozbył się ślepoty świata, tam przejrzał widze­niem Bożym, tam się nauczył Krzyża; a Krzyż go nauczył wszystkiego. I co święty Paweł, ten mędrzec a nauczyciel pokoleń wszystkich, powtarzał, że nic nie zna jedno Chrystusa, a tego Ukrzyżowanego (I. Do Kor. II, 2); toż samo o Krzyżu mówił mędrzec a nauczyciel naszego narodu, nasz Ksiądz Antoniewicz; toż samo powtarzało każde słowo jego, list każdy, i każda książeczka; bo toż samo powtarzało każde ude­rzenie serca jego, ukrzyżowanego z sercem Chrystusowym, i gorejące miłością jego. Nic nie chcę jedno Krzyża, nic nie kocham jedno Krzyż, nic nie umiem ani umieć pragnę jedno Krzyż; to jest, nie mam i mieć nie chcę innej miłości i mądrości, jedno miłość i mądrość Jezusa, a tego Ukrzyżowanego.

Tę miłość i mądrość Jezusa Ukrzyżowanego w sercu swym piastował, a z obfitości serca na lud Boży obficie wylewał, już to w mnogich kazaniach, pełnych mocy i wdzięku, na które zawsze niepoliczone zbierały się tłumy; już to w pieśniach dziwnie rzewnych, a ludo­wych, o Krzyżu i o Matce Bożej pod Krzyżem stoją­cej; już to w Czytaniach Świątecznych, a bardzo świę­tobliwych, dla ludu naszego; już to w listach do niektórych pobożnych, które się stały listami do wszystkich; już to w Pamiątkach Missinych i Jubi­leuszowych, które starczyć by mogły za kodeks dla ludu naszego; już to w różnych innych książeczkach, w lot napisanych i w lot rozchwytanych, a które razem zebrane, długo narodowi naszemu mądrością Krzyża przyświecać, i miłością Krzyża długo serce jego ogrze­wać i zapalać będę.

A czy w mowie, czy w piśmie, pobożność jego rzewna i pogodna, rzekłbyś że i w boleściach wesoła, jak twarz dziecięcia, co we łzach i uśmiechu razem, a stąd wszystkich ujmująca, i wszystkich do łez i do uśmiechu za sobą budząca; pobożność szczera, po­korna i miłości pełna, wszystkim usłużna, miłosierna, pobłażliwa nawet, wyjąwszy grzechowi. Taką jest bowiem pobożność dobra i prawdziwa, która jego własnymi, o matce swojej powiedzianymi, wychwalę w nim słowy :
« Ten tylko pobożny, kto Boga kocha, a nie masz w nim ani cierpkości, ani ostrości, tylko miłość,  łagodność, cierpliwość i miłosierdzie. Nikt tak uprzejmym, słodkim, pokornym ku wszystkim nie był, jak on. Żadna chmurka nigdy nie zasępiła mu twarzy, i w najdotkliwszych, którymi Bóg nawie­dzał go boleściach, zawsze był uśmiech na ustach jego. »
O ! i w życiu zakonnym, jakkolwiek ze wszystkich najbardziej błogim, są boleści, są krzyże; bo dopókiśmy tu na ziemi, potrzeba nam drzewa krzyża, do utrzymania w nas ognia miłości. Ale najcięższym w życiu zakonnym dla Księdza Antoniewicza krzyżem, było rozproszenie zakonu jego, w tym pamiętnym roku, w którym wszystko szło w gruzy, a jednak dla nas nic z nich nie powstało! W tedy to, jak sam po­wiedział, w tym prześladowaniu zakonu swego, jeszcze go więcej pokochał, błogosławiąc Jezusa, że dla imie­nia jego, na swojej ziemi, choć dzięki Bogu nie przez swoich, stał się był wygnańcem.

Lecz i w ciągu wygnania, które mu niemal aż do śmierci trwało, nie przestawał ziemi swej zraszać obfi­tym potem apostolskiej pracy: i nie stracił dnia jedne­go, ni jednej godziny, pomnąc na to, kto i na co go wybrał i posłał. O Bracia Kapłani! Toć wzór dla nas, toć nauka dla nas. Jesteśmy szafarzami tajemnic Bożych, roznosicielami słowa Bożego i samego Boga, na to aby go w każde serce składać, nie tylko słowem, co nie zaw­sze można, ale obyczajem, ale przykładem, ale uczynkami, ale życiem całym, tak ażeby w każdej chwili, na zapytanie Jezusa : Co czynisz ? każdy z nas mógł w duchu i w prawdzie mu odrzec : Opowiadam Ciebie.

Ujrzawszy pożar Krakowa, ów straszny pożar, co osypał popiołem wszystkie serca polskie, pospieszył Ksiądz Antoniewicz na ratunek, nie miastu już pogorzałemu, ale mieszkańcom jego bez chleba i dachu; by ich nasycał chlebem słowa Bożego, za którym, podług obietnicy Chrystusowej, idzie chleb dla ciała; by ich przykrywał miłosierdziem Bożym, onym jedynym przykryciem, którego żaden ogień nie spali, chyba złości naszej, żadna woda nie zabierze, chyba niepra­wości naszej. Któż pojmie to wrażenie, jakie na ludzie tym Krakowskim, z poczciwych najpoczciwszym, sprawiał mówca taki, mówiący na gruzach takiego ich miasta! Mówca, który sercem mówił, więc sercami władał, który mówiąc o Ojczyźnie niebieskiej i o jej Stolicy, tym święciej przywiązywał lud pobożny, wierny, do ojczyzny ziemskiej i do tej jego stolicy, co Bogu i nam wydała tylu świętych, tylu bohaterów !

Jeszcze raz Ksiądz Antoniewicz na dni kilka wrócił był do tego kochanego Lwowa, w którym był około trzech lat święcie przepracował; i tam na cmentarzu Ormiańskim: bo kościół słuchaczowi nie starczył : tam na cmentarzu, jakby na pogrzeb swój, po raz ostatni, na wzór Św. Jana, tą samą o Miłości i o Krzyżu mowę
dziatkom swym powiadał. A potem, na wezwanie na­przód Biskupa Wrocławskiego, a następnie Arcybis­kupa Poznańskiego, do nowej a najkorzystniejszej pracy z drogimi towarzyszami swymi wesoło pospie­szył. Tą pracą zamykającą szereg apostolskich prac jego, były Misje dla naszego ludu, które rozpoczął w Piekarach.

Na wieść o Misjach Księdza Antoniewicza zbiegały się zewsząd okoliczne rzesze, rzucające nie raz nawet żniwo swoje dla żniwa Bożego : i rozbiegały się potem z ziarnem Bożym po roli Bożej. Ile na te Misje przychodziło wiernych, tyle z nich wracało apostołów.
A tym sposobem cały lud nasz Śląski i Poznański Misjami tymi błogosławionymi w wierze utwierdzony, w nadziei ukrzepiony, w miłości podniesiony, w dłu­gie lata błogosławić będzie pamięć gorliwych Misjonarzów, i przechowa imię tego, jak go sam nazwał, poczciwego, który im przodkował. Ile razy przez niepoliczone tłumy ludu, trwającego po dni dziesięć na deszczu, na mrozie, albo na spiekocie dla słuchania słowa Bożego, pod gołym niebem zwykle opowiada­nego, Ksiądz Antoniewicz do kazalnicy się cisnął,  o! jakże błogosławiącymi witany był głosy : Oto ten poczciwy idzie ! wołano; i każdy pragnął dotknąć przy­najmniej kraju szaty jego ; a matki podnosiły ku niemu dziateczki swoje, by je błogosławił. A skoro z kazal­nicy w imię Jezusa pozdrowił lud Boży, już wszyscy płakali.

O ileż tam błogosławionych łez pokuty suchą od tak dawna ziemię naszą odżywiło ! Ileż tam gorących łez miłości Bożej, spadając na tę od tak dawna ostudzoną ziemię, serce jej rozgrzało ! W samej Misji w Pieka­rach przeszło sześćdziesiąt tysięcy spowiedzi, a wszy­stkie niemal z całego życia, wysłuchano.
Takich to Misji dziesięciodniowych, na Śląsku i w Poznańskiem odbył Ksiądz Antoniewicz jedna po drugiej trzynaście; i trzynaście krzyżów Misyjnych strzeże ziem naszych — czternasty już na jego gro­bie! Taką to Drogę Krzyżową, w ostatnim roku życia, odbył Ksiądz Antoniewicz.

Czyjeż się serce nie wzruszy wdzięcznością ku Bogu, gdy wspomni na tysiączne onych Misji owoce, przez które tyle rodzin pojednanych, tyle uraz zapomnia­nych, tyle krzywd darowanych, tyle grzechów od­puszczonych, tyle ludzi naprawionych, nauczonych, pocieszonych, uświęconych, tyle nałogów zniszczo­nych, tyle zgorszeń usuniętych, tyle cnót zaszczepio­nych, tyle dusz zbawionych !
Ale, o jakże bardziej wielbić mamy miłosierdzie Boże, gdy wspomnimy, że Bóg tak obfite przebaczenie zesłał na dusze polskie, wtedy właśnie, gdy ich tyle, ach ty le! straszną plagę cholery na sąd swój powołać miał! A narzędziem tego wielkiego miłosierdzia był Ksiądz Antoniewicz. On to w onych pamiętnych Misjach, co całą Polskę do Boga zbudziły, nauczając lud nasz jak żyć ma, nauczył oraz jako ma umierać; on to cały lud nasz Misjami swymi, i siebie samego, nie wiedząc o tym, na śmierć przygotował…

Przyszła ta straszna plaga, ach! wiecie jak straszna, co lud nasz kochany przedziesiątkowała, a całą ziemię naszą żałoba przykryła! Przyszła ta straszna plaga, i zastała lud nasz czuwający, i pod strażą Księdza Anto­niewicza bezpieczny. Tam właśnie gdzie Misje był odbył, tam cholera przyszła, i wnet na te miejsca z towarzyszami swymi wracał Antoniewicz, wołając : Dzieci Boże! Nie bójcie się cholery, lecz się bójcie grze­chu! O z jakaż pociecha i ufnością przy takim lekarzu lud nasz poczciwy cierpiał i umierał! Ileż to dusz w ciągu dwumiesięcznych dniem i nocą posług, wśród tej ciężkiej plagi, oddał Ksiądz Antoniewicz Chrystu­sowi Panu ! I nie odstąpił dziatek swoich, aż ich od­stąpiła cholera.

Za te wszystkie prace, niepoliczone, nieocenione, krótkie co do czasu, ale co do owoców długie, nie­skończone, Bóg za życia go jeszcze wynagrodził, dając mu dożyć tej błogosławionej chwili, której całym ser­cem pragnął i wyglądał, chwili kończącej zakonu jego smutne rozproszenie. Tę chwilę błogosławioną Bóg mu zdarzył, jakoby na wiązanie, w dzień Ś. Karola; tego dnia bowiem Ksiadz Antoniewicz objął z towarzyszami swymi wyznaczony im klasztor w Obrze na zimowe leże, klasztor, który niestety miał mu się w dni dzie­sięć zamienić na grobowe łoże !
Jak głos matki w uszach syna z dalekiej wędrówki do niej powracającego, tak głos dzwonka klasztornego zabrzmiał był w duszy naszego Karola! O z jakim że biciem serca po kilkoletniej wędrówce zbliżał się do klasztoru, do tej matki swojej! Już noc była zapadła, a jasne gwiazdy otaczające ciemne mury klasztorne, duszę jego do Nieba wabiły. « Ach tyle szczęścia! zawołał, to już koniec życia. » I to przeczucie jego  wkrótce się spełniło.

W Niedzielę następną, do ludu co się był zbiegł na powitanie czcigodnych gości swoich, dobrodziejów , ojców , Ksiądz Antoniewicz miał kazanie, w którym witał te nowe dziatki swoje, nie wiedząc że już je i żegnał; a dziękował Bogu że oto w rozproszeniu bę­dących robotników swoich na koniec zgromadził i do zaciszy klasztornej, w której się tak słodko Pana Boga chwali, i tak się dobrze do służby jego sposobi, znowu wezwać raczył; dziękował Bogu za dobre w murach tych samotnych towarzystwo dwóch ubogich Cyster­sów, ostatnich panów tej zaciszy świętej; dziękował Bogu i błogosławił za wszystko, co dla chwały swojej na ziemi naszej czynić mu dozwolił; i tak mową dziękczynną zamknął swe życie na ziemi, a otworzył w Niebie… Tegoż dnia bowiem zastukał Pan po duszę sługi swojego do drzwi ciała — cholerą. I odrzekł sługa wierny, sługa czuwający : Owom ja ! Odrzekł
ofiarą życia za grzechy swoje, odrzekł ponowioną z ca­łego życia spowiedzią, odrzekł pragnieniem co pręd­szego oglądania Boga ; i wybrał się w tę drogę, z któ­rej już nie masz powrotu, wybrał się posilony chlebem żywota na całą wieczność starczyć mającego. A nabój ostatni, w którym zwycięstwo na wieki, pomazał się Olejem Świętym ten zapaśnik Boży. I pożegnał się z bracią swoją, w modlitwie im mówiąc : Do wi­dzenia w Niebie! Od tej chwili zaniemiał. I w cichej, Bogu tylko słyszanej rozmowie, której na ziemi wtó­rowały łzy i modły obecnych, a z Nieba modlitwy i wesele Świętych, w tej tajemnej rozmowie serca swego z sercem Jezusowym, rany jego całował i omywał łzami, tulił się do nich w ufności rzewliwej; i z krzy­żem, z tym znakiem wiary, nadziei, miłości, walki i zwycięstwa w jednym ręku ; a z gromnicą zapaloną, z tym znakiem uczynków z wiary i miłości w drugim; mając na szyi łańcuch Różańcowy, ten znak miłości i poddaństwa Maryi Matce i Królowej, każdym uderzeniem stygnącego serca wołał : JEZUS MARYA! aż przyszli, i aż na ich łonie, ten człowiek pokoju, snem wiecznego pokoju spokojniuchno zasnał…

A tak, temu, który bliźnim swoim użyczał wszystkich pociech i pomocy świętej Wiary naszej, Bóg miłosier­ny, przy śmierci jego z tych pomocy i z tych pociech nie odmówił żadnej. Umarł w domu swej matki du­chownej, w klasztorze Zgromadzenia swego; umarł opatrzony Sakramentami; umarł otoczony braćmi zakonnikami, których mu Bóg dozwolił z puszczy rozproszenia do ziemi obiecanej, do klasztoru swego wprowadzić; umarł wśród nowego jeszcze rozgrze­szenia i błogosławieństwa Papieskiego z Odpustem zupełnym ; umarł wśród cięgle trwającej modlitwy wszystkich tam obecnych, i wszystkich co o chorobie jego byli zasłyszeli. O jakże ubezpieczony poszedł na sąd Boży!

Śmierć Księdza Antoniewicza zrzędzeniem Bożym przypadła 14 Listopada, właśnie miesiąc temu, w święto Ś. Stanisława Kostki, dwakroć mu Patrona, bo jako Jezuity i jako Polaka. Tak więc kochany nasz Karol, ten Polak prawdziwy, co tak wiernie Bogu w Polsce służył, na święto Polskie trafił szczęśliwie do Nieba!

Cóż myślicie, Bracia mili, czy Ksiądz Antoniewicz w chwili śmierci żałował, że go Bóg tak ciężkimi bo­leściami za życia doświadczał, i do siebie wzywał? Czy żałował że się dla Boga od świata oderwał ? Czy żałował że raz się oddawszy Bogu oddał mu się na zawsze, i w służbie jego nie zmarnował już ani jednego talentu, ani jednej chwilki, że nie szczędził ni zdrowia ni życia doczesnego, by bliźnich swoich do zdrowia i życia wiecznego bezpiecznie prowadzić ? Czy żałował że mu Bóg odebrał był żonę ukochaną, a za oblubie­nicę dał mu Kościół Święty i oto ten zakon Jezusowy, w którym go tak rozwielmożył, i po swojemu rozsła­wił? Czy żałował że mu Bóg odebrał wszystkie, ach pięcioro dziatek ze krwi jego, a dał mu w zamian mnogie tysiące synów i córek, co mu się w apostol­stwie jego, z Boga narodziły, i wciąż rodzić będę?
Czy żałował dostatków ziemskich, które wymieniał na ubóstwo Chrystusowe, i za nim idące Niebieskie skarby? Czy żałował tych wszystkich pokut, jakimi ciało swe umartwiał a ożywiał ducha? Czy żałował, jednym słowem, że szedł za Chrystusem i za Chrystu­sem prowadził, że krzyż dźwigał, nie tylko swój, ale się chętnie krzyżami bliźnich swych obarczał, by im ulżyć w drodze życia tego, ach zawsze krzyżowej?
Czy żałował na koniec, że umierając rozstawał się z tylu sercami, które miłował w Bogu, a więc znajdzie w Bogu?

O bracie nasz Karolu! Tyś się z nami nie rozstał wracając do Boga, owszem więcej jak za życia bę­dziesz zawsze z nami. Z nami nauki twoje, z nami bło­gosławieństwo twoje, z nami potęga twoja, boć mamy nadzieję w miłosierdziu Bożym i w modlitwach ca­łego narodu naszego ciebie płaczącego, że cię Bóg, sługę swego, nad małym tu na ziemi wiernego, po­stawi tani nad wielem w niebie (Mat. XXV, 23), i zwierzy ci straż czujną nad narodem naszym. Ty więc narodowi naszemu, sercom naszym, upraszaj skarby z Nieba, wiarę, nadzieję i miłość, czystość, cierpliwość i wierność. Ty ubłagaj u Boga, by na każdej niwie naszej podobnych tobie kapłanów już wzbudzał.

Karolu nasz miły! ludu naszego ojcze i kochanku! Misjonarzu ty Boży od Boga do polskiej ziemi, szczę­sny a serdeczny! Otoś już teraz Misjonarzem naszym od ziemi naszej do Boga naszego; kończże więc dzieło rozpoczęte na ziemi, kończ je dla nas w Niebie, zawsze nam serdeczny, a na wieki szczęsny! A my za tobą, ty widzisz jak tęskni, żegnamy cię do czasu, żegnamy cię ojcze, żegnamy cię tym słowem, którem tyś zawsze witał wszystkie dziatki twoje, słowem , którem że cię z płaczem wielkim żegnamy, z weselem wilkiem, da Bóg, powitamy; żegnamy cię tym słowem wszechwiary, wszechnadziei, wszechmiłości naszej, słowem skoro wymówionym na ziemi wnet słyszanym w Niebie;

NIECH BĘDZIE POCHWALONY JEZUS CHRYSTUS !
A ty nam uproś, by go chwaliły wszystkie myśli, mowy i uczynki nasze, by go wielbiły i kochały wszy­stkie serca polskie, teraz, i na wieki wieków. Amen.

„Nie ten dobrze cierpi, który na Krzyżu się śmieje; nie ten, który na Krzyżu łzami otrętwienia duszy płacze, — ale ten, który na Krzyżu kocha, działa i wśród łez słodkim duszy uśmiecha się spokojem.”

„Za wszystko dobro z Bożej ręki wzięte,
Za skarby wiary, za pociechy święte,
Za trudy pracy i trudów owoce,
Za chwile siły i długie niemoce,
Za spokój, walki, zdrowie i choroby,
Za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby
I za krzyż ciężki na barki złożony –
Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony.”

(Ks. Karol Antoniewicz)

Ks. Karol Antoniewicz – Nauczyciel drogi krzyża


Kazania o Świętych Polskich i o Królowej Korony Polskiej, nauki przedślubne, mowy pogrzebowe i kazania przygodne. Przez Xiędza Alexandra Jełowieckiego. Berlin 1869.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: