O poddawaniu się woli Bożej

Nasz Święty widział we wszystkich zdarze­niach tego życia najświętszą wolę Bożą. Wszystko, co nas spotyka, mówił on, prócz jednego grze­chu, pochodzi z woli Bożej: wszelkiego dobra. On jest źródłem, według tych słów Pisma świętego: wszelki datek dobry i wszelki dar doskonały z wysocza jest, zstępujący od Ojca światłości (1); a każde zło, tj. przykrości, uciski pochodzą również z dopuszczenia Boskiego.

Jeden tylko grzech jest złem, którego Bóg ­nie chce; ale zabraniając go pod groźbą kary, nie przeszkadza On jednak popełnieniu grzechu i zno­si go, bo chce zupełnie pozostawić człowiekowi tę wolność, jaką go obdarzył.

Zresztą, właściwie mówiąc, grzech nie może się nazwać wypadkiem dla tych, którzy go popełniają. Przyczyna wypadku jest zawsze zewnę­trzna, grzech zaś pochodzi z nas samych; wypły­wa on, jak mówi Pismo św., z serca naszego (2).

O! jak wielkim byłoby to dla nas szczęściem, gdybyśmy wszystko, cokolwiek się nam stanie, przyjmowali jako pochodzące z ojcowskiej ręki Boga, z tej ręki, którą ile razy otwiera, napełnia wszelkie stworzenie żyjące błogosławieństwy swymi! Jakąż pociechą osłodzilibyśmy wszelkie gory­cze naszych umartwień? Zaiste wtedy wycisnęli­byśmy miód ze skały, a oliwę z twardej opoki (3). Wtedy bylibyśmy umiarkowani w pobożności, a przeciwność i powodzenie zarówno służyłyby nam do pomnożenia chwały Bożej i do zbawienia dusz naszych.

Jeżeli będziemy poważnie rozmyślać o tej prawdzie, widząc Boga we wszelkich zdarzeniach, a wszelkie zdarzenia w Bogu: to Bóg, Ojciec Pa­na naszego Jezusa Chrystusa, uczczony będzie we wszystkich rzeczach, On, który nas pociesza we wszelkich przeciwnościach i czyni dla nas pożytecznymi wszystkie uciski i utrapienia (4).

Pewną jest rzeczą, że czy chcemy, czy nie chcemy, wola Boska względem nas zawsze spełnić się musi, i nic nie zdoła wyzwolić nas z wszech­mocnej ręki Jego. W takim więc razie najlepiej jest dla nas uczynić ochotnie i z miłością to, co jest koniecznym, tj. złożyć spokojnie w ręce Boga nasze losy tak w czasie, jako i w wieczności.

Nasz Święty, zaleca bezustannie w pismach swoich to ćwiczenie zupełnego zdania się na wo­lę Boską, jako streszczoną doskonałość; ponieważ Ewangelia ciągle prawie mówi o wyrzeczeniu się samego siebie dla miłości i w miłości Boga. Rozważmy dobrze te wyrazy: w miłości i dla miłości Boga; bez niej bowiem ani rozdanie wszystkiej majętności ubogim, ani nawet wydanie ciała swe­go na męki, nie posłużyłyby nam do pozyskania żywota wiecznego.

„Potrzeba więc wiedzieć, mówi nasz Święty, że opuścić duszę swoją i wyrzec się siebie same­go, znaczy to wzgardzić sobą i wolą swoją a od­dać ją całkowicie Bogu; gdyż niewiele by pomo­gło zaprzeć się i opuścić samego siebie, gdyby­śmy przez to nie zjednoczyli się doskonale z do­brocią Bożą”.

Ale jakimże sposobem dokonać się może to zjednoczenie, będące największym pożytkiem i głó­wnym skutkiem wyrzeczenia się siebie? Oto przez całkowite poddanie się Bogu i zupełną zgodność woli naszej z wolą Bożą, czy to ona będzie dla nas wyraźną, czy też domyślną.

Stosowanie woli naszej do woli Bożej wyra­źnej, dokonywa się przez rezygnację czyli gotowość na wszystko, co Bóg na nas dopuści; podda­nie się zaś Bogu w rzeczach nieprzewidzianych, dzieje się przez spokojne oczekiwanie na odpowiednią sposobność do spełnienia woli Bożej, tak dalece, że dusza, doskonale poddana Bogu, nie tylko chce tego, czego Bóg chce, ale co więcej, chce tak, jak On chce.

Wtedy serce nasze staje się miękkie jako wosk, i zdolne do przyjęcia wszelkich wrażeń, jakimi spodoba się Bogu je dotknąć.

Na tym to zawisło umorzenie woli naszej; śmierć ta jednak nie zabija bynajmniej wolności człowieka.

Owszem, wolność nasza jest wtedy najprawdziwszą, kiedy wypływa z zupełnego sto­sowania się do woli Bożej, w poddaniu się której jest doskonała wolność dzieci Bożych.

Dusza, zdająca się zupełnie na wolę Bożą, dodaje nasz Święty, skoro tylko spostrzeże w so­bie jaką chęć i wolę własną: zaraz ją umarza i zatapia w woli Bożej; podobnie i jasność gwiazd niknie i rozpływa się każdego poranku w jasno­ści wschodzącego słońca.


Święty Biskup będąc w Paryżu, w 1619 ro­ku, spotkał się tam z pewnym znakomitym panem z orszaku księcia sabaudzkiego, podróżującego po Francji; pan ten zapadł w ciężką chorobę, z któ­rej wkrótce i umarł.

Chory pragnął mieć przy sobie naszego Świę­tego. Człowiek ten znosił dosyć spokojnie swoje cierpienia, ale trwożył się i niepokoił wielu dro­bnostkami. Nie trapił się np. on ani chorobą, ani też bliską śmiercią, ale jedynie tą myślą, że musiał chorować i umierać z daleka od ojczyzny i od swo­ich. Ubolewał więc nad smutkiem żony, chciałby ją był mieć przy sobie; żalił się, że nie może jej pożegnać i dzieci swoje pobłogosławić; utyskiwał, że nie jest w ręku swego zwykłego lekarza. Za­lecał on usilnie, aby nie pochowano ciała jego w Paryżu, ale aby je złożono obok prochów jego przodków i aby mu postawiono grobowiec. Zaj­mował się on nawet swoim pogrzebem i wystawnością, z jaką ciało jego miało być przeprowa­dzone do ojczyzny.

Chory ten narzekał na złe powietrze w Pa­ryżu, na wodę, na lekarzy, na lekarstwa, na chi­rurgów, na aptekarzy; narzekał na swą służbę, na mieszkanie, na swe łóżko, jednym słowem na wszystko. Tak więc nie mógł on spokojnie umierać, bo nie umierał tam, gdzie sobie życzył. (…)

Świadek tego wszystkiego, nasz Święty, mó­wiąc o nim, zawołał: Ach! jakże opłakaną jest słabość ludzka! Ten człowiek uchodził za wielkie­go wojownika, za znakomitego męża stanu; za człowieka wielkiego rozumu: a jednak zajmował się takimi fraszkami!

Nie dosyć jest, mówił dalej Święty, chcieć te­go czego Bóg chce; ale trzeba jeszcze zgodzić się z wolą Jego i co do sposobu spełnienia się jej na nas. W chorobie np. trzeba nie tylko chcieć chorować, ponieważ tak się Bogu podoba; ale trzeba jeszcze pragnąć mieć taką chorobę w takim miejscu, w takim czasie i pomiędzy takimi osobami, jak tego Bóg chce. Krótko mówiąc, trzeba, aby wola Boża stała się dla nas we wszystkim jedynym prawem.

O! szczęśliwy ten, kto może mówić do Boga z głębi serca: Tak Ojcze, niech się wszystko ze mną stanie, co się Tobie podoba i jako Ci się podo­ba! O Panie, bom ja sługa Twój: jam sługa Twój i syn służebnicy Twojej (5). Twój ciem ja, zbawże mię (6). Nie zatracaj z niezbożnymi, Boże, duszy mo­jej i nie odrzucaj dzieła rąk Twoich (7).


Camus Jean Pierre – Duch Świętego Franciszka Salezego, czyli wierny obraz myśli i uczuć tego Świętego. Tłumaczył z francuskiego ks. Adolf Pleszczyński K. Ś. T., Warszawa 1882, str. 120-123.

[Oprac. A.S]


Przypisy:
(1) Jak. I, 17.
(2) Mt. XV, 19.
(3) Powt. XXXII, 13.
(4) II Kor. I, 4.
(5) Ps. 115, 16.,
(6) Ps. 118, 94.
(7) Ps. 25, 9.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s