Grzechy zaniedbania Cz.2 – Ignorancja religijna

Grzechy zaniedbania Cz.1 – Zaniedbania w modlitwie

O ignorancji religijnej.

Jest to grzech, do którego się właściwie na­wet nie poczuwamy, gdyż trwanie w nim uwa­żamy za stan zupełnie normalny. Sądzimy, że uległość starczy za wiedzę, że nieznajomość spraw Bożych stanowi owo »ubóstwo ducha«, które prowadzi do Królestwa niebieskiego, że wreszcie przekraczanie »wiary prostaczków« byłoby zarozumiałością.

Pod pretekstem »szanowania i nienarusza­nia świętych tajemnic« nie zajmujemy się te­dy wcale doktryną wiary katolickiej. Sądzimy nadto, że nasze obowiązki religijne są natury czysto praktycznej, że natomiast w dziedzinie intelektualnej jedynym obowiązującym nas na­kazem jest posłuszeństwo. Uważamy, że aby być dobrym katolikiem wystarczy spełniać przykazania boskie i kościelne, umieć na pa­mięć Skład Apostolski i wiedzieć, kiedy na­leży odpowiedzieć »amen«.

Bylibyśmy niepomiernie zdumieni, gdyby nam zarzucono, że stanowisko takie graniczy z herezją. A przecież w gruncie rzeczy zbliża się ono do stanowiska pragmatystów i relatywistów, dla których prawda jako taka nie ma znaczenia. Jeśli nie miłujemy Boga także i umysłem naszym, wypieramy się Go nieświadomie, albowiem inteligentnego człowieka, któ­ry nie dba o poznanie życia i objawień Bo­żych, jeden już tylko krok dzieli od istotnego ateizmu.

Sądzimy, że wstępne wiadomości z katechi­zmu, które się nam niegdyś obiły o uszy, sta­nowią dla dobrego katolika dostateczne zaopa­trzenie, mogące go aż po grobową deskę chro­nić od głodu duszy. Godzimy się na to, aby dzieci nasze pobierały w szkole lekcje religii, uważamy nawet, że jest to wcale skuteczny środek do utrzymania ich na pewnym pozio­mie moralnym. Postępy ich jednak w każdym innym przedmiocie nauczania wydają się nam sprawą nierównie ważniejszą. Naukę religii uważamy raczej za rozrywkę, niż za potężny czynnik w ukształtowaniu charakteru dziecka, a podczas gdy każda inna gałąź wiedzy otwiera wszelkie drogi, wiedza religijna według na­szego mniemania do niczego nie prowadzi. Tak tedy w wychowaniu dzieci naszych popełnia­my ten sam błąd, któremu za własnych szkol­nych czasów hołdowaliśmy sami.

Niejednokrotnie idziemy w tym rozumowa­niu jeszcze dalej i — nie przyznając się do tego otwarcie — gotowi jesteśmy mniemać, że wiedza religijna jest rzeczą niezbyt zajmującą a zupełnie niepotrzebną, że nie jest stworzona dla ludzi, żyjących w świecie i że, aby się w niej zagłębiać, trzeba mieć specjalne zamiłowanie czy też powołanie.
Co za tym idzie, unikamy jak ognia kazań niedzielnych uważając, że istnieją one jedynie jako rodzaj umartwienia zarówno dla głoszą­cego je kapłana, jak i dla słuchających ich de­wotek. Nie wpada nam nawet na myśl, że sło­wo Boże powinno docierać do uszu ludzi »normalnych«, sądzimy przeciwnie, że nawet kapłan zdziwiłby się, widząc na swym kazaniu człowieka, zajętego całym szeregiem ważnych i praktycznych spraw. To też udając się na Mszę św. w niedzielę, dowiadujemy się skwa­pliwie o taką, na której nie ma kazania, a radość nasza, której zresztą nie staramy się ukryć przed dziećmi i innymi domownikami, nie ma granic, jeśli ta właśnie Msza odprawia się do­piero w południe.

Jeśli przypadkiem nie możemy się uchylić od kazania, słuchamy go nie słysząc. Zapadamy w stan neo-buddystycznego kwietyzmu, z któ­rego wyrywamy się tylko chwilami, aby obser­wować kapłana lub śledzić, w jaki sposób »wybrnie« z jakiegoś bardziej zawiłego problemu. Górującym w nas uczuciem jest w takich chwi­lach zadowolenie, że nie jesteśmy w jego skó­rze.

Zdarza się też, że szczegółowo, choć nie w najlepszej intencji, rozbieramy naukę jakie­goś mniej wytrawnego kaznodziei. Zwracamy baczną uwagę na każde niewłaściwie użyte sło­wo, na każdą niedokładność, czyhamy wprost na jakiś niefortunny zwrot czy nie dość trafne porównanie i doskonale się tym kosztem ba­wimy.

Inaczej rzecz się przedstawia, jeśli kaza­nie wygłasza kapłan znany i uznany za wiel­kiego kaznodzieję. Słuchanie takich konferencyj jest modne i w dobrym tonie. Z jego słów staramy się jednak podchwycić przede wszystkim aluzje polityczne lub społeczne, finezje psy­chologiczne, zręcznie i dowcipnie skreślone syl­wetki bliźnich — słowem wszystko, prócz samego tylko słowa Bożego. W skutek tego najlepsze nawet kazanie, zamiast rozniecać w nas iskrę Bożą, staje się pewnego rodzaju emocją towa­rzyską, a omawianie go w kole znajomych przyczynia się wybitnie do ożywienia najbliższej herbatki.

O kulturze religijnej.

W zakresie wiedzy religijnej powodujemy się zatem letargiczną apatią lub snobizmem. Bi­blioteki swoje zapełniamy dziełami wszystkich pisarzy znanych — choćby z najgorszej strony. Nie znajdujemy natomiast na ich półkach żad­nego kącika dla autorów tego rodzaju co św. Augustyn, św. Ambroży czy św. Bernard, nie­obcych nam jednak z imienia.

Wielu z nas nie posiada w swej bibliotece ani Biblii, ani Nowego Testamentu; niejeden, będąc jednak praktykującym katolikiem, bio­rącym nierzadko udział w nocnej adoracji, nie zna w całości ani Pisma św., ani obszerniejsze­go żywotu Chrystusa Pana. Pobieżne wysłu­chanie Ewangelii niedzielnej, odczytywanej w czasie Mszy św., stanowi dla wielu z nas strawę duchową na cały tydzień.(…)

Postać i słowa Zbawiciela znane nam są czę­stokroć wyłącznie z kina, gdzie w Wielkim Ty­godniu można oglądać wspaniały film: Król królów (kosztował kilka milionów!). Poza tym czerpiemy swe wiadomości w dziedzinie Pisma św. z prześlicznej opery Masseneta »Maria Magdalena«, lub ze wzruszającej sztuki Rostanda »Samarytanka«.
Z takiego stanu rzeczy jesteśmy najzupeł­niej zadowoleni, zwłaszcza że w naszym poję­ciu świeca, którą uroczyście niesiemy w czasie procesji Bożego Ciała, wystarczy, aby rozja­śnić mroki naszego umysłu.

Z równą lub jeszcze większą obojętnością odnosimy się do pisarzy katolickich zarówno dawniejszych, jak i współczesnych. Sądzimy widocznie, że Kościół, podobnie jak rewolucja, może się obejść bez uczonych. Nie zdajemy so­bie może nawet sprawy, że to, co się nam wy­daje prawowiernością, jest jednym z groźnych przejawów duchowego lenistwa.

Co wiemy o Świętych?

Jeśli chcemy być szczerzy wobec samych siebie, musimy przyznać, że postacie Świętych są nam mniej znane, niż nawet bohaterowie mi­tologiczni. O Achillesie wiemy więcej niż o św. Pawle, o Kallipso więcej niż o św. Teresie z Awili. Nic dziwnego. Najpiękniejsze lata mło­dości upływały nam na — niedobrowolnym, co prawda — przebywaniu w niezbyt umoralniającej atmosferze Olimpu i Walhalli, wśród bogów i półbogów, których poziom etyczny był tak budujący, że nawet w dzisiejszych wolnomyślnych czasach towarzystwo to mogłoby zwrócić na siebie baczną uwagę policji oby­czajowej.
Nałożoną nam w szkole przez księdza prefekta lekturę żywotów Świętych odprawialiśmy ziewając, przebierając nogami i ba­wiąc się, czym popadło. Wrażenie zaś, jakie z nich odnosiliśmy, było przeważnie wzmo­żonym do najwyższego stopnia uczuciem nu­dy. Ich przeżycia i przerażające umartwie­nia, w porównaniu z pławiącymi się w rozkoszy postaciami mitologii helleńskiej, nie umiały nas wzruszyć, lecz przeciwnie, odbijając jaskrawo od naszej bierności na punkcie religii, raczej nas zabijały. Idąc po tej linii, doszliśmy do stanu jakiejś dziwnej ekwilibrystyki duchowej, przystosowanej do pojęć światowych, która nam pozwala łączyć szczere zresztą odprawia­nie niektórych praktyk religijnych z duchem i sposobem życia wytwornie — pogańskim.

Przykłady Świętych, ujarzmianie przez nich własnego ja i wyniszczanie się w imię wyższego nakazu, ich »brak zdrowego rozsądku« odstra­szały nas, zamiast nas pobudzać do naślado­wania. Stąd znów zrodziła się w nas koncep­cja, że z takiej »przesady« wynika więcej szko­dy niż pożytku dla sprawy Bożej, gdyż odstrasza nas od zbliżania się do Boga.

Nie umie­my pojąć ducha ofiary u Świętych, uważamy go przeciwnie raczej za kamień obrazy, psujący doskonałą harmonię naszego beznamiętnego stosunku do Boga.

Omyliłem się zresztą twierdząc, że do wszy­stkich Świętych odnosimy się obojętnie. Podzi­wiamy np. gorąco św. Wincentego a Paulo, gdyż działalność jego, jako doskonałego filantropa »na owe czasy« znalazła powszechne uznanie. Usługi, jakie znakomity ten mąż Boży oddał ludzkości, równoważą w naszych oczach nawet jego mistycyzm, którego zresztą nie staramy się zgłębić. Uznajemy także św. Franciszka z Asy­żu, który — jak wszyscy przyznają — był pewnego rodzaju poetą i jako taki miał pra­wo do nieuzasadnionych ze stanowiska zdro­wego rozsądku uniesień i wzlotów.

Istnieje też cały szereg przepięknych legend, uwiecznionych w pomnikach literatury i sztuki, a uwierzytelnionych w przewodnikach dla po­dróżnych. Znamy je i podziwiamy tym bar­dziej, że zachwyt nasz obraca się w granicach czysto platonicznych.
Ale to i wszystko… Ponadto nie wiemy i nie chcemy nic wiedzieć o tych bohaterach, którzy nie mieli swego Plutarcha. Dla ścisłości muszę jednak przyznać, że kult nasz dla Świętych idzie jeszcze dalej: przestrzegamy skrupulatnie, aby w dniu św. Marcina pojawiała się na naszych stołach tradycyjna gęś, wypijamy w towarzystwie kilka butelek wina w dniu na­szego Patrona, utrzymujemy bieżący rachunek ze św. Antonim, a w nagłych wypadkach wzy­wamy pomocy św. Ekspedyta.

Cdn.

Grzechy zaniedbania Cz.1 – Zaniedbania w modlitwie


Jakub Debout – „Grzechy zaniedbania”. Wydawnictwo Księży Jezuitów. Warszawa 1939.


 

Codziennie wieczorem wspieramy osoby wyrażające swoje poddanie się woli Boga naszą modlitwą:

Niech się stanie wola Twoja! (Módlmy się)

„Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie.”

Wskazane jest też dodać za Matką Boga: „Oto Ja służebnica(sługa) Pańska(i), niech Mi się stanie według Twego słowa!”

Codziennie wieczorem wspieramy osoby tak wyrażające swoje poddanie się woli Boga modlitwą :

CZYTAJ CAŁOŚĆ

Agnieszka Szaroleta

Zdrowa nauka Kościoła przeciw kłamstwom modernistów: „Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom.” (2 Tym. 4:3-4)

2 myśli na temat “Grzechy zaniedbania Cz.2 – Ignorancja religijna

Zostaw komentarz

%d bloggers like this: