Nauka Katolicka

Wzrost w świętości – O postępowaniu wobec bliźnich

Napomknąłem w ostatnim rozdziale, że jedną z przyczyn napotykania na pewne ukryte przeszkody w życiu wewnętrznym jest zaniedbanie troski o poprawne postępowanie zewnętrzne i brak starania o uzgodnienie naszego stosunku do drugich z zasadami życia duchownego.

Byłoby rzeczą pożądaną, byśmy zawsze o tym pamiętali. Lecz szczególnie jest to potrzebne w początkach życia pobożnego. Osoby bowiem początkujące zwykły odczuwać wielką pokusę do lekceważenia swego zewnętrznego postępowania. Nauczyły się cenić czystą intencję, ciągłe skupienie i doniosłość życia wewnętrznego. Równowaga jest rzeczą niełatwą dla ludzkiej natury, zwykle też każda nowość wydaje walkę temu, co stare i zadomowione. Nic więc dziwnego, że choć mało kto odważyłby się to wyznać, taki początkujący, przejęty prawdziwą, lecz świeżą dla niego myślą o wyższości życia wewnętrznego nad zewnętrznym, uważa to drugie za bezwartościowe, owszem szkodliwe, bo pełne pokus. Poważanie jednego rodzi w nim, niestety, lekceważenie drugiego, zwłaszcza że rozpoczynając życie całkowicie oddane Bogu, zawsze nieufnie i pogardliwie odnosi się do ludzi i świata. Ta pogarda bywa najczęstszą pokusą początkujących.

Być mężem jednej myśli jest rzeczą nietrudną a mającą pozory bohaterstwa, które często zwodzą. Ilekroć jakiś nowicjusz zaczyna pozować na rycerza krzyżowego, możemy przypuszczać, że ulega złudzeniu.

Duch reformatorski jest antytezą ducha ascezy.

Dobra jest krucjata, ale najpierw przeciw sobie samemu, dopóki nie nawykniemy nad sobą panować. Wytykać błędy tylko drugim to rzecz szatańska; sprawa Boża domaga się zaczęcia od siebie.

Jakże odmienna jest mądrość św. Ignacego! Oto, gdy przystępujemy do szczegółowego rachunku sumienia, poleca on nam obrać za przedmiot naszej pracy nie błąd, który nam dokucza najdotkliwiej lub jest największy, ale ten, który może najwięcej zaszkodzić bliźniemu i dać mu okazję do zgorszenia. To jest nasza droga.

 

Lecz jakże się to dzieje, że początkujący – choć bowiem pierwszy okres mamy za sobą, nie przestajemy być, jak powiedziałem, początkującymi na drodze doskonałości – zazwyczaj rażą w swym otoczeniu, ściągając na samą pobożność niechęci i uprzedzenia? – Nie chcę tak cierpko o tym mówić, jak zwykł to czynić świat, bo wiem, jakie trudności ich otaczają, jak wyrozumiale trzeba ich sądzić i jak wielką jest rzeczą to ich oddanie się sercem i duszą sprawie Bożej. Zresztą wszystko, co w ich postępowaniu odraża i drażni, nie pochodzi z tych zasad, które właśnie obrali, lecz ze starego kwasu, który w nich pozostał po życiu światowym.

Razi u nich brak roztropności, nieliczenie się z chwilą, miejscem, wiekiem, osobą czy okolicznościami; razi niekonsekwencja, której nie można wytłumaczyć, jeśli się nie pojmie tej walki, jaką sobie wydali; razi rozdrażnienie, które bez wątpienia wybaczyłby im najostrzejszy krytyk, gdyby wiedział o ich bojach wewnętrznych i znużeniu ducha, które jest następstwem walki i pokusy; razi ich dziwactwo, ponieważ trudno jest człowiekowi naraz oswoić się z nowymi zasadami i stosować je poprawnie do tylu sprzecznych wymagań; razi w nich wreszcie to, co jest nie tyle zgorszeniem dawanym przez nich, co raczej zgorszeniem przyjmowanym przez nich od świata, który tak biegunowo różni się w swoich hasłach od zasad Ewangelii.

Głęboko więc bądźmy przekonani, iż naprawdę doniosłą jest rzeczą dla naszego duchownego postępu i dla wewnętrznej świętości, byśmy dużo troski wkładali w nasze pożycie z drugimi, stając się dla nich wonnością Chrystusową. Zaniedbanie w tym względzie jest przyczyną, dlaczego wielu ustaje w swym porywie ku doskonałości; szukają oni źródeł swego niepowodzenia w samym swoim szlachetnym zamiarze, podczas gdy te kryją się w ich zewnętrznym postępowaniu.

Każde zagadnienie życia duchownego posiada dwa oblicza: ujemne i dodatnie.

Sama nawet chęć zbudowania bliźnich może się okazać ujemną lub dodatnią, zależnie od drogi, na którą wkroczy!

Spojrzyjmy na nią od strony ujemnej.

Błędem jest chcieć budować drugich przez odstępowanie od swoich zasad, by się okazać wolnym od bigoterii i nie krępującym się przyjętymi zwyczajami i zachowaniem przepisów. Jest zasada, iż nie należy czynić źle, by wynikło dobro. Non sunt facienda mala, ut eveniant bona. Jednak kryje się w tym niemała pokusa dla ludzi domyślnych i przewidujących, by kosztem drobnej niewierności dla przepisów pokazać, że jarzmo religii nie jest tak ciężkie i przykre, jak zwykli sądzić miłośnicy świata. Pokusa równie zdradliwa jak i zawodna.

Nie należy nigdy czynić jedynie w celu zbudowania drugich tego, czego nie uczynilibyśmy, gdyby nie chodziło o zbudowanie. Budowanie drugich nie powinno być pierwszą sprężyną.

Zasadą ewangeliczną jest pozwolić by światło nasze jaśniało przed ludźmi (a nie w tym wyłącznie celu je zapalać!), aby widzieli nasze dobre czyny i chwalili Ojca, który jest w niebiesiech.

Starannie wystrzegać się musimy postępowania nie budującego, lecz szkodliwą byłaby staranność, poświęcana wprost budowaniu drugich.

To są dwie różne rzeczy, jakkolwiek często ze sobą mieszane. Spotkasz w życiu dusze tak zdrążone i tak zepsute, iż wyleczenie ich zakrawałoby niemal na cud, a kiedy poczniesz dochodzić źródeł zła, znajdziesz często na jego dnie błędnie pojęty obowiązek budowania drugich.

Patrz na Boga, kochaj Jego chwałę, nienawidź siebie i bądź prosty, a uwielbienie Chrystusa będzie samo promieniowało z ciebie bez twojej wiedzy czy myśli o tym, gdziekolwiek pójdziesz i czymkolwiek się zajmiesz.

Niewczesne aluzje do religii czy drażniąca drugich sztywność są tu nie na miejscu. Jedno westchnienie wewnętrzne, jedno podniesienie duszy ku Bogu więcej nieraz drugim pomoże niż obnoszenie się ze swymi przekonaniami, którego nasze zasady od nas nie żądają, a które na pewno dotknie niejednego. Nieraz milczenie buduje bez obrażania kogokolwiek, choć przyznaję, iż ta sztuka nie należy do łatwych. Być może, iż działając pod natchnieniem serca złączonego z Bogiem nabędziemy jej prędzej, nim się spostrzeżemy. Można obrzydzić rzeczy najświętsze przez wyjeżdżanie z nimi nie w porę, a tak niewczesna gorliwość staje się źródłem grzechu.

 

Skoro już błędne pojęcie o zbudowaniu nie tylko bywa przyczyną wielu fałszywych posunięć w naszym postępowaniu zewnętrznym, lecz wprost wyrządza szkody naszym duszom, to cóż powiedzieć o błędnym pojmowaniu obowiązku braterskiego upomnienia? Ile zgorszenia dla drugich, ile zarozumiałości o sobie żywi człowiek o spaczonym rozumieniu tego najtrudniejszego, a zarazem najbardziej niejasnego z obowiązków!

Pamiętajmy, że bardzo niewielu jest uprawnionych na mocy swego stanu i postępu w duchu do poprawiania braci, jeszcze mniej jest do tego powołanych ze względu na potrzebną przy tym łagodność i roztropność, a już nikogo nie ma, kto by przez wykonanie tego obowiązku nie był narażony na poważne niebezpieczeństwo. Natomiast ci, którzy bez zastanowienia wzięli na siebie tę delikatną odpowiedzialność, nie tylko sami grzeszyli nieposłuszeństwem, brakiem szacunku, zarozumialstwem, cierpkością, podejrzliwością i przesadą, lecz także innych do grzechu przywodzili, zamieniając im sprawę Bożą na przedmiot zgorszenia i kulę u nogi.

Dlatego nim przystąpimy do upomnienia braterskiego, upewnijmy się pierwej, czyśmy do tego powołani, opierając się zarówno na zdaniu innych jak i własnym; a kiedy poczujemy się powołani, poprzedźmy upomnienie modlitwą i głębokim namysłem.

Dodajmy jeszcze, że upominanie brata dla zbudowania trzeciej osoby rzadko przechodzi bez szkodliwych następstw; zresztą nie ma obawy, by to naraziło nas na utratę pokory, gdyż z góry już można przewidzieć, że tak postępując, w ogóle nie mamy pokory, którą moglibyśmy utracić.

Poza tym w tym okresie życia duchownego nie ma potrzeby dużo rozprawiać o obowiązku poprawiania drugich i wystarczy wiedzieć, że taki istnieje. Kiedyś może nas Bóg nim obarczy, lecz wówczas zdołamy lepiej mu odpowiedzieć. Gdyby jednak już teraz przypadł nam w udziale, nie bierzmy się doń bez drżenia i głębokiego rozmysłu, a Bóg nam dopomoże.

 

Oto sposoby zbudowania, jakie mamy starać się dawać naszym bliźnim.

Przyjrzyjmy się teraz, jak trzeba je w życie wprowadzać. Wiodą do tego dwie drogi: umartwienie Jezusa i łagodność Jezusowa.

Najpierw więc umartwienie Jezusa.

Milczenie wobec niesłusznych oskarżeń, wstrzemięźliwość od sądów przedwczesnych i zbyt pewnych, unikanie pedantycznego dochodzenia swych praw, ofiarna usłużność dla drugich kosztem własnych wygód i przyjemności, wystrzeganie się tępego i nierozumnego wyolbrzymiania rzeczy nieistotnych, co do których każdy ma wolność zdania – oto sposoby stosowania umartwienia Jezusowego w pożyciu z drugimi; nie mówiąc już o zbudowaniu, dawanym w ten sposób, wzrost doskonałości wewnętrznej, jaką przy tym zdobędziemy sami, przewyższy wszelkie oczekiwania.

Naprawdę, nie ma przewrotnej skłonności, ani pychy tajonej, ani maskującej się miłości własnej, której by takie postępowanie nie dosięgło i nie oczyściło.

 

Także Jezusową łagodnością winniśmy drugich budować. Łagodna odpowiedź uśmierza gniew, mówi Pismo.

Słowa łagodne i grzeczne, jak Zbawicielowe, już same z siebie są apostolstwem. Natomiast słowa ostre, choć nawet często zasłużone, pełnią robotę iście szatańską, pustosząc dusze bliźnich i raniąc własne sumienie.

Starajmy się przeto, by nasze obejście było łagodne, by jednało nam ludzi, by ich uczyło miłować tego ducha, który nas ożywia. Chłód, obojętność, nieuzasadnione wynoszenie się nad drugich lub wyniosłe zniżanie się do nich przydarza się nierzadko osobom duchownym. Jeszcze nie zrozumiały ducha, którym żyją i nie nauczyły się stosować go należycie w praktyce, niedoceniając jego miłości delikatnej i wszystkim dostępnej. Obraz Jezusa nie dość jeszcze wyrył się w ich umyśle; dlatego tak trudno im upodobnić doń swoje postępowanie zewnętrzne.

Każde nawet nasze spojrzenie winno zostawać pod tchnieniem łaski. Im poważniej rzeźbimy postać Jezusa w sercach naszych, tym wyraziściej będzie Jego łagodność odbijała się w czynach naszych, choć i bez naszej wiedzy. Wyjąwszy chwile dotkliwego cierpienia, a niekiedy i podczas niego, ten spokój i ta harmonia duszy promieniują, omal że nie namacalnie, z naszego postępowania.

Znamienne, że w Ewangelii św. Marka, pisanej pod dyktandem św. Piotra, tyle mamy wzmianek o wejrzeniu i zachowaniu się Zbawiciela; zarówno historia owego młodzieńca, co nie miał odwagi wyrzec się swego mienia, jak i przebieg nawrócenia św. Piotra wykazują, co mogła słodycz samego wejrzenia Jezusowego.

Ta sama słodycz każe chwalić wszelkie dobro, odkryte w bliźnim, choćby nawet było zmieszane z rzeczami mniej dobrymi.

Człowiek, który nie przemilcza zazdrośnie słusznej pochwały, zawsze ma wielkie wzięcie u ludzi, którego może używać dla sprawy Bożej.

Przeciwnie, zrzędliwy duch przekory może i bawi swą uszczypliwością lub odstrasza swym ostrzem, ale nigdy nie uspokaja, nie pociąga nigdy, nie przekonywa i nigdy nie zdobywa głębszego wpływu.

Innym objawem Chrystusowej łagodności jest tłumaczenie na lepsze czynów z siebie wątpliwych. Nie ma być ono jakieś wymuszone, nienaturalne, a tym mniej uniewinniające oczywisty grzech; wyrozumiała miłość i bez tego znajdzie dość pola do popisu; idąc za nią, dokonasz niejednego apostolskiego czynu ku chwale Bożej, nawet nie myśląc o tym.

Nasze wejrzenie, nasze obejście, zwłaszcza nasze milczenie musi być dalekie od nastręczenia drugiemu podejrzenia, iż go w duchu krytykujemy, bo to najskuteczniej ludzi z równowagi wyprowadza. Święci milkli na widok grzechu, ale ich stroskany wyraz mówił, że smucą się upadkiem bliźniego, ale tym bardziej starają się jego samego otoczyć miłością.

Krytykujące milczenie, tak obce łagodności Jezusowej, drażni drugich i wywołuje u nich postawę obronną, opryskliwą, przytłumiając nawet tę odrobinę łaski, jaką posiadają i zatwardzając ich serca na działanie łask przyszłych. Takie milczenie jest najzgryźliwszym z braterskich upomnień i niech się nikt nie waży go stosować, zanim się nie upewni, czy jest do tego powołany według tego, cośmy wyżej powiedzieli. A nawet i wówczas jest ono najniebezpieczniejszą formą spełniania tego i tak niebezpiecznego obowiązku.

Do Chrystusowej łagodności należy troska, by nasza pobożność i nasze nabożeństwa nie były drugim uciążliwe.

 

Kiedy św. Franciszek Salezy podjął się kierownictwa św. Joanny Franciszki de Chantal, służący jej zwykli mawiać, że za dawnego kierownika modliła się raz lub dwa razy dziennie, a wszyscy byli z tego niezadowoleni, teraz zaś modli się cały dzień i nikt na to się nie krzywi.

Odrobina staranności wystarczy, by ani Komunia św., ani modlitwy nie przeszkadzały obowiązkom rodzinnym czy były dla drugich choć trochę uciążliwe. Nie przez obawę zazdrości z ich strony, lecz po prostu dlatego, że do łagodności życia duchownego należy nie być przykrym dla drugich.

Tym sposobem, przez podwójne ćwiczenie się, w umartwieniu i łagodności Jezusowej, nasze pożycie z drugimi i nas uświęci i zbuduje bliźnich.

 

Jak już zapewne zauważyliśmy, nasze stosunki z drugimi zwykły się w tym okresie naszej duchownej kariery ściągać głównie do opanowania języka.

Nie wiem, co z tych dwojga jest bardziej zdumiewające, czy niesłychana doniosłość, jaką Pismo św. przyznaje straży języka, czy to niesłychane niedbalstwo, z jakim się ludzie pobożni do niej odnoszą. Wystarczy zajrzeć do pierwszej lepszej konkordancji, by się zdumieć nad częstością powracania Biblii do tego przedmiotu, począwszy od Przysłów i Eklezjastyka, a kończąc na św. Jakubie. Nikt by nie uwierzył, że tyle napomnień w tej mierze zawiera Pismo św., że tak wiele miejsca w tej księdze one zajmują. Trudno pojąć siłę, z jaką Pismo św. tu występuje.

Sprzeciwiałoby się mojej zwięzłości dłużej się nad tym rozwodzić. Wystarczy poddać każdemu pytanie: Czy skrupulatna uwaga, z jaką czuwam nad moim językiem odpowiada w całej pełni strasznej prawdzie, objawionej przez św. Jakuba, że jeśli nie powściągam mego języka, próżne jest moje nabożeństwo? – Odpowiedź na nie zdolna jest napełnić nas pokorą i grozą.

Lecz jak praktycznie zapanować nad językiem? Wyszczególnienie jego błędów odsłoni środki zaradcze. Godzinka spędzona w kółku chrześcijańskim wystarczy. Ileż uwagi się tam poświęca – rzekomo z potrzeby – postępowaniu i charakterowi drugich! Na usta ciśnie się jedna uwaga: Sąd Pański otwarty na ziemi. Jednego tylko braknie: uprawnionego Sędzi. My za to, nieproszeni, wdzieramy się samozwańczo na stopnie i zasiadamy zuchwale na Jego stolicy, by rozpocząć małpi sąd nad naszymi braćmi!

W tym świetle oglądany, występek nasz jawi się w całej swojej głupocie i przewrotności. Przy jego blasku łatwiej nam będzie wytrzebić z naszych rozmów lekkomyślne dociekania pobudek cudzych uczynków. Zazwyczaj odbywamy znaczną część drogi życia duchownego wśród niepowetowanych strat, zanim się spostrzeżemy i nałożymy obrożę naszemu językowi, który nie tylko na nią zasługuje, lecz o nią krzyczy.

Z chwilą gdy nieco liźniemy duchowności, zaostrza się nasz zmysł krytyczny. Zdobywamy z nią nową miarkę do mierzenia, nowy punkt widzenia do oceny – nic więc dziwnego, że ofiarą naszych reformatorskich zapędów padają natychmiast nasi bliźni. Weź to za przedmiot swego rachunku szczegółowego, a zadziwisz się liczbą swoich wykroczeń. Istotnie, trudno jest za dużo powiedzieć, jeśli chodzi o łatwość, mnogość i szkodliwość grzechów obmowy drugich, choćby w najlepszej intencji. Postanowienia, zamykające nasz rachunek sumienia winny być dokładne i szczegółowe, wszelkie zaś przeciw nim wykroczenia trzeba tępić spokojnie a nieubłaganie ustanowionymi dobrowolnie karami.

 

Niepodobna tu kreślić wszystkich szczegółów zewnętrznego postępowania, na które trzeba uważać w tym okresie życia duchownego. Jak powiedziałem, uwaga nieustannie na siebie skierowana jest niebezpieczna, a nawet ta miara czuwania nad sobą, która jest niezbędna, nastręcza dużo niebezpieczeństw.

Zresztą, choćby to nawet było pożądane, początkujący nie jest w stanie bez szczególnego wsparcia Ducha Świętego poświęcić się życiu duchownemu bez reszty. Samo pokuszenie się o to wtrąciłoby go łatwo w nierozumny i chorobliwy stan przygnębienia.

Dlatego w większości wypadków należy osoby, stojące na tym stopniu życia duchownego, zwracać ku zewnętrznym uczynkom religijnym, aby miały jakieś zajęcie pobożne, które by je uwalniało od tego ślęczenia nad sobą, które łatwo kończy się na jakiejś chorobie duchowej lub nawet cielesnej.

Każdy na przykład może tu zużytkować swoje zawodowe zajęcie, wkładając w nie nadprzyrodzoną intencję.

Można się zapisać do jakiegoś stowarzyszenia, byleby tylko nie przeciążyć się nadmiarem ustnych modlitw. Wielu może dawać jałmużnę; żeby zaś ta jałmużna rzeczywiście pomogła na ciele ubogiemu, a nam na duszy, musi być taka, byśmy poczuli, że dajemy, by nam brak rzeczy ofiarowanej dobódł naprawdę. W przeciwnym razie, cóżby to była za ofiara? – Wielu mogłoby także swoje siły, czas, zdolności i trudy oddać na usługi dzieł miłosierdzia i pracy społecznej.

Czas i trud to przedmiot równie nadający się do jałmużny jak pieniądz, którego nie każdy z kieszeni wysupłać może; owszem, jeśli chodzi o nas, to są one nawet bardziej pożyteczne, gdyż więcej Bożego błogosławieństwa nam jednają. Tylko bez gorączki, z rozwagą, obierzmy takie dzieło, które by nas żywo zajęło, zgodnie z naszym duchem, środkami i usposobieniem.

 

Powszechnym błędem wstępujących na drogę doskonałości jest zbytnie odosobnianie się od innych. Jakby być świętym, a być odludkiem, wychodziło na jedno.

A jednak ich przeznaczeniem jest wieść bój o własną duszę na swoim posterunku życiowym, wśród nawału i rozbieżności zwykłych zajęć codziennych; ich zaś cnota ma się hartować głównie w pożyciu z bliźnimi. Toteż muszą wziąć pod rozwagę wszystkie okoliczności, w jakich im żyć wypadnie. One mają wchodzić w ich rachuby, mają określać ich postanowienia.

Wprawdzie u progu nawrócenia, zarówno jak i u kresu kontemplacji wzrok nasz nie spostrzega nic poza Bogiem i własną duszą. Ta prostolinijność spojrzenia jest wielkim darem, ale na swoim miejscu i w swoim czasie. Jej miejsce jest u wstępu i u wylotu życia duchownego. Ale nie powinna ona być naszym stanem zwyczajnym, przez ciąg całego życia.

A jednak jakże wielu w tym błądzi. Wkraczają na drogę życia pobożnego. Są gotowi oddać się Bogu całkowicie i w tym duchu układają swe przyszłe życie. Przepisują sobie modlitwę myślną, rachunki sumienia, spowiedź i Komunię św., szczególne nabożeństwa i umartwienia. Wszystko dokładnie spisane, prezentuje się dobrze, uzyskało zatwierdzenie… Tylko jakoś miejsca zabrakło na pożycie z drugimi, na obowiązki względem braci, na uczynki miłosierdzia! Jak gdyby to wszystko było zbyteczne, jakby nie miało związku z życiem duchownym lub było tak łatwe, iżby nie zasługiwało na wzmiankę!

Ten wielki błąd mści się później nieubłaganie na całym dalszym postępie. Co dobre dla kameduły, niekoniecznie musi odpowiadać mieszkańcowi najludniejszej ulicy Londynu.

Zaryzykowałbym twierdzenie, że osobom w tym okresie się znajdującym należy dawać ten bardziej zewnętrzny kierunek. Gdyż mówić komuś tak wcześnie o potrzebie wyzucia się z siebie i rzucenia się w objęcia Boga, tego jedynego przedmiotu wiary i miłości, wydaje mi się niepraktycznym, bo przedwczesnym i wiodącym do utracenia z widoku punktów zasadniczych, a więc do złudzeń.

 

Pragnąłbym, by naszym ulubionym nabożeństwem stały się modły o nawrócenie grzeszników, połączone z ofiarami, Komuniami wynagradzającymi i orientujące wszystko w tym kierunku.

Bóg nieustannie pracuje z nadzwyczajną energią w którejś cząstce Kościoła, a cały ogromny zasób Jego łask czeka tylko na nasze pośrednictwo, by stać się udziałem naszych bliźnich. Toteż modlitwa o nawrócenie grzeszników, zostawiająca Bogu wybór miejsca i czasu, idzie po linii zamierzeń Bożych i schodzi się z zasadniczymi podstawami naszego życia duchownego. Więc również i osobisty punkt widzenia wykazuje jej stosowność dla tego okresu życia duchownego.

Gdyby jednak ktoś nie czuł zapału do takiej modlitwy, niech się nie trwoży, sądząc iż mu nie dostaje rzeczy niezbędnej do życia duchownego. Zapał ten jest rzeczą tak pożądaną, że brak jego istotnie mógłby wywołać przesadne zniechęcenie.

Lecz pamiętajmy, iż De Ponte w swym Przewodniku duchownym mówi, że choć zapał ten zawsze towarzyszy najwyższym stanom doskonałości, to przecie nie brak dusz pobożnych, w których pamięć grzechów własnych jest żywa, a ich czujna troska o czystość sumienia jest tak pochłaniająca, że po prostu brak tam miejsca na staranie o drugich.

Ryszard od św. Wiktora w swym Przygotowaniu do kontemplacji twierdzi, że nierzadko zdarzają się dusze ubogie duchem, radosne nadzieją, gorejące miłością i wyróżniające się świętością, a przy tym dziwnie oziębłe, niemal ospałe – valde tepidae ac desides – gdy chodzi o zbawienie bliźnich.

Niechże to zdanie wielkich mistrzów katolickiej ascezy będzie nam tarczą przeciw zniechęceniu i ostrzeżeniem przed zbyt pochopnym osądzaniem drugich. Zarówno Ryszard od św. Wiktora jak i Ludwik de Ponte należą do zrównoważonych szkół życia duchownego.

 


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. , Kraków 1935, str. 92-106.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s