„Twierdza wewnętrzna” – św. Teresa od Jezusa (mieszkanie VI, cz.4)

„Twierdza wewnętrzna” – św. Teresa od Jezusa (mieszkanie VI, cz.3)

Rozdział VI

1. Łaski te, tak wzniosłe, wzbudzają w duszy takie pragnienie posiadania już zupełnie Tego, który ją nimi obdarza, że życie zamienia jej się w mękę, choć męka to słodka. Z tęsknotą nieutuloną pragnie śmierci i ustawicznie błaga Boga ze łzami, aby ją zabrał z tego wygnania.
Wszystko, co widzi i słyszy wokoło siebie, jest dla niej umęczeniem, jedna tylko samotność znaczną jej ulgę przynosi. Ale i tu niebawem ból ten wewnętrzny się wznawia i wszędzie jej towarzyszy. I tak nigdzie nasz biedny motyl nie może znaleźć sobie trwałego odpocznienia.
Owszem, ten wciąż tlejący w niej ogień tęsknej miłości za lada powiewem, zdolnym go podniecić, na nowo płomieniem wybucha i duszę znowu unosi. Stąd też zachwycenia w tym mieszkaniu bywają bardzo częste i nie ma sposobu zapobieżenia im, chociażby przyszły przy świadkach. Za czym niebawem wszczynają się prześladowania i szemrania, które nie dają jej pokoju i wzniecają w niej strachy, którym ona, jakkolwiek by chciała, obronić się nie zdoła, bo wielu jest tych, którzy tak ją straszą, a między nimi szczególnie spowiednicy.

2. I choć z jednej strony, w najgłębszym wnętrzu swoim, czuje wielką pewność i otuchę, zwłaszcza gdy sama jest z Bogiem, z drugiej strony jednak wielki ma smutek, lękając się, czy istotnie diabeł jej nie zwodzi i czy zmamiona przez niego nie obraża tego Pana, którego nad wszystko miłuje. O szemrania i sądy ludzkie mało dba, ale bardzo ją boli, gdy spowiednik ją nęka wyrzutami, jak gdyby tu była w czym winna. W tym udręczeniu nieustannie prosi wszystkich, aby się za nią modlili i Pana blaga, aby ją prowadził inną drogą, jeśli ta, jak wciąż jej mówią, jest tak niebezpieczna. Z tym wszystkim jednak, widząc, że tą drogą wielkie uczyniła w dobrym postępy i z tego, co czyta, słyszy i co jej oznajmują przykazania Boże mając pewność, że jest to droga, wiodąca do nieba, nie może, choćby chciała, wymóc tego na sobie, by nie pragnęła na niej pozostać i na tyle tylko zdobyć się zdoła, że zdaje się na wolę i zrządzenie Boga.

Lecz i to, że nie potrafi pragnąć tego, co jej każą, dręczy ją, bo zdaje się jej, że przez to popełnia nieposłuszeństwo względem spowiednika, a ma to przekonanie, że właśnie tylko posłuszeństwo i chronienie się obrazy Bożej może ją obronić od niebezpieczeństwa zdrady i omamień złego ducha. I im mocniejsze widzi w sobie postanowienie raczej dać się porąbać na sztuki, niż świadomie popełnić jeden grzech powszedni, tym srożej to ją smuci, że snadź popełnia ich tyle mimo woli swojej.

3. Bóg daje tej duszy tak gorące pragnienie podobania Mu się we wszystkim, tak żywą bojaźń obrażania Go w czymkolwiek, choćby najmniejszą niedoskonałością, gdyby jej uniknąć zdołała, że dla tego już samego rada by uciekła od ludzi i szczerze zazdrości tym, którym kiedyś dane było, albo dziś jeszcze dane jest żyć na pustyni. A przy tym jednak chciałaby rzucić się w sam wir świata, czyby tam nie znalazła choć jednej duszy, którą by zdołała skłonić do wierniejszego służenia i gorliwszego oddawania chwały Bogu.

(…)

6. Jedno tu, siostry, zważcie, że wielkie te żądze oglądania Pana taki nieraz ból gwałtowny sprawują, że nie należy zwiększać ich, ale raczej, o ile to rzecz możebna, myśl od nich odrywać. O ile to rzecz możebna, mówię, bo jest pewien rodzaj tych pragnień, o którym później mówić będę, którym oprzeć się nie można, jak o tym same się przekonacie. Ale pragnienia tego pierwszego rodzaju, o którym mówię obecnie, nieraz dadzą się stłumić.
Rozum tu bowiem zupełnie jest swobodny, może więc uzgodnić się z wolą Bożą, i mówić, co mówił św. Marcin. Może także tę żądzę i tęsknotę swoją, zwłaszcza gdy ból z niej powstający bardzo się wzmaga, powściągnąć tą uwagą, że chociaż takie pragnienia bywają znakiem wysokiego już postępu w cnocie, kto wie, czy nie zły duch je wznieca, aby miała siebie za doskonałą i świętą.

Uwaga to w każdym czasie bardzo pożyteczna, bo zawsze nam dobrze
chodzić w bojaźni. Mam wprawdzie to przekonanie, że takiego pokoju i takiej swobody ducha, jakich dusza przy tym bólu doznaje, diabeł nie jest mocen sprawić. Pragnieniom przez niego wzbudzonym zawsze towarzyszyć będzie większe lub mniejsze wzburzenie namiętności, jakie zwykło powstawać w duszy w razie jakiego zmartwienia o rzeczy świeckie.
Ale kto sam nie doświadczył jednego i drugiego, nie potrafi rozpoznać tej różnicy i poczytując sobie za rzecz wielką, będzie je, ile zdoła, podniecał, ciężką przez to wyrządzając sobie szkodę na zdrowiu. Bo ból, z tej tęsknoty powstający, jest nieustanny, albo przynajmniej bardzo często się wznawia.

7. I na to również zwróćcie uwagę, że cierpienia te nieraz bywają skutkiem słabej kompleksji, szczególnie u osób łatwo roztkliwiających się i za lada małym powodem gotowych do płaczu. Takim diabeł sto razy wmówi, że płaczą z wielkiej miłości Boga, choć łzy ich zupełnie z tego źródła nie płyną. Owszem, jeśli to powtarza się przez czas dłuższy (że dusza taka za każdym najmniejszym słowem, jakie usłyszy, albo wspomnieniem o Bogu zaraz się rzewnymi łzami zalewa i powstrzymać ich nie umie), i płacze bez końca, bardzo być może, że raczej humory jakieś, nagromadzone około serca, tę obfitość łez wywołują, niżby je miała wyciskać siła miłości Bożej. Ale one, ponieważ słyszały, że dar łez jest łaską, nie tylko nie usiłują powstrzymać się od płaczu, ale raczej pobudzają się do łez ile zdołają. A diabeł zawsze tu wygrywa, bo płaczka taka tym ciągłym płakaniem swoim rychło, jak on tego pragnie, przywodzi siebie do takiego stanu zniemożenia, że już ani modlić się nie zdoła, ani Reguły zachować.

(…)

9. Nie sądźmy, by w sprawie naszego uświęcenia głównie chodziło o łzy, chodzi o to, byśmy rękę przykładały do dzieła i pracowały usilnie nad postępem w cnotach. O to jedno starać się powinniśmy; na ściąganie łez nie wysilajmy się. Przyjdą same, gdy spodoba się Bogu je zesłać; wtedy też zroszą one suchą rolę dusz naszych i wielki sprawią urodzaj, tym większy,
im mniej będzie naszego o nie starania. Ta jest woda z nieba na nas płynąca. Ta druga zaś, którą sami z utrudzeniem, jakby kopiąc w ziemi, wydobyć usiłujemy, nic z tamtą nie ma wspólnego, i nieraz, nakopawszy się aż do umęczenia, miasto spodziewanego zdroju, ani strumyczka nawet wody nie znajdziemy.

Lepiej nam więc, siostry, zdaniem moim, trzymać się w obecności Pana i stawiać sobie przed oczy miłosierdzie i wielmożność Jego, a naszą niskość. On zaś niech daje nam, co Jemu się spodoba, wodę czy posuchę, jak zechce. Wie On lepiej niż my, czego nam potrzeba. Zdając się tak na wolę Jego, będziemy miały spokój i diabeł już nie tak łatwo znajdzie sposobność do zastawiania na nas swych sideł.

10. Niekiedy wśród owych wrażeń bolesnych zarazem i słodkich, Pan użycza duszy nadzwyczajnej modlitwy i pewnego, niepojętego dla niej rozradowania. (…). Rozradowanie to, o ile rzecz rozumiem, zasadza się na dziwnie bliskim zjednoczeniu władz duszy z Bogiem, tylko że tu pozostawia im, jak również i zmysłom, swobodę, aby mogły się cieszyć szczęściem swoim, choć same nie pojmują, co to jest, czym się cieszą i w jaki sposób tym szczęściem się cieszą. Może to się wydawać jakąś baśnią arabską, a przecież tak jest prawdziwie. Tak wielką tu i nieobjętą dusza się cieszy rozkoszą, że chciałaby cieszyć się nią nie tylko sama, ale opowiadać ją wszystkim, aby wszyscy pomagali jej chwalić Pana, jak do tego jedynie dąży wszystko pragnienie. (…)

Jak on syn marnotrawny, gdy wreszcie do domu ojca powrócił, i ona ma to uczucie, jakby została odszukana, jakby sama siebie znalazła. I jak on ojciec odzyskanego marnotrawcy, rada by zwołała wszystkich i wielką ucztę im zastawiła, aby się z nią cieszyli, iż w takim bezpiecznym znalazła się schronieniu Bo pewna tego jest i najmniejszej o tym nie może mieć wątpliwości, że zupełnie jest w tej chwili przynajmniej zabezpieczona od złego. I, zdaniem moim, ma słuszność, taka bowiem wielka radość i rozkosz, jaką czuje w najgłębszym wnętrzu jestestwa swego, taki przy tym pokój i takie pragnienie wysławiania Boga, niepodobna, by mogło pochodzić od ducha złego.

11. Niemałej i niełatwego przezwyciężenia siebie wymagającej rzeczy dusza dokaże, jeśli pod takim niepowstrzymanym nawałem wewnętrznego rozradowania zdoła milczeć i ukryć w sobie to, co w niej się dzieje. Takie snadź rozradowanie czuł w sobie św. Franciszek, gdy chodził po błoniach i polach wielkim głosem wołając, a napadnięty przez zbójców oznajmił im, iż jest heroldem wielkiego Króla. Czuło je tylu innych świętych, którzy chronili się na puszczę, aby życiem swoim umartwionym takimiż być, jak św. Franciszek, heroldami Pańskimi i głośno oznajmiać, już nie ludziom, ale skałom, zwierzętom i niemym stworzeniom chwałę Boga swego. (…)

Rozdział VII

1. Może wam się będzie zdawało, siostry (…), że te dusze, którym Pan w tak niewypowiedzianie bliski sposób udziela siebie, bezpieczne są i pewne, iż Go już posiadają na zawsze, za czym już i nie mają czego się lękać, ani grzechów swoich opłakiwać. W wielkim byłybyście błędzie tak sądząc,
gdyż żal za grzechy tym wyżej rośnie, im większe łaski dusza od Boga otrzymuje. Jest to ból, który, sądzę, że nigdy nas nie opuści, póki nie znajdziemy się tam, gdzie nic już boleć nie może.

2. Prawda, że ból ten w różnych czasach żywiej lub mniej żywo dojmuje, a także tutaj w inny niż zwykle sposób się objawia. Dusza tu nie myśli o karach, na które za grzechy swoje zasłużyła; to tylko ją boli, że tak była niewdzięczna Temu, któremu tyle zawdzięcza i który tak jest godzien tego, by Mu wszystko stworzenie Jego służyło.

Tym głębiej boleje nad tą niewdzięcznością swoją, im jaśniej w świetle tych wielkich rzeczy, których Pan jej użycza, staje jej na oczy boska wielmożność Jego. Zdumiewa się, przerażona, nad niepojętą zuchwałością swoją; płacze nad zaślepieniem swoim, że Boga, nieskończonej czci godnego, tak sobie lekceważyła; tak wielce nierozumną przedstawia jej się głupota jej, że utulić się z żalu nie może, zwłaszcza gdy wspomni, dla jakich to nędznych i niskich rzeczy ważyła się wzgardzić takim wysokim Majestatem.

Żywiej stoją jej przed oczyma te grzechy jej, niż wszystkie łaski, które otrzymuje. Łaski te i następne, które w dalszym ciągu opiszę, niewypowiedzianie są wielkie, ale spływają na nią na kształt bystrej rzeki, w pewnych czasach tylko. Grzechy zaś są jakby kałuża błota, którą wciąż ma przed oczyma i ustawicznie w pamięci jej się odnawiają. Jest to doprawdy krzyż nielekki.

3. Znam jedną osobę, która tęsknie pragnęła śmierci, nie dla samego tylko widzenia Boga, ale i dla uwolnienia się od tego nieustannego, jaki w sobie nosiła bólu, iż tak była niewdzięczna Temu, któremu tyle była i będzie winna. Miała to o sobie przekonanie, że na całym świecie nie znajdzie się taki grzesznik, który by jej w niegodziwości dorównał, bo nie ma na całym świecie takiego, nad którym by Bóg tak wielką, jak nad nią, cierpliwość i hojność okazał.
Co do bojaźni piekła, tej tu nie znają. Czasem tylko, ale rzadko, bardzo je dręczy obawa postradania Boga. Wszystka ich bojaźń do tego jedynie się ściąga, by Bóg nie wypuścił ich kiedy z rąk swoich i by Go już nigdy nie obraziły i nie wróciły do tego stanu nędzy duchowej, w jakim przedtem żyły. O własną w przyszłym życiu mękę czy chwalę się nie troszczą. A jeśli pragną dla siebie niedługiego zatrzymania w czyśćcu, nie tyle im chodzi o skrócenie kar, które tam cierpieć będą, ile raczej o to, by nie były długo oddalone od Boga.

4. Jakkolwiek by zresztą dusza opływała we wszelkie najwyższe łaski od Boga, nie sądzę, by kiedy mogło być dobrze  dla niej puścić w niepamięć nędzny stan, w jakim dawniej zostawała. Przykre to wspomnienie, ale z wielu względów bardzo pożyteczne.(…)
Ufność i pamięć na to, że Pan nasz już odpuścił i w niepamięć podał grzechy nasze, żadnej temu bólowi nie przynosi ulgi, raczej mu nowej jeszcze dodaje siły na wspomnienie takiej niewyczerpanej dobroci, łaskami obsypującej niegodne stworzenie, któremu się tylko piekło należy. Świadomość ta, tak sobie wyobrażam, dla takiego świętego Piotra, dla takiej świętej Magdaleny, prawdziwym musiała być męczeństwem. Przy takiej bowiem żarliwej miłości, jaką oboje ci Święci pałali, przy tylu łaskach najwyższych, przy takim jasnym poznaniu, jakie mieli o wielkości i wielmożności Boga, pamięć na dawne grzechy srogim snadź żalem krajała im serce i najtkliwszą je skruchą przenikała.

5. Może też która z was pomyśli sobie, że dusza, ciesząca się posiadaniem łask tak wysokich, nie będzie już się zajmowała rozmyślaniem o tajemnicach najświętszego Człowieczeństwa Pana naszego, ale cała będzie oddana ćwiczeniu się w miłości. – Jest to przedmiot, o którym szeroko pisałam na innym miejscu. Niektórzy wprawdzie mocno mię za to zganili dowodząc, że nie rozumiem tych rzeczy, że różne są drogi, którymi Pan dusze prowadzi, a zatem dusza, która przebywszy już pierwsze początki i postąpiła wyżej, powinna zajmować się wyłącznie tajemnicami Bóstwa samego, a wystrzegać się myśli o rzeczach cielesnych. Mnie jednak wszystkie te ich dowodzenia nie zdołały przekonać, by droga przez nich zalecana była dobra. Może być, że się mylę, może też w słowach tylko się różnimy, a w gruncie rzeczy i oni i ja mówimy toż samo.

Ale doświadczyłam na sobie, że czart próbował tą drogą wyprowadzić mię w pole. Własnym więc kosztem nauczona, choć o tym już niejednokrotnie mówiłam, chcę tu raz jeszcze to powtórzyć, abyście miały ostrzeżenie, jak pilnie powinnyście w tym punkcie mieć się na baczności, owszem, nie wierzcie temu, kto by was chciał uczyć inaczej. Postaram się tu dokładniej, niż to tam uczyniłam, wyrazić myśl moją. Kto zaś utrzymuje przeciwnie,  jeśli w piśmie zechce szerzej i jaśniej rozwinąć zdanie swoje, może się okaże, że ma słuszność, ale tak pobieżnie i w krótkich słowach tylko zbywając rzecz tak wzniosłą i ważną, łatwo może takim, jak my, mało oświeconym niemałą wyrządzić szkodę.

6. Będzie się więc zdawało niejednej duszy, że nie powinna rozmyślać o Męce Pańskiej; tym bardziej zatem nie powinna rozmyślać o życiu Najświętszej Panny i Świętych, choć pamięć o nich tak wielką nam przynosi pociechę i zachętę do dobrego. Przyznaję, że nie mogę pojąć, jak oni uzasadniają swoje pojęcia. Nic wspólnego nie mieć z ciałem i z żadną rzeczą cielesną, wiecznie płonąć jednym nieprzerwanym nigdy zapałem miłości, to rzecz duchów niebieskich. Ale nam, żyjącym w ciele śmiertelnym, potrzeba obcować ze Świętymi i żyć duchem w ich społeczności, i rozważać te wielkie bohaterskie czyny, które oni dla miłości Boga spełnili.

Jakże więc daleko bardziej jeszcze nie godzi się nam odwracać rozmyślnie od tego najświętszego Człowieczeństwa Pana naszego Jezusa Chrystusa, które jest wszystkim dobrem naszym i niezawodnym na wszelkie nędze nasze lekarstwem. Doprawdy, niepodobna mi przypuścić, by która dusza pobożna zdolna była tak się świadomie i rozmyślnie oddalić od wcielonego Boga swego, a którzy tak radzą, ci chyba sami nie wiedzą, co mówią i szkodę wielką i samym sobie, i drugim wyrządzają.

Za to przynajmniej ręczę, że tacy nie wejdą do tych ostatnich dwu mieszkań, bo opuściwszy przewodnika, którym jest Jezus najsłodszy, jakże mogą iść naprzód? Wielkie to już szczęście, jeśli choć w dalszych
mieszkaniach zdołają bezpiecznie się utrzymać. Sam Pan nam mówi, że On jest drogą, i również mówi, że On jest światłością, i że nikt nie przychodzi do Ojca, jeno przez Niego, i że „kto ujrzał Jego, ujrzał i Ojca„. Może mi kto zarzuci, że słowa te mają się rozumieć w innym znaczeniu. O innych znaczeniach nic nie wiem; znam tylko to, które zawsze czułam w głębi
duszy, że jest prawdziwe i zawsze mi bardzo z nim było dobrze.

7. Są dusze – i niejedna z nich z tym mi się zwierzała – że gdy je Pan podniesie do tego stanu doskonałej kontemplacji, chciałyby już na zawsze w nim pozostać. To być nie może. Ale to prawda, że po otrzymaniu tej łaski pewna w nich następuje zmiana, że mianowicie nie potrafią już, jak przedtem, rozumem rozmyślać o tajemnicach życia i Męki Chrystusowej.
Skąd to pochodzi, tego dobrze nie wiem, ale najczęściej tak bywa, że po takich łaskach i widzeniach nadprzyrodzonych rozum staje się mniej sposobny do rozmyślania. A ponieważ rozmyślanie całe zasadza się na szukaniu Boga, więc gdy dusza Go znajdzie i nawyknie do szukania Go wciąż na nowo samą tylko wolą, już nie chce i nie potrzebuje zadawać sobie trudu szukania Go jeszcze rozumem. Może też, jak mnie się zdaje, skutkiem rozpłomienienia woli, szlachetna ta władza chce już działać sama i obchodzić się, jeśli może, bez pomocy tamtej.
Nic by w tym nie było złego, ale będzie to rzecz niemożliwa, zwłaszcza dla duszy, która jeszcze nie doszła do tych dwu mieszkań ostatnich; najczęściej skończy się na daremnym traceniu czasu, bo bardzo często, chcąc zagrzać wolę, dusza potrzebuje wezwać na pomoc rozum.

8. Zważcie to dobrze, siostry, że jest to punkt bardzo ważny, dlatego też bliżej jeszcze chcę go wam objaśnić. Choćby dusza pragnęła całkiem i wyłącznie oddać się miłości, o niczym więcej myśleć nie chcąc, nie potrafi przecież tego okazać. Dlaczego? Bo choć wola nie zamarła, ale przymiera w niej ogień, który zwykł ją zapalać, potrzeba więc, by go kto rozdmuchał, aby znowu buchnął płomieniem. Czy byłoby to dobrze, gdyby dusza w tej posusze wewnętrznej czekała z założonymi rękoma, ażeby ogień zstąpił z nieba i pochłonął tę ofiarę, którą z siebie chce uczynić Bogu, jak to niegdyś uczynił święty nasz Ojciec Eliasz?
Niekoniecznie, bo niedobrze jest czekać cudów od Boga. Pan sam, jak mówiłam i bliżej jeszcze objaśnię, czyni, gdy zechce, cuda dla tej duszy. Chce jednak także, byśmy pamiętali na nędzę naszą i że nie jesteśmy godni takiej cudownej od Niego pomocy, byśmy zatem sami sobie pomagali, jak możemy. I mam to przekonanie, że jakkolwiek byśmy wysoki już stopień modlitwy osiągnęli, zawsze to nam będzie potrzebne.

9. Prawda, że kogo Pan już dopuści do mieszkania siódmego, ten, z powodów, które, jeśli mię pamięć nie zawiedzie, w swoim miejscu objaśnię, rzadko kiedy jeszcze, albo może i nigdy, nie będzie potrzebował uciekać się do tej pracy rozumu. Ale tam dusza, niewypowiedzianym sposobem z Chrystusem Panem złączona, nigdy nie odchodzi od boku Jego i Pan, wedle Bóstwa zarazem i Człowieczeństwa swego, do nieustającej ją dopuszcza z sobą społeczności.

Gdy więc ogień on, o którym mówiłam, w woli nie płonie, gdy dusza nie czuje w sobie obecności Boga, wtedy potrzeba i Pan sam tego żąda, by za przykładem oblubienicy w Pieśni nad pieśniami szukała Go dusza i pytała stworzeń o Tego, który je stworzył – jak tego nas uczy i święty Augustyn w Rozmyślaniach czyli w Wyznaniach swoich.

Nie możemy zaś siedzieć z rękoma założonymi, niemądrze czas tracąc na oczekiwaniu, aż znowu przyjdzie ta łaska doskonałej kontemplacji, którą raz otrzymaliśmy. Powtórzenia tej łaski, zwłaszcza w początkach, może Pan przez cały rok, a nawet przez kilka lat odmówić. On w boskiej mądrości swojej wie dlaczego, nam pytać o przyczynę ani potrzeba, ani pożyteczne. Wiemy, jaką drogą nam iść trzeba, aby spodobać się Bogu; jest to droga przykazań i rad Jego. Tą drogą idźmy z wszelką, na jaką nas stać pilnością, rozpamiętywając przy tym życie i śmierć Zbawiciela i jako wiele jesteśmy Mu dłużni, reszta zaś sama przyjdzie, gdy Pan zechce.

10. Tu będzie w swoim miejscu odpowiedź na zarzut niektórych, utrzymujących, że nie potrafią zatrzymać umysłu na takich rozmyślaniach; i po tym, co mówiłam wyżej, być może, że z pewnego względu mają słuszność. Wiecie, że co innego jest rozmyślać rozumem, a co innego przedstawiać rozumowi dane prawdy, obecne w pamięci. Ale może mi tu powie która, że nie rozumie tego, co mówię. Moja to wina, snadź sama dość jasno rzeczy nie rozumiem, skoro nie umiem jej zrozumiale wyrazić; wszakże postaram się objaśnić ją jak potrafię.

Rozmyślaniem nazywam dłuższe nad daną prawdą zastanawianie się rozumem, co odbywa się w sposób następujący.

Zaczynamy rozmyślać nad nieogarnioną wielkością łaski, jaką Bóg nam uczynił dając nam jednorodzonego Syna swego; po czym, postępując dalej, przechodzimy w myśli wszystkie tajemnice boskiego życia Jego. Albo też zaczynamy od modlitwy w Ogrójcu, i rozum, z tego punktu wychodząc, idzie za Panem bolesną drogą, aż do zawieszenia Jego na krzyżu. Albo jeszcze bierzemy jaki fragment Męki Pańskiej, na przykład pojmanie Pana Jezusa, i przedstawiając sobie wszystkie szczegóły tej tajemnicy, zdradę Judasza, ucieczkę Apostołów i tak dalej, zastanawiamy się nad uwagami, które one nam nastręczają, nad uczuciami, które w nas wzbudzają. Jest to doskonały sposób modlitwy i wielka z niego dla duszy zasługa.

11. Wszakże od tego sposobu rozmyślania, słusznie poniekąd – jak mówiłam – mogą się wymawiać niemożnością dusze, które doszły już do wyższego stopnia modlitwy, które Bóg podniósł do stanu widzeń nadprzyrodzonych i kontemplacji doskonałej. Jaka tego przyczyna, tego, powtarzam, nie wiem; ale rzeczywiście tak jest, że tego rodzaju dusze rozumem rozmyślać najczęściej nie są zdolne. Lecz żadną miarą taka dusza nie miałaby słuszności, gdyby utrzymywała, że nie zdoła zupełnie zatrzymywać się przy tych tajemnicach, ani mieć je czasem w pamięci, a przynajmniej w czasach, kiedy Kościół pamiątkę ich obchodzi. Nie może być, by dusza, tak hojnie od Boga obdarzona, zdołała w takie szczególne dni wypuścić z pamięci te najdroższe dowody miłości, jakie Pan jej daje w tych tajemnicach. Są to przecież jakby żywe iskry, coraz mocniej podniecające w niej ogień miłości.

Tylko że dusza nie poznaje już tych tajemnic rozumowaniem; poznaje je w sposób doskonalszy. Tak ma nimi umysł przeniknięty, tak je nosi głęboko wyryte w pamięci, że jedno wejrzenie sercem na przykład na Pana, leżącego twarzą na ziemi w Ogrójcu, i na ów straszliwy Jego pot dość jej daje zajęcia i pożywienia nie na jedną godzinę, ale na cale dni. Jednym prostym wejrzeniem widzi nieskończoną wielkość i świętość Pana w tym dobrowolnym dla nas Jego poniżeniu i całą brzydkość naszej niewdzięczności, jaką Mu za taką miłość Jego i takie dla nas Jego cierpienie odpłaciliśmy. Za czym zaraz i wola, choć bez tkliwych uczuć, zapala się pragnieniem wywdzięczenia się w czymkolwiek za taką wielką łaskę i żądzą ucierpienia coś niecoś dla Tego, który dla niej tak srodze cierpiał; takimi i tym podobnymi rzeczami umysł swój i pamięć zajmuje. Dlatego więc dusza taka nie potrafi już rozumem rozmyślać o Męce Pańskiej, i wobec tej niemożności zdaje jej się, że i myśleć o niej nie może.

12. Jeśli zaś istotnie na nią nie pamięta, dobrze jej będzie postarać się, aby pamiętała. Żaden najwyższy sposób modlitwy, pewna tego jestem, nie stanie jej w tym na przeszkodzie, a niemałą, zdaniem moim, miałaby szkodę, gdyby zaniechała jak najczęstszego ćwiczenia się w tym. Co innego, jeśli spodoba się Panu zesłać na nią zachwycenie; wtedy już rozmyślać nie zdoła, choćby chciała. Ale w takim razie, poddanie się bez oporu porywającej ją sile, żadną nie będzie dla niej przeszkodą, będzie jej, owszem, pomocą do wszystkiego dobrego. Przeszkodę raczej sama kładłaby sobie, gdyby w takim stanie siliła się jeszcze na takie, jak mówiłam wyżej, rozmyślanie rozumem, do którego, zdaniem moim, dusza na ten stopień wyniesiona nie jest zdolna. Może zresztą być, że która potrafi, bo różne i niezliczone drogi, którymi Bóg dusze prowadzi. Ale nie potępiajmy przynajmniej tych, które tą drogą iść nie mogą i nie odsądzajmy ich za to od możności korzystania z tych niewypowiedzianych skarbów, jakie się zamykają w tajemnicach życia i śmierci najwyższego dobra naszego. Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nikt we mnie nie wmówi, choćby najbardziej uduchowiony, by zaniechanie tych skarbów mogło wyjść na dobre.

13. Są dusze, które w początkach albo w dalszych już postępach duchowego życia, gdy dojdą albo dochodzić zaczną do modlitwy odpocznienia i zakosztują rozkoszy i smaków, jakich Pan im w tym stanie użycza, wyobrażają sobie, że byłoby to najwyższym dla nich szczęściem, gdyby mogły w tym stanie pozostać na zawsze i bez przerwy używać tych rozkoszy. Takim radzę – jak o tym już mówiłam – niech się tak bardzo nie oddają temu upojeniu.

Życie jest długie i sporo w nim różnych utrapień. I abyśmy je umieli znosić jak należy, potrzeba nam zapatrywać się na wzór nasz, Chrystusa, jak On je znosił, jak je za przykładem Jego znosili apostołowie i święci.

Dobrze jest być z najsłodszym Jezusem i z Najświętszą Matką Jego; nie odłączajmyż się od tego towarzystwa tak dobrego, że nie masz nad nie lepszego. Bardzo nam rad jest Boski nasz Zbawiciel, gdy przychodzimy do Niego rozważać i sercem podzielać bóle i cierpienia Jego, chociażby z wyrzeczeniem się własnych pociech i smaków naszych.

Tym bardziej, że wszak wiemy o tym, córki, iż pociechy nie tak często przychodzą na modlitwie i nie trwają ustawicznie, więc zawsze będzie czas i na jedno, i na drugie. Która by zaś dowodziła, że pociechy u niej są ciągłe, że zatem nigdy nie ma możności zastanowienia się nad tajemnicami Męki Chrystusowej, takiej stan uważałabym za podejrzany i radziłabym jej, aby go sama miała w podejrzeniu i ze wszystkich sił starała się z niego wytrzeźwieć. Jeśli zaś własne siły jej nie starczą, niech się uda do przeoryszy i prosi o naznaczenie jej takiego obowiązku, który by ją zmuszał do ciągłej pilności i uwagi i tym sposobem grożące jej niebezpieczeństwo zażegnał. Bo rzeczywiście niebezpieczeństwo, gdyby stan taki się przedłużał, grozi tu wielkie, szczególnie pod względem czystości serca i porządku w głowie.

14. Sądzę, że dostatecznie wykazałam, jak wielka i rażąca byłaby to niewłaściwość, gdyby dusza, choćby najwyżej uduchowiona, tak chciała stronić od wszelkiej myśli o rzeczach cielesnych, by nawet pamięć o najświętszym Człowieczeństwie wydawała się jej szkodliwa. Powołują się tu na słowa, które Pan mówił do uczniów, że lepiej, aby odszedł.
Przyznam się, że takiego argumentu znieść nie mogę. Z pewnością nie powiedział Pan tych słów do swojej Najświętszej Matki. Wiedział bowiem, że mocna jest w wierze, że w Jego osobie czci Boga i człowieka, i że choć więcej Go miłuje niż oni, przecież tak doskonała jest Jej miłość, iż Jego obecność wedle ciała nie tylko jej nie osłabia, ale owszem, coraz mocniej podnieca. Mówił zaś te słowa do apostołów dlatego, że oni wówczas nie mieli jeszcze tak mocnej wiary, jaką mieli później, a jaką i nam dziś mieć przystoi. Raz jeszcze upewniam was, córki, takie stronienie od świętego Człowieczeństwa, jakby od jakiej do nabożeństwa przeszkody, jest drogą bardzo niebezpieczną. Łatwo nią diabeł może doprowadzić aż do utraty czci i miłości najświętszego Sakramentu.

15. Zostawałam i ja w tym błędzie. Nie dochodził on wprawdzie, zdaje mi się, do tej ostatniej skrajności, zawsze jednak nie tyle, ile należało, podobałam sobie w pamięci na Pana naszego Jezusa Chrystusa, a   usiłowałam utrzymywać się w onym upojeniu, czekając ponowienia się tych rozkoszy, z których ono powstało. Jasno potem poznałam, że byłam na złej drodze. W niemożności posiadania i używania zawsze tych rozkoszy, myśl moja rozpraszała się i błąkała się na wszystkie strony. Dusza moja, na podobieństwo trzepoczącej się ptaszyny, nie mającej kędy by spoczęła, traciła dużo czasu na próżno, ani w cnotach nie postępując, ani z modlitwy nie odnosząc pożytku. Nie mogłam jednak dojść, jaka by tego była przyczyna, i podobno nigdy bym nie doszła, bo zdawało mi się, że dobrze robię. Dopiero pewna osoba świątobliwa, gdym się przed nią zwierzyła i opisała jej mój sposób modlitwy, oświeciła mię. Wtedy dopiero jasno zrozumiałam, na czym mój błąd polegał. I nigdy nie przestanę żałować tego, że był w życiu moim czas, w którym nie wiedziałam tego, że trudno spodziewać się zysku, gdy się go z taką stratą szuka. Ale choćby i był jaki zysk na tej drodze, nie chcę żadnego zysku ani żadnego dobra, które by inną drogą mi przyszło, jeno przez Tego, od którego wszystko dobro pochodzi. Jemu chwała na wieki. Amen.

cdn.


św. Teresa z Avila, – „Twierdza wewnętrzna”, Mieszkanie szóste, rozdział VI – VII.

[Oprac. A.S]

Jedna myśl w temacie “„Twierdza wewnętrzna” – św. Teresa od Jezusa (mieszkanie VI, cz.4)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s