Czas szybko mija, życie krótkie. — Czas, a wieczność. — Znikomość rzeczy ziemskich w obliczu śmierci. — Czas do nas nie należy. — Przyszłość jedynie w ręku Bożem. — Strzeżmy, okupujmy, korzystajmy z każdej chwili. — Pozorna a prawdziwa praca. — Brak czasu na spełnianie obowiązków, na służenie Bogu; nie brak czasu na zabawy, na grzechy, na sprawy do nas nienależące. — Dziś jeszcze pracować możemy dla Boga i na niebo; jutro może będzie za późno.
Czas krótki jest – to jest jedna z tych prawd, których nikt zaprzeczyć nie może, nawet i ci, którzy nie wiedzą, co cały dzień z sobą zrobić i jak zabić te dnia godziny, których nudotę na twarzy wypiętnowaną każdy wyczyta;(..) a ta nudota jak mara straszna wszędzie ich ściga. Ci nawet, którym każdy dzień wiecznością się staje, skarżą się jednak, że życie krótkie.
Gdy w Piśmie świętem czytamy, że życie ludzkie porównane jest do dymu, który ulatuje; do cienia, który znika; do snu, który ucieka, znajdujemy w tych porównaniach prawdę wielce uderzającą. Strzała, która wypuszczona z cięciwy powietrze przecina; grom, co chmurę rozdziera; te ciała niebieskie, które z niepojętą szybkością przelatują niezmierzone przestworza, to tylko słaby obraz tej szybkości, z jaką znika życie nasze.
Cóż jest życie w porównaniu z wiecznością? To mniej, jak ten jeden okiem niedojrzany proszek, w porównaniu z życiem przodków naszych! To, co u nich było jeszcze wiosną życia, to u nas jest złamaną starością; oni podówczas dopiero życie rozpoczynali, gdy nasze kości już spróchniałe w grobach spoczywać będą! Wieleż dzisiaj dochodzi do 80, 90 lat? Gdziekolwiek okiem rzucimy, młodzieży pełno i tłumno, a pomiędzy nią, jak rzadko szronem starości okryta okaże się głowa! Zapytaj tych: gdzie twoje życie się podziało? — Nie wiem, znikło w przepaściach niezgłębionych, jako ten kamień w morze wrzucony, leci na dno morskie.
Prawda ta jasno się okazuje w ludziach w świecie zamiłowanych. Jesteś na urzędzie, o! jak pracujesz we dnie i w nocy, w nadziei, że praca i uczciwość twoja nagrodę odbierze — i właśnie już, już stanąłeś u kresu życzeń twoich, — ale śmierć pospieszy, wyprzedzi dekret rządowy i nie ustąpi, — i poniesiesz go z sobą do grobu; ale nie, – śmierć poczeka, abyś się jeszcze trochę pocieszył tą zasłużoną nagrodą! Tylko zamiast pociechy, może w duchu uśmiechniesz się i powiesz: czyż ten honor wróci mi młodość i zdrowie moje?
Nie mogłaś się doczekać tej chwili, gdy staniesz u ołtarza z narzeczonym twoim, rachowałaś każdą minutę; i przyszedł ten dzień, i przyszła ta godzina; przypomnij sobie, a wieleś to już odtąd łez przelała; jeszcze żyjesz, ale możeś już szczęście twoje dawno do grobu zaniosła i może narzekasz i chciałabyś, aby ta tak upragniona chwila była nie przyszła.
Postanowiłeś w młodości twojej: ja muszę być bogatym panem, i rzuciłeś się z całym dowcipem twoim na to, rozpoczynałeś może niesprawiedliwe procesa, używałeś podstępów niegodziwych, korzystałeś z prostodusznych ludzi, oszukałeś wdowę i sieroty i udało ci się — i ludzie się dziwili — i zacząłeś kupować wioski i pałace budować – i urządziłeś dom twój na wielką stopę.
A teraz co? jaki ten majątek nieuczciwym nabyty sposobem ? Oto biedny żebrak zasnął smaczno pod golem niebem, na twardym kamieniu, a ciebie na wygodnem łożu straszą ze snu mary sumienia. Piękne rumaki w wyzłacanej karecie wiozą po ulicach to ciało wynędzniałe, w którem podagra zagościła, kości łamie i wciąż szepce do ucha: to masz za rozpustę młodości twojej.
I tak to ludzie biedzą się, pracują, z kłopotu do kłopotu, z zabawy do zabawy, z cierpienia do cierpienia przechodzą, a czas płynie jako ta bystra rzeka, która nigdy wstecz do źródła się nie cofnie.
I stanie człowiek bezbożny, i stanie człowiek sprawiedliwy u kresu jednego. I mówicie: czas mój, to moja własność. — Twój? O! jeśli o czem, to o czasie tego powiedzieć nie możesz. Jakiż to czas, który jest twój? Czy przeszłość? gdzież ona jest? cóż z nią zrobić możesz? Czy przyszłość? a któż cię o niej zapewnił? Teraźniejszość? ależ gdzież jej szukać ?
Patrząc z zimną krwią na zabiegi ludzkie, to politowanie bierze; te nadzieje takie pewne tej przyszłości, nad którą nie masz nic niepewniejszego! I tak, urodzi się dziecko! Mój Boże! i jakież szczęście nad to większe być może! Ach! czemuż nie podziękujesz Bogu, że cię ojcem i matką uczynił? czemuż Go nie błagasz, by ci dodał światła i rozumu, abyś te ciężkie obowiązki rodzicielskie wypełnił, abyście razem z dzieckiem waszem mogli trafić do nieba? Czemuż sobie to dziecię jako własność waszą przywłaszczacie, które jednak jest własnością Boga, wam tylko pod opiekę dane? Bo czyś ty ojcze dał temu dziecięciu duszę nieśmiertelną? czyś ty matko na krzyżu za to dziecię krew twoją przelała?
A jednak wy to dziecię biedne uważacie tylko jako igraszkę, co ma służyć na podniecenie miłości i próżności waszej. — Moje dziecko – nie! to nie twoje, to Boskie dziecko! — Moje dziecko musi być rozumne, musi być sławne, piękne, bogate, dam mu jak najświetniejsze wychowanie, poślę je na podróże, wystaram mu się o posadę świetną. — Biedna dziecina tymczasem leży spokojnie w kolebce pod skrzydłem Anioła Stróża swego i ani czuje, ani wie o tych górnych zamysłach, które Bóg może, litując się nad nim, w jednej chwili w niwecz obróci.
O! matko, daj pokój tym próżnym zamysłom; kochaj, strzeż, pielęgnuj, módl się za dziecię twoje, staraj się dać mu wychowanie stosowne do stanu jego, ale nie zapominaj, że Bóg ma więcej do niego prawa, że więc pierwsze obowiązki jego są względem Boga, aby grzechy jego nie paliły kiedyś sumienia twego, aby Bóg widząc cię niegodną matką, nie odebrał dziecięcia twego, aby Bóg w gniewie nie zostawił ci to dziecię, jako źródło krwawych łez twoich; korzystaj z każdej chwilki, a przyszłość poleć Bogu, bo przyszłość do Boga jednego należy.
Tak jest, przyszłość do Boga należy. Ta myśl, ta prawda uczy nas, jak z każdej chwilki, która nam jest użyczona, korzystać powinniśmy. Ach! czemuż ten czas tak marnotrawić na samych zabawach, spekulacyach, interesach i dać bez żadnej korzyści dla duszy uchodzić tym drogim, ale może już bardzo skąpo użyczonym chwilkom, gdybyśmy tymczasem pożyteczną pracą dla dobra duszy naszej, dla dobra kraju całego, dla dobra ludzkiego żyjąc, mogę tę chwilkę dać na lichwę i w jednym dniu całą zabezpieczyć wieczność szczęśliwą!
Czemuż za przykład nie weźmiem sobie skąpca? co on czyni względem pieniędzy, — czyńmy dla czasu; nie traci szeląga, — nie traćmy minuty; powiększa co dzień szkatułę, — codziennie pomnażajmy zasługi nasze! Ale niestety! to cała bieda, że ten czas tracimy i innym do utraty tego skarbu się przyczyniamy.
Spytaj się ludzi, cóż oni czynią? Każdy powie, że jest zatrudniony, zajęty, że nie wie, gdzie mu głowa stoi i w samej rzeczy, powierzchownie zastanawiając się, zdaje się, że nie ma i chwilki pokoju na świecie.
Tak cały świat pełny ludzi zajętych, tak niemasz próżniaka na świecie(…). Prawda! wszyscy zatrudnieni, ale czy tem, czem by się zatrudnić powinni? Tem się zajmują, co by mogli, co by powinni opuścić, a o tem zapominają, co by powinni wypełnić. Wypełniać powinności swoje, na to nigdy czasu niema; ale aby je łamać, to czas zawsze sposobny!
Przyjdzie niedziela, biją w dzwony, żeby i głuchy posłyszał, ciągnie biedny lud i nago i boso, aby oddać cześć i pokłon Panu swemu, a ty mieszkasz tylko o parę kroków od kościoła!—Ja czasu nie mam i wygodnie siedzi sobie w szlafroku i puszcza kłęby dymu z fajki i myśli… o czem? podobno o niczem — i od rana, gdy tysiące dusz Boga chwalą, on przeklina i bluźni, siedząc przy zielonym stoliku, bo on w kartach, ale nie w Bogu pokłada nadzieję; to jego katechizm, to Pismo święte.
— Ależ człowiek musi się rozerwać! Prawda, ale to rozerwanie trwa całą noc; ale to rozerwanie tylu nieszczęśliwymi czyni, staje się przyczyną krwawych łez biednej żony i dziatek. Powiedz tej osobie: niech idzie na naukę.- Ach! nie mam czasu, bo jeszczem nie przygotowała się na bal, na wieczór, a to ten ksiądz okropnie długo prawi! — Długo? Dziwna rzecz! to jedna godzinka w kościele spędzona długa, a na balu cała noc krótka jako tam godzina minutą, a tu minuta godziną; a jednak to zawsze ta sama godzina, ani dłuższa, ani krótsza – sześćdziesiąt minut. — Ale to trzeba siedzieć, albo stać. — Nie wiem, ale mi się zdaje, że większa praca całą noc skakać, jak godzinę posiedzieć.—Ale kiedy to tak daleko do kościoła! – Podobnoś niemasz bliżej i do teatru.(…)
Zatrudniam y się niestety najczęściej tem, co do nas nie należy. Oto ten człowiek: pan majętny, bogaty, ma pod sobą tyle sług, tyle poddanych — Bóg mu ich dał – ale czy stara się o nich? Prawda, on nikogo nie krzywdzi i zakazuje krzywdzić, ale cóż z tego, kiedy od podrzędnych jego o zemstę wołające dzieją się nadużycia. On nic o tem nie wie; ale wiedzieć by powinien. Ważne ma i rozliczne interesa, on o tem nie pomyśli – i bawi się. Musi o tem wiedzieć, co się dzieje w całym świecie — i w Chinach i w Indyach, ale nie wie, co w własnym dzieje się domu i często od obcych dopiero się dowie – i umrze, i zostawi majątek w nieładzie i nieporządku, i otworzy pole do pokrzywdzeń niemałych, procesów, rozdwojeń familijnych i zgorszenia.
Ten inny, bez żadnej nauki jak tylko zarozumiałości, chce świat oświecić, chociaż ciemniuteńko w głowie. Wie, że egzystował Wolter, Rousseau; na ustach jego Fichte, Schelling, Kant, Trentowski, liberalizm, komunizm; ale tylko spytaj go, co to wszystko znaczy, jaka treść tej całej nauki? Podobno w wielkim kłopocie by był na to odpowiedzieć. A jednak z taką zarozumiałością, z taką pewnością o wszystkiem peroruje.
Kościół Duchem świętym rządzony, nauką Apostołów i mądrością Ojców świętych umocniony, reformuje; rozstrzyga pytania o tajemnicach, o których Augustyn, Hieronim, Ambroży tylko ze drżeniem i bojaźnią odważali się wykładać. I cóż z tego wszystkiego wynika? Oto jedno, że o tem mówi i tak mówi, iż każdy świadomszy pozna, że nic nie rozumie i na takie gadanie nie warto dawać odpowiedzi.
Oto ten, w którego ręku powierzony los tylu czy winnych, czy niewinnych, bawi się, myśli o obiadach, o partyach, ani się pospieszy, aby wydał wyrok swój.
Ten inny, taki zdrów i silny, w samym kwiecie młodości, połowę życia swego prześpi w nieczynności, w próżniactwie letargicznem; cały użytek, który z życia czyni, ten jest, że co chwila umiera! Ten młody człowiek dopiero żyć poczyna; jeszcze nic nie zrobił, a już odpoczywa; miasto, coby miał pilnować książki i nauk, aby kiedyś mógł zająć posadę w społeczeństwie, być użytecznym sobie i współbraciom swoim, być pociechą rodzicom i krajowi, aby darm o chleba nie jadł, nie plątał się i nie zawadzał drugim, to na czem spędza dni swoje? na co wytęża myśli swoje? Przyjdź tylko do pomieszkania jego: zamiast święconej wody, to perfumy; zamiast krzyża, to kupidynki, szczotki, szczoteczki, pomady. Czy to toaleta modnej elegantki? – Nie, to pomieszkanie mężczyzny. W zniewieściałem ciele, zniewieściała dusza.
O mój Boże! czyż na to dałeś nam czas? ten czas, który byśmy poświęcić mieli na rozważanie świętego prawa Twego! na korzystanie z łask Twoich; na poznanie miłosierdzia Twego — ten czas sprzedajemy nieprzyjacielowi zbawienia i nazywamy to życiem! Pamiętajmy dziś, jutro śmierć przyjdzie! Piekło straszne, wieczność długa, sądy Boskie nieprzebłagane. Za lat kilka, za dni, za godzin może kilka, wszystko tu na ziemi dla nas się zakończy; tyle po nas pamiątki i śladu zostanie, ile po tym ptaku, co w powietrzu przelatuje. Ale dusza nasza żyć będzie, wiecznie z Bogiem złączona – wiecznie od Boga oddalona. Piekło i niebo dziś w ręku naszem. Wybierajmy! Może jutro będzie zapóźno! Amen.
KAZANIA ks. Karola Antoniewicza. T. IV Kazania przygodne. NAKŁADEM WYDAWNICTWA TOW . JEZUSOWEGO. KRAKÓW. 1906.


Skomentuj