W szkole św. Teresy (9) – O oschłościach duchowych

„…Wielkie i niezliczone są trudności, jakie czart sta­wia początkującemu, aby nie wstąpił na drogę modlitwy wewnętrznej; gdyż wie dobrze nieprzyjaciel zbawienia, jaką z tego szkodę odniesie, a iż nie tylko tę jedną duszę utraci, ale i wiele innych przez nią. Kto bowiem od po­czątku swego życia duchownego usiłuje, przy łasce Bożej, wstąpić aż na szczyt doskonałości, ten, sądzę, nigdy nie wejdzie do nieba sam jeden; zawsze przykładem i wpły­wem swoim pociągnie za sobą wielu. Bóg, jako dzielnemu wodzowi dodaje mu towarzyszów, aby z nim i za nim szli. Dlatego więc, jak mówię, diabeł takie poczynającemu kła­dzie w drogę trudności i niebezpieczeństwa, iż niemałej potrzeba odwagi, aby się nie cofnąć wstecz, a daleko bar­dziej jeszcze wielkiej łaski od Boga.

 

Trzeba wiedzieć, że praca najtrudniejsza znajduje się w początkach; tutaj dusza czuje całe brzemię pracy, a Pan dodaje tylko siły do zniesienia go, gdy przeciwnie na dalszych stopniach modlitwy przeważa pociecha i we­sele, lubo jednak i na początku, i w środku, i na końcu tej drogi, wszyscy zarówno noszą krzyże swoje, jakkol­wiek różne; bo jak drogą krzyża szedł Chrystus, tak i tym, którzy Go naśladują, tąż drogą iść potrzeba, jeśli nie chcą zabłądzić. Błogosławione te cierpienia, które już tu w tym życiu tak przewyższającą nagrodą się opłacają!

 

„Zmuszona tu jestem użyć porównań, jakkolwiek chcia­łabym ich uniknąć… Początkujący w życiu duchowym i w modlitwie wewnętrznej, niech sobie wyobrazi, że przystępuje do założenia ogrodu, przyjemnego Panu, na gruncie mocno jałowym i chwastami zarosłym. Sam Boski Pan naprzód własną ręką wyplenia z niego złe zielska i wonnymi ziołami go zasadza. Ten pierwszy po­czątek, tak przedstawiam sobie, już uczyniony jest, skoro tylko dusza stanowczą wolą skłoniła się do modlitwy we­wnętrznej i już zaczęła jej się oddawać. Do nas zatem należy, byśmy, jako dobrzy ogrodnicy mieli staranie o tych młodych roślinach, aby rosły i pilnie je podlewali, aby nie uschły dopóki się nie rozwiną i kwiatów nie wydadzą, które by słodką wonią swoją rozweselały Serce Pana naszego, tak iżby często nawiedzał ten ogród swój i nim się lubo­wał i wśród tego kwiecia cnót wszelkich rad odpoczywał 

 

„Obaczmyż teraz, w jaki ma być sposób podlewanie, abyśmy zrozumieli, co tu czynić powinniśmy, i ile nas to pracy będzie kosztowało, i jak długo tak nam pracować potrzeba, i czy zysk przewyższy nakład pracy.
Czworaki, zdaje mi się, może być sposób podlewania: albo ciągnąc wodę ze studni, co jest pracą bardzo uciążliwą, albo za pomocą pompy (norji) (1 )czy wodociągu, dobywając wodę przez obracanie koła, jak to sama nieraz próbowałam; — tu praca mniejsza jest od poprzedniej i więcej dostaje się wody; albo sprowadzając wodę z rzeki, czy ze strumienia, i ten jest sposób o wiele lepszy, bo i ziemia obficiej się wodą nasyca i nie potrzeba tak częstego podlewania, i ogrodnik daleko mniejszą ma pracę; albo wreszcie za pomocą deszczu obfitego; wtedy Pan sam, bez żadnej pracy naszej podlewa i ten sposób bez żadnego porównania prze­wyższa wszystkie poprzednio wymienione. Stosując teraz do założenia mego te cztery sposoby nawodniania potrzeb­nego do utrzymania ogrodu, który bez wody zwiądłby i zmarniał, sądzę, że za pomocą tego porównania zdołam w pewnej mierze objaśnić cztery stopnie modlitwy wewnętrznej”(2).

 

O początkujących w modlitwie wewnętrznej można powiedzieć, że są podobni do ludzi, ciągnących wodę ze studni, co, jak mówiłam, wielkie im sprawuje utrudzenie. Potrzeba im biedzić się ze zmysłami swymi, aby je trzy­mać w skupieniu, co, ponieważ zwykły błąkać się samopas, jest pracą nielada. Potrzeba im przyuczać się powoli do umartwienia przyrodzonej chęci widzenia i słyszenia wszystkiego, a w godzinach modlitwy rzeczywiście już powściągać się od widzenia i słyszenia rzeczy zewnętrznych, usuwając się na samotność, rozpamiętywając przeszłe ży­cie swoje.
Wszyscy wprawdzie, ostatni zarówno jak i pierwsi, powinni się często oddawać temu rozpamiętywa­niu, ale różna jest dla różnych miara czasu i usilności do tego potrzebnej, jak to niżej objaśnię. Początkujący zwykli dręczyć się tym, że nie potrafią rozpoznać, czy mają istotnie żal za grzechy swoje, chociaż z pewnością go mają, skoro mają postanowienie służenia Bogu naprawdę. Powinni usil­nie przykładać się do rozmyślania o życiu Chrystusa Pana, a rozmyślanie to jest także utrudzeniem dla umysłu. Do tego wszystkiego sami dojść możemy, rozumie się przy po­mocy łaski Bożej.

 

W taki sposób poczynamy ciągnąć wodę ze studni i dałby Bóg, aby się znalazła; ale choć jej kiedy zabraknie, nie będzie to przynajmniej z winy naszej, skoro idziemy czerpać ją i czynimy, co możemy, aby te kwiaty nasze były podlane. A Bóg tak jest dobry, że choć nieraz, z przy­czyn Boskiemu Majestatowi Jego wiadomych, — może wła­śnie dla tym większego postępu naszego, — dopuszcza, by studnia okazała się suchą, wszakże, jeśli jeno my czy­nimy co do nas, jako dobrych ogrodników należy, i bez wody zachowa kwiatom życie i cnotom da pomnożenie. Przez wodę rozumiem tu łzy, wewnętrzne uczucia i roz­rzewnienia pobożne.

 

„Cóż tedy pocznie taki, który przez długie dni widzi w sobie samą tylko oschłość i niesmak, i znękanie, i tak bezskuteczność pracy swojej w chodzeniu do studni i szukaniu wody, że gdyby nie pomniał na to, iż, tak pracując, przyjemność czyni i posługę oddaje Panu ogrodu, gdyby go nie powstrzymywała obawa postradania tego wszystkiego, co już wysłużył, i nadzieja, że przecie nie pozosta­nie bez pożytku ten trud nużący, jaki ponosi, tyle razy spuszczając ceber do studni i zawsze go wyciągając bez wody: gotówby porzucić wszystko? I nieraz mu się zda­rzy, że od zmęczenia już i rąk podnieść nie zdoła, ani się zdobyć na żadną myśl pobożną; bo przez to ciągnienie wody ze studni ma się tu rozumieć działanie i praca rozumu. Cóż więc, pytam, pocznie ogrodnik w takiej niedoli swojej?

 

Niech się pociesza, niech się weseli, niech sobie to poczytuje za łaskę największą, że dano mu pracować w ogrodzie tak wielkiego Monarchy, i że wie, iż tak pracując, podoba się Jemu, i że w tym ma na celu nie własne zadowolenie, jedno zadowolenie Jego.
Niech Go wysławia ustawicznie, iż taką mu ufność okazuje, widząc jako, choć Pan mu żadnej nie daje zapłaty, on przecie z taką pilno­ścią chodzi około pracy przez Niego mu zleconej. Niech Mu dopomaga w noszeniu krzyża pomnąc na to, że On całe życie Swoje dźwigał brzemię krzyża; niechaj nie tu na ziemi szuka chwały królowania z Nim, a modlitwy niechaj nigdy za nic nie opuszcza, ale raczej wciąż się utwierdza w mocnym postanowieniu, że choćby ta oschłość miała trwać całe życie, on nie dopuści Chrystusowi upaść pod krzyżem.
Przyjdzie czas, że otrzyma zapłatę za wszystko; niech się nie lęka, by miała być stracona praca jego; dobremu Panu służy, i oczy Jego na nim spoczywają.

 

„Jakiekolwiek by go napastowały złe myśli, niech się niemi nie trwoży; wszak i św. Hieronimowi diabeł takie pokusy nasuwał na puszczy. Mają swoją cenę te udrę­czenia; przechodziłam ja przez nie długie lata, a jeśli kiedy wśród tej ciągłej oschłości udało mi się jedną kro­pelkę zaczerpnąć z owej studni błogosławionej, wydawało mi się to szczególną łaską od Boga.
Są to, wiem dobrze, cierpienia bardzo dojmujące, i większej, zdaniem moim, potrzeba odwagi do zniesienia ich, niż do innych wielu utrapień, jakie są na świecie; ale jasno o tym się przekonałam, że Bóg nie zostawia ich bez nagrody, nawet i w tym życiu jeszcze; bo rzecz pewna, że jedna z tych godzin roz­kosznego uczucia Boskiej słodkości Jego, których mi potem Pan użyczał, wydała mi się przeobfitym wynagrodzeniem, za wszystkie udręczenia, jakie przez długi czas wycier­piałam, chcąc wytrwać na modlitwie.

 

„Snać dlatego Pan częstokroć na początku, nieraz i przy końcu tej drogi modlitwy wewnętrznej, dopuszcza na miłośników swoich te męki duchowne i inne, jakie się nasunąć mogą pokusy, aby ich doświadczył, aby się oka­zało czy będą mogli „pić kielich Jego“ i pomagać Mu nosić krzyż, pierwej nim złoży w nich wielkie one skarby swoje. Dla dobra naszego Boska łaskawość Jego taką nas chce drogą prowadzić, abyśmy dobrze zrozumieli, że jesteśmy niczem; bo taka jest wysokość i wielkość tych łask, których nam potem użycza, iż potrzeba nam, pier­wej, nim ich użyczy, poznać z własnego doświadczenia nędze nasze, by nas nie spotkało to, co spotkało Lucy­fera.

 

„Cóż jest, o Panie mój, w tych drogach i zrządze­niach Twoich, co by nie zmierzało do większego dobra ta­kiej duszy, która widzisz, że już jest Twoją, że oddaje się w ręce Twoje, aby szła za Tobą, kędykolwiek pój­dziesz, aż do śmierci krzyżowej, z mocno postanowionym umysłem i wolą, dopomagania Ci w noszeniu krzyża i nie pozostawienia Cię z nim samego? Jeśli cię Pan widzi w takim usposobieniu, zaprawdę nie masz czego się lę­kać, nie masz czego się smucić, gdy już stoisz na tak wy­sokim stopniu, jakim jest pożądanie obcowania z Bogiem samym i porzucenia dla miłości Jego uciech światowych; tego dokazawszy, dokazałaś już, co było najtrudniejszego; wysławiaj za to Boską wielmożność Jego i zdaj się z ufno­ścią na dobroć Jego, bo nigdy On jeszcze nie zrobił za­wodu przyjaciołom Swoim.

 

„Nie dopuszczaj do siebie ani na chwilę takiej myśli: dlaczego tamtemu po niewielu dniach daje łaskę uczuć pobożnych, a mnie jej nie daje po tylu latach? Wierzmy, wszystko to jest dla naszego dobra; niech nas wiedzie Boska wola Jego, którędy zechce, nie jesteśmy swoi, ale Jego. Dość tej wielkiej łaski, którą nam czyni, że chce, byśmy pracowali w ogrodzie Jego; jeśli Mu się podoba, by rosły te zioła i kwiaty jednym przez podlewanie wodą, którą ciągną ze studni, a drugim bez wody, co mnie do tego? Czyń, Panie, cokolwiek zechcesz; a nie dopuszczaj tego, Boże wielki, by rzecz tak droga, jaką jest miłość Twoja, dostała się najemnikom, którzy służą Tobie tylko dla pociech Twoich…

 

„Gdy dusza wstąpi na tę drogę modlitwy wewnętrznej i odważnie nią idzie, gdy zdobędzie się na to, by już nie troszczyła się o pociechy i uczucia pobożne, ani się zbytnio cieszyła, gdy Pan je da, ani się zbytnie smuciła, gdy ich zabraknie, wtedy dusza taka już uszła wielką część drogi; choć może nieraz się potknie, niech się nie lęka, by dlatego cofała się wstecz; budowa, którą wznosi na mocnym opiera się fundamencie.

 

Tak jest, miłość Boża nie zasadza się na rozpływa­niu we łzach, ani na onych pociechach i rozrzewnieniach, których pragniemy i cieszymy się, gdy je mamy, ale na tym, byśmy służyli Mu w sprawiedliwości, sercem mężnym i z pokorą; w pociechach zaś duchownych, zdaniem moim, bierzemy tylko, a nic z siebie nie dajemy. Dla kobieciny, jaką ja jestem, słabej i małego ducha, może jeszcze tego potrzeba, by Bóg ją pokrzepiał słodkością darów Swoich, jak to obecnie czyni mnie, abym mogła znieść niejako utrapienia, które z Boskiej woli Jego na mnie przychodzą. Ale, by słudzy Boży, mężowie poważni, uczeni i rozumni, tak się frasowali o to, że Bóg im nie daje pociech duchownych, jest rzecz dla mnie tak ckliwa, że i słyszeć o tym nie mogę.

 

Nie mówię, by ich nie mieli przyjmować, gdy im Bóg ich użyczy; owszem, niech je sobie wówczas wysoko cenią, skoro Bóg snać uznaje, że im w tej chwili przyniosą po­żytek; ale gdy są pozbawieni tych pociech, niechaj się tym nie dręczą; niech powiedzą sobie, że skoro Bóg ich od­mawia, więc widać nie są im potrzebne, i niech umieją panować nad sobą i cierpliwie przetrwać czas posuchy. Nie­chaj mi wierzą, któram widziała to sama i doświadczyła, małoduszność taka jest rzeczą zdrożną, jest przeszkodą w dążeniu do doskonałości, bo krępuje swobodę ducha i odbiera siłę do mężnych przedsięwzięć” (3)

 

„O pokoro, pokoro! nie mogę jakoś obronić się tej pokusie, bym tych, którzy tak wielkie rzeczy robią z oschło­ści swoich i z taką ciężkością je znoszą, nie posądzała o niejaki brak tej cnoty.

 

„Mówię tu o zwyczajnych oschłościach, nie o onych wielkich udręczeniach wewnętrznych, które są zupełnie czym innym i daleko większą mękę duszy sprawują, niż prosty tylko brać uczuć pobożnych. Doświadczajmy siebie i pozwólmy Panu, niech nas doświadcza, jak to umie czy­nić, choć my często na tych próbach Jego poznać się nie umiemy, albo nie chcemy” (4).

 

„Co tu mówię, nie tyczy się samych tylko początku­jących, chociaż i dla nich tak mocno na to nalegam, bo wiele od tego zależy, by od samego początku przystępo­wali do dzieła z taką swobodą ducha i z takim mężnym postanowieniem; ale mówię to i dla drugich, jakich jest wielu, którzy choć dawno zaczęli, nigdy do tego dojść nie mogą, by doszli do końca. Główna tego małego postępu przyczyna, jak sądzę, jest w tym, że nie chwycili się krzyża od samego początku; stąd, gdy na modlitwie nie udaje się im działać rozumem, znieść tego nie mogą i drę­czą się, i zdaje im się, że nic nie robią; a może właśnie wówczas, choć sami o tym nie wiedzą, wola ma pożywny dla siebie pokarm i nowych sił nabiera.

 

„Bądźmy pewni, że Bóg nie zważa na to niedołęstwo umysłu naszego, i że takie rzeczy, choć nam się wydają być winą, w Jego oczach żadnej winy nie mają; lepiej, niż my sami, zna Boski Pan nasz nędzę i przyrodzoną niskość naszą; wie, że ta dusza szczerze już pragnie, choć nie zawsze potrafi, myśleć o Nim i kochać Go. Tego jedynie usposobienia i postanowienia żąda od nas łaska Jego. Smutki zaś te, którymi się trapimy, na nic się nie przydadzą, chyba na większe zaniepokojenie duszy; i jeśli przedtem jedną godzinę była niesposobną rozmyślać, potem skutkiem tego niepokoju niesposobność jej w czwór­nasób się zwiększy…

 

„Bardzo często ta niesposobność pochodzi z niedy­spozycji fizycznej; bo taka jest nędza nasza, że ten wię­zień, ta biedna dusza nasza podziela z ciałem niedomaga­nia jego; częstokroć zmienność pogody, albo zaburzenia humorów tak na nią wpływają, że bez żadnej winy swojej nie może uczynić tego, czego chce, ale cierpieć musi na wszelki sposób…

 

„Powtarzam więc raz jeszcze tę przestrogę i nie za­szkodzi powtarzać ją jak najczęściej: kto zaczął przykła­dać się do modlitwy wewnętrznej, niech się o to nie fra­suje, ani się smuci, gdy dozna na niej oschłości i niepo­koju i roztargnienia myśli; jeśli pragnie nabyć swobody ducha i nie żyć w ciągłem udręczeniu, niech nasamprzód nie lęka się krzyża: wówczas przekona się, jak słodko i skutecznie Pan dopomaga do noszenia go i jakie zadowolenie uczuje w sobie, i jak wszystko będzie mu się obra­cało w duchowny pożytek.

 

„Z tego wszystkiego jasny wniosek, że, gdy studnia sucha, nie jest w naszej mocy wodę do niej sprowadzić; ale prawda i to, że nie powinniśmy zaniedbywać należnej baczności, abyśmy, gdy się woda ukaże, gotowi byli ją czerpać bo tego wówczas Bóg od nas żąda, aby przy takiej pracy naszej cnoty w nas pomnożył” (5).

 

Inną tu jeszcze dodam przestrogę: „Dusza, której Bóg z tego stopnia modlitwy nie podniósł na wyższy, najlepiej zrobi, gdy zaniecha wszelkiego starania o wzniesienie się nań własną usilnością swoją; jest to przestroga bardzo ważna, bo z takiego wspinania się nie będzie pożytku, tylko szkoda.

 

„Może dusza w tym stanie i powinna zdobywać się na akty jak najgorętsze ku utwierdzeniu w sobie gotowości i odwagi do podejmowania wielkich rzeczy dla Boga, ku pomnożeniu w sobie miłości Bożej, ku pobudzeniu siebie do postępu w cnotach; może stawiać siebie w obecności Chrystusa, jakby Go widziała na oczy i przyuczać się po­woli do coraz gorętszego rozmiłowania się w świętem czło­wieczeństwie Jego i trzymać się ustawicznie towarzystwa Jego, i z Nim rozmawiać, i prosić Go o pomoc w potrze­bach swoich, i skarżyć się Jem u w utrapieniach swoich, i cieszyć się z Nim w pociechach swoich. A w tych swoich z Nim rozmowach niech się nie sadzi na sztucznie ułożone modlitwy, ale w prostych słowach niech Mu mówi co czuje, czego pragnie, co potrzebuje. Jest to doskonały sposób do wysokiego w krótkim czasie postępu…

 

„Tyle więc możemy osiągnąć własną pracą naszą; kto by zaś chciał sięgnąć wyżej i na własnych skrzydłach wznieść się duchem do używania słodkości i smaków du­chownych, które mu nie są dane, utraci jedno i drugie. Słodkości tych żadną usilnością swoją nie osiągnie, bo są to rzeczy nadprzyrodzone i dusza pozostanie opustoszała i na zupełną posuchę wydana.

 

Budowa ta duchowna cała się wspiera na pokorze; im bliżej dusza przystąpi do Boga, tym wyżej ta cnota rosnąć w niej powinna; w przeciwnym razie wszystko budowanie rozsypie się w gruzy. Chcieć zaś o własnej sile wynosić się wyżej, jest to brak pokory, nieświadomy za­pewne i bez winy, ale nie bez przykrego zawodu: praca bę­dzie daremna, a w duszy pozostanie pewne niemiłe uczu­cie, jak gdy kto zapędzi się do skoku, a ktoś go z tyłu przytrzyma, zaczem choć wszystkie siły swoje wytężył, skutku, który tym zapędem swoim zamierzał, osiągnąć nie może…

 

„Zdaje mi się, że wytłumaczyłam rzecz zrozumiale; niechaj Pan raczy doświadczeniem oświecić oczy tych, którzy to czytać będą, jakkolwiekby ono było niewielkie, przy pomocy Jego zaraz zrozumieją” (6).

 

W szkole św. Teresy (1) – Jak służyć Bogu? – O konieczności poddania się woli Bożej

W szkole św. Teresy (2) – O grzechu śmiertelnym

W szkole św. Teresy (3) – O potrzebie modlitwy wewnętrznej

W szkole św. Teresy (4) – O piekle

W szkole św. Teresy (5) – O doskonałym żalu za grzechy.

W szkole św. Teresy (6) – O środkach poznania samego siebie

W szkole św. Teresy (7) – O WOLI BOŻEJ -„Bądź wola Twoja, jako w nie­bie, tak i na ziemi!“

W szkole św. Teresy (8) – O odwadze w służbie Bożej.

 


1) Przyrząd hydrauliczny, używany w Hiszpanji i Francji. 
2) Zamieszczamy tu objaśnienie tylko pierwszego sposobu podlewania,, odpowiadającego pierwszemu stopniowi modlitwy.
3) „Życie“, str. 76—82. 
4) „Twierdza“, str. 42.
5) „Życie”, str. 82— 84.
6) „Życie”, str. 86 – 88.

 

WESPRZYJ NAS

Jeśli podobają się Państwu treści które publikujemy i uważacie, że powinny docierać do większej ilości odbiorców, prosimy o wsparcie rozwoju naszej strony.
Wybraną kwotą:

10,00 PLN
50,00 PLN
100,00 PLN

Lub inną dowolną:

PLN

Dziękujemy

WSPIERAM

Skomentuj