Rozmyślania o miłości Bożej (30) – O miłości własnej (cz.2)

II.

Ponieważ miłość własna jest nieprzyjaciółką miłości Bożej, sprzeciwia się tym samym w wysokim stopniu godziwe­mu przywiązaniu, jakie powinniśmy mieć  względem siebie samych. Tak rozum jak i wiara pobudzają nas do obowiązku ukochania całą siłą duszy, naszego prawdziwego, jednego ; i najwyższego dobra; i zarówno rozum jak i wiara wskazuje nam, że tym najwyższym do­brem może być Bóg tylko. Co więcej, wiara, uczy nas, że jeśli w tym życiu ko­chać Boga będziemy, w ten sposób, jak nam to przykazanie miłości nakazuje: to za wierne spełnienie tego przykazania, będziemy Go oglądać, kochać i posiadać przez wieczność całą; i to nierozdzielne a wieczne połączenie nasze z Bogiem, będzie, najwyższe nasze szczęście stano­wić. Że zaś miłość własna zwraca ku nam samym,  całą potęgę swojego uczu­cia, a my nie jesteśmy i nie możemy żadną miarą stanowić naszego dobra, ani też źródła najwyższego szczęścia: pozbawia nas tym samym tak teraz, jak i w przyszłym życiu, jedynej i prawdzi­wej jaka istnieje szczęśliwości; bo, rzecz naturalna, pokąd najmniejszy pyłek mi­łości własnej zacieniać w nas będzie czystą i świętą miłość Bożą, potąd też i najwyższe dobro, największe i ze wszechmiar prawdziwe szczęście, dostępnem nam nie będzie.

Jakkolwiek powszechnym jest zdanie, że miłość własna kończy się dopiero z życiem naszym, wcale to nas nie upo­ważnia, do zwalniania się wskutek tego od nieustannej z nią walki i pracy w tępieniu wszelkich jej zarodków  Prawdą jest, że umiera wraz z nami, lecz rozu­mieć tu mamy jej działalność, czyli praktyczną czynność:

ponieważ z chwilą śmierci, ani przewinić, ani też zasłużyć nic już więcej nie możemy; lecz pod względem siły, z jaką panowała nad du­szą za życia, i poza grobem jeszcze to­warzyszyć jej będzie nierozdzielnie, za­cieniając i brudząc w miarę tejże siły, czystość duszy stworzonej na obraz i podobieństw o Boga;

i broniąc jej tym sa­mym przystępu do źródła szczęścia, do wejścia w posiadanie najwyższego Do­bra, aż pokąd nie zostanie oczyszczoną w zupełności przez kary czyścowe.

Po­wyższe zdanie oparte jest na artykułach naszej wiary świętej,— i one go też w ca­łej pełni potwierdzają: nie ulega zatem wątpliwości, że miłość własna jest naj­większą naszą nieprzyjaciółką, ponieważ tak w tym, jak i w przyszłym życiu zagradza nam drogę do prawdziwego szczęścia.

Zastanówcie się nad tym, i rozważcie to dobrze, dusze, które sobą zajęte i sobie wyłącznie oddane jesteście; teraz jeszcze praca wasza pożyteczną, a modlitwa wysłuchaną być może! — Proście zatem Boga aby wam dopomógł w nieustannej walce z miłością własną stanowcze odnieść zwycięstwo i ukochać przede wszystkim Boga, a w Bogu bliź­nich i siebie, stosownie do woli Bożej.

III.

Zważywszy te dwa powody, że mi­łość własna sprzeciwia się chwale Bożej i szczęściu naszemu, powinniśmy ją znienawidzieć do najwyższego stopnia: a ponieważ jest ona największą nieprzyjaciółką tak Boga jak i naszą własną, powinniśmy nią pogardzać i brzydzić się nią w równej mierze, jak Bóg się nią brzydzi i pogardza.

Dlaczego Bóg nie­nawidzi grzechu, i dlaczego my także obowiązani jesteśmy go nienawidzieć?
Z tej prostej przyczyny, że grzech jest latoroślą, owocem miłości własnej; i z jej to źródła pochodzi cała jego szkarada, złość i niegodziwość. Dlaczego piekło jest miejscem niewypowiedzianych mąk i katuszy? Bo ono przeznaczone zostało na wieczną karę i wieczne wypłacanie sprawiedliwości Bożej za tę cześć i chwa­łę, których Mu zaprzeczała miłość własna.

„Niechaj zniknie samowola” — mawiał święty Bernard — „to i piekło wtedy istnieć przestanie”!

Dlaczego w czyścu karze Bóg strasznie mękami, dusze ko­chające Go, i nawzajem przez Niego bardzo ukochane? Ponieważ oprócz długu grzechowego, widzi w nich jeszcze ślady miłości własnej, z których koniecz­nie oczyścić je musi, zanim będą zdolne szczęście wieczne osiągnąć.

Nawet sam zdrowy rozum zawsze potępiał miłość własną, jak to z dzieł starożytnych filozofów widzimy: oni wprawdzie nie ze względu na Boga, którego nie znali wcale, lecz z czysto ludz­kich powodów ganili i opierali się zgub­nym wpływom miłości własnej, która i w stosunkach towarzyskich jest plagą prawdziwą.

Religia natomiast każe nam ją ile możności do szczętu wytępiać; na tym zasadza się cała nauka moralna naszej wiary świętej. To ścisłe i nieodzowne
prawo wymaga od nas zarazem, abyśmy je uznawali, kochali i widzieli w nim nieodwołalną konieczność poddania mu się w najdrobniejszych szczegółach. Gdy­by to święte prawo, dozwalało wchodzić w jakiekolwiek układy z miłością własną, i mieć dla niej jakieś względy; gdyby nie zmuszało nas do nieustannej z nią walki, do ostatniej chwili życia: wtedy nieodwołalnie straciłoby swój Boski charakter, byłoby czczą i fałszywą formułką tylko i nie byłoby w stanie odpo­wiedzieć swoim wzniosłym celom, zapewnienia chwały Bożej i naszego szczę­ścia wiecznego.

Lecz nie tylko władze naszego rozu­mu, ale i serce obowiązane jest wziąć udział w tej, tak nieskończenie ważnej sprawie, za pomocą której mamy znisz­czyć w sobie starego człowieka, wraz z jego przywarami opartymi na miłości własnej, a natomiast przyoblec się w czło­wieka nowego, polegającego wyłącznie i jedynie na miłości Bożej! Nigdy jeszcze, o Panie i Boże mój, tak dokładnie i ja­sno nie widziałem tej koniecznej potrze­by odmiany życia mojego ; jest to nieza­wodnie wpływ łaski Twojej, za którą naj­pokorniej Ci dziękuję; lecz proszę zara­zem abyś mi udzielić raczył odwagi i si­ły, tak niezbędnych w tej walce, którą mam rozpocząć przeciw sobie samemu; a tak­że łaskę męstwa i wierności, abym w niej do śmierci wytrwał.

Rozmyślania o miłości Bożej (29) – O miłości własnej (cz.1)

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Wesprzyj nas!

Skomentuj