Wiara chrześcijanina – jaką być powinna? (9) – Wątpliwości w wierze


Chrześcijańska wiara, z powodu istotnej swojej stałości, nie znosi żadnych dobrowolnych, umyślnych wątpliwości (1).
O tym dopiero co była mowa, ale pomimo to wypada nam zastanowić się jeszcze nad wątpliwościami w wierze, a to dlatego ponieważ wiara żadnych wątpliwości nie znosi.  Chrześcijanin powinien się ich wystrzegać. I stąd winien zawsze mieć się na baczności, ażeby od wątpień niedowiar­ków, które codziennie w towarzystwach i przy schadzkach, czasem chętnie, czasem niechętnie słyszy, nie zaraził się. Teraz łatwo zrozumieć, jak i nad jakimi wątpliwościami i w jakim zamiarze będziemy się zastanawiali.

Chrześcijanin z należytą stałością wierzący, w całej szczerości swojego serca, mówi do Boga: Panie! Gdyby nawet i cały świat miał od Twojej wiary odstąpić i Twój kościół opuścić, to ja tego uczynić me chcę, ja chcę Tobie i Twojemu kościołowi aż do mojego ostatniego tchu pozo­stać wiernym. Twoją wszechwładną łaską wzmacniaj to moje postanowienie! I szczęśliwym będzie z dotrzymania słowa! Ale pewną jest oznaką, iż go nie dotrzyma, jeżeli dzisiej­szych niedowiarków z całego serca nie żałuje, a zarazem, jeżeli ich także nie znienawidzi. Bo oni są rzeczywiście do najwyższego stopnia godnymi nienawiści, tak dla przyczyn, z których ich wątpliwości wynikają, jak i z powodu spo­sobu w jaki z temiż wątpliwościami się obchodzą.

Bylibyśmy zanadto głupimi, gdybyśmy powodu ich wątpliwości szukali w ich rozumie. On leży daleko głębiej, on pochodzi z ich serca, a serce dopiero musi rozum za­ćmić i namówić go, jak gdyby rzeczywiście istniał powód do wątpliwości. A więc, jest to to samo co niegdyś król Dawid sądził o tych, którzy, za jego czasów, Boga się zapierali: Rzekł głupiec w sercu swoim: nie masz Boga” (2).
l wy­pada zapamiętać, iż mowa o sercu, nie o rozumie, serce, nie rozum, życzy sobie, ażeby Boga nie było, albowiem dla rozumu nie ma nawet pozoru po temu. I dlaczego serce so­bie tego życzy? Albowiem jest złe i zepsute: „Popsowali się i obrzydliwemi się stali w zabawach swoich (3).
Czy nie tak samo musimy sądzić o naszych niedowiarkach? Ich serce wątpi, nie ich rozum, chyba, że go całkowicie omamiły wy­ziewy, bez przestanku wydzielające się z namiętności, które się w sercu burzą. A na serce się rzucać, cóż to za wystę­pek, to przecież prawdziwa obraza majestatu! A ponieważ oni, przy każdej sposobności, pozwalają sobie serca swoich przeciwników, serca katolickich kapłanów i biskupów i najwyższego kościoła Zwierzchnika stronniczo i samolubnie, z zuchwałością sądzić i potępiać, najwstrętniejsze zamiary im przypisując i wymyślając i lekkomyślnie ich oczerniają i spotwarzają, dlatego i nam nie może być brane za złe, jeżeli my także mówimy o ich sercu to co jest prawdą, gdy nie­miła konieczność nas do tego zmusza.

I przypatrzmy się przede wszystkim pierwszym kro­kom, które ich zwykle do wątpienia prowadzą. Gdy wiara podaje im różne przykazania Boskie i kościelne, zepsuta natura i tkwiące w niej złe namiętności, ponieważ one żadnego przymusu nie znoszą, wzdrygają się gwałtownie przeciwko nim. Stąd zupełnie jest naturalne, iż powstaje pomiędzy nimi gwałtowny spór, gdyż obydwie strony chcą zwyciężyć.
Wiara, miłując zwycięstwo na stronę prawa skierować, budzi sumienie i woła głośno: człowieku, słuchaj prawa! Prawo­dawca jest twoim Bogiem i Panem, przyszłym twoim Sędzią, który za nieposłuszeństwo wieczne i straszne męki przygo­tował. Ale, już od dawna rozpieszczone i górujące namięt­ności wołają jeszcze głośniej, srożą się i burzą i żądają z gwałtownością swego zaspokojenia. I cóż tu robić? Wy­rzuty sumienia trzeba zadusić, sumienie do milczenia doprowadzić. Ale w jaki sposób? Wątpliwości są najkrótszą do tego drogą, najskuteczniejszym środkiem. Dlatego zaczynają wątpić i to w czym ? To także jest uwagi godnym.

Zaczyna się to zwyczajnie co do tych zasad wiary, które mają największy wpływ na obyczaje. Mianowicie, czy kościół ma władzę przykazywania, albo zakazywania czegoś w sumieniu, czy kary na tamtym świecie są wieczne, czy spowiedź nasza przez Chrystusa Pana ustanowioną została, czy Ewangelia czasem nie przesadza, czy dusza ludzka jest rzeczywiście nieśmiertelną?
Te to wątpliwości bywają zwykle pierwszymi. Ale dlaczego właśnie te? Dlaczego rozpoczyna się od prawd, w których wątpienie pociąga za sobą skutki złym skłonnościom najbardziej sprzyjające? Bo, jeżeli kościół nie ma władzy rozkazywania, jest się od razu uwolnionym od zachowywania jego nielicznych przykazań, a zwłaszcza przykazania o poście. I, gdy nie będzie kar piekła, występek o wiele mniej odstraszać będzie. Jeżeli okaże się, iż spo­wiedź uszna nie została przez Chrystusa Pana ustanowioną, nic na świecie nie zniewoli mnie w sumieniu do tak uciążliwego upokorzenia. Jeżeliby Ewangelia w tym lub owym przesadzała, co do zaparcia się siebie samego, co do umart­wienia popędów cielesnych i co do miłości nieprzyjaciół, nie potrzebowałbym być bardzo ścisłym. Jeżeliby dusza razem z ciałem niszczała, to cnoty i występki nie byłyby niczym więcej, jak tylko zewnętrznym stosunkiem do praw państwowych, od których człowiek przebiegły może przecież się wymigiwać. I jeszcze raz, czy jest to tylko przypadek, czy nie tkwi może jaki karygodny zamiar w tym, iż począt­kowe powątpiewanie odnosi się tylko do tych i tym podobnych praktycznych prawd, podczas gdy na teoretyczne przy­staje się, pozostawiając je tym czym są?

Zaiste, gdyby ci panowie, byli tak cnotliwymi za jakich się udają, wszystkie wymienione zasady musiałyby im być przyjemnymi. Prawdziwości ich musieliby gorąco pragnąć i staraliby się, o ile możności, przekonywać o niej. Bo cno­tliwi ludzie cieszą się z nieśmiertelności duszy, albowiem będą oni wtenczas wiecznie używali owoców i nagrody swojej cnoty, cieszą się z surowości moralności ewangelicz­nej, albowiem widzą w niej pewniejszą drogę do wiecznego szczęścia, cieszą się z obowiązku spowiedzi świętej, albowiem ona jest im środkiem doskonałym, nie tylko do powstrzymy­wania się od grzechów, ale także i do tego, ażeby sumienie używało na rozkoszy spokoju, cieszą się z wieczności kar piekielnych, albowiem te tym stanowczej do cnoty ich po­budzają i z nich tym pewniej o wieczności niebiańskich na­gród wnioskować mogą, cieszą się z władzy kościoła, albo­wiem, wskutek niej, jest im tenże drogowskazem prawdy.

I co sądzić o sprzecznościach naszych powątpiewaczy?

Że wątpią dlatego, iż oni te prawdy nienawidzą, a nienawi­dzą dlatego, albowiem pragną, ażeby wolno im było, w spo­sób wyuzdany i bez obawy kar, ulegać ślepym popędom swoich nieposkromionych namiętności. Do tego to zmierza ich cnota, z której się tak bardzo chełpią.

Ależ oni przecież mają honor i obywatelską cnotę gor­liwości o ogólne dobro państwa.

Tak jest, mają ją na zewnątrz, pozornie i to nawet nie zawsze, ale w rzeczywistości z pewnością jej nie mają. Po­zory służyć im muszą za płaszczyk występku, albowiem być skrycie niedowiarkami, a nie otwarcie za takich uchodzić, jest przecież największej liczby staraniem. I na ich nieszczę­ście, honorowym, cnotliwym mężem jest tylko ten, który nim jest także i w sercu, a nie zadawala się pozorami zewnętrz­nymi.

O wy, którzy ich bliżej znacie, albowiem częściej z nimi przebywacie, częściej ich rozmowy słyszycie, z ich osobistymi zdaniami więcej obeznani jesteście, przyznajcie wiele to razy przy dokładniejszym przyjrzeniu się, złapaliście ich na obłu­dzie i udawaniu? Czy z ich wyrazu twarzy i z rozmów nie dosyć często mogliście wnioskować o pysze, mściwości, chciwości, zazdrości, pożądliwości, wiarołomności, Boga i ludzi wzgardzie, które serca ich opanowują? Czyście nie słyszeli, jak z niektórych tych występków, zwłaszcza z roz­pusty i mściwości, bez wstrętu się szczycą?
Przed laty zna­łem jednego z takich, który, gdy mu jeden z jego przyja­ciół jego niepowściągliwe przekroczenia, jako zwierzęce, wyrzucał, na swoje usprawiedliwienie, bezwstydnie i bez za­rumienienia odpowiedział: „Jest przecież wielka różnica po­między człowiekiem a zwierzęciem w tym, że człowiek działa z większym zastanowieniem i dlatego na rozkoszy lepiej używa niż zwierzę”. Czy wam się nie zdarzało zauważać, jak oni, z samolubstwa, przyjaciół wiarołomnie zdradzają i jak na swoich prawdziwych, albo tylko domniemanych wrogach, w najniegodziwszy, najniemiłosierniejszy sposób się mszczą, jak uczciwych, cnotliwych ludzi przez złośliwe oszczerstwa, czci i dobrego pozbawiają, współzawodników przez chytre intrygi podkopują, jak łaski i polecenia niegodziwcom, za wysoką cenę i osobom innej płci, dla hanieb­nego zadowolenia swojej żądzy sprzedają, a gdy się spo­sobność nadarzy, z cudzego dobra, także i z dobra państwa się wzbogacają?

To prawda, że tego rodzaju występki przydarzają się także często i u tych, którzy we wierze nie wątpią, albo­wiem dzisiaj zgorszenie stało się bardzo powszechnym, ale, gdy się przyczyn dochodzi, prędko można się przekonać, iż zepsucie obyczajów tak bardzo górę wzięło od czasu, gdy nieszczęśliwa żądza wątpienia co do wiary, ze zagranicy do nas doszła i bez trudności się szerzy. Dawniej było więcej rzetelności i dobrej wiary w interesach i w postęp­kach, więcej wierności w przyjaźni, więcej uczciwości w układach, więcej umiarkowania w zyskach, więcej skrom­ności i obyczajności u młodzieży, więcej wzajemnej wierno­ści w małżeństwach, więcej uszanowania i posłuszeństwa u dzieci, więcej troskliwości i czujności u rodziców, więcej pilności i wierności ze strony sług, większa pewność co do własności, więcej uległości dla panującego. Oznaką jest to pewną, iż niedowiarki gorszącym swoim przykładem, nawet i wierzących zarazili. Cóż dziać się musi w ich sercu? Czyż nie wskazuje nam to, iż niedowiarstwo ze zepsutego serca nie z przekonania rozumu pochodzi?

Dla nabycia tym lepszego przekonania, przypatrzmy się jeszcze dwom innym rodzajom wątpiących.

Do jednego należą ci, którzy w czasie niepowodzenia najsilniej wierzą, a w czasie powodzenia są pełnymi chwiejności. Wśród dobrobytu, wśród upojenia szczęściem wszystko jest im niepewnym i wątpliwym: duchowość i wieczna trwałość ich du­szy, prawdziwość objawionych tajemnic i istnienie Objawie­nia, ostatecznie nawet i sama istność Boga. I dowody po temu, na pozór tak silnymi im się wydają, iż głoszą ostate­cznie, że cała religia jest bajką, zręcznym oszustwem, poli­tycznym środkiem. Gdy jednak wielkie nieszczęścia ich na­wiedzą, wtenczas tylko u Pana Boga znajdują rzetelność, a w religii wierność i wtenczas tylko zasady wiary zdolne są ich wewnętrznie pocieszyć i prawdziwie zaspokoić.
I skądże tak nagła zmiana? Jakim sposobem znikły od razu wątpliwości i dowody? O! bo nieszczęście także i namięt­ności przydusiło, milczenie im nakazało, potrzebne do ich zaspokojenia środki odciągając. Stąd znikły wszelkie wątpli­wości co do wiary, wszelkie dowody przeciwko jej prawdom.

Do drugiego rodzaju wątpiących należą ci, którzy wąt­pić zaczynają, wskutek dziecinnej próżności, wskutek lekko­myślnego naśladownictwa, wskutek bezbożnej mody. Ludzie nie nauczeni, nie doświadczeni i młodzi pokusie tej, niestety aż za nadto często, ulegają. Widząc, że niejeden niedowia­rek, sławą mądrego, roztropnego, uczonego męża powszech­nie się cieszy, zdaje im się, że przez mędrkowanie, mogliby i oni dojść do równej sławy. Dlatego mędrkują i wydobywają wszystko, co tylko przeciwko wierze słyszeli, albo czy­tali. Wprawdzie sami tego nie rozumieją, za czym idzie, że wszystko ze sobą mieszają, prawdę i fałsz, dogmaty, opinie szkół, od kościoła ustanowione, albo tylko przez prosty lud wymyślone obrzędy, które częstokroć kościół tylko cierpi, nieraz nawet potępia. Dosyć na tym, że oni są mędrkami i że sądzą, że wysoki stopień uczoności osiągnęli. Ze żądzą sławy jest jednak nienasyconą, dlatego oni pragną jeszcze wyżej postąpić.

Ażeby do tego dojść, zuchwale depczą prawa kościoła, w dnie świąteczne, na nabożeństwo nie uczęszczają, przepi­sane przystępowanie do świętych sakramentów zaniedbują, a w czasach wstrzemięźliwości i postu, zakazanych potraw używają. I, jako wielkie, potężne umysły, jako światli filozo­fowie, prostą wiarę głupich Chrześcijan bezczeszczą, gniotą, niszczą. Ale cóż z tego wynika? Oto, że złym namiętnościom wodze zupełnie popuszczając, poddają się wszelkim zmysło­wości wybrykom, które ich serce coraz bardziej psują, tak, iż przez nowe wątpliwości, które u nich samych z tej du­chowej przewrotności serca powstają, do zupełnego niedo­wiarstwa dochodzą.

Dotychczas widzieliśmy, jak złem jest serce niedowiar­ków, teraz przypatrzmy się ich nierozsądkowi. Czyż bowiem sposób w jaki obchodzą się ze swoimi wątpliwościami nie jest w najwyższym stopniu nierozsądny i niedorzeczny i, czy dlatego także nie są oni, z tej strony także, pogardy god­nymi? Chociaż bezustannie chlubią się ze swojego rozsądku, a z nami Chrześcijanami zawsze jak z głupcami się obcho­dzą, pokazuje się jednak ostatecznie, że my zupełnie uprawnionymi jesteśmy do tego, ażeby z wszelką grzecznością, zaszczytne to miano do nich stosować.

Niechże rozstrzygają wszyscy filozofowie i teologowie świata, a nawet wszyscy ludzie o zdrowym i nieuprzedzonym umyśle, czy jest w tym rozsądek, ażeby wątpliwości w najważniejszej rzeczy, jaką jest wiara, dobrowolnie i umyślnie żywić, bez jasnego pojęcia o czym się właściwie wątpi, bez poszukiwania przy tym prawdy i co jeszcze wię­cej, bez chęci jej poznania. Zaiste, jeżeli to nie jest przeciwne wszelkim zasadom ludzkiej roztropności i jeżeli to wszystkich zasad rozsądku nie poniewiera, to trudno do­ prawdy powiedzieć co jest głupstwem. Każden słownik za­wodzi nas pod tym względem: te słowa muszą w przy­szłości dotychczasowe swoje znaczenie zmienić.

Czyż nasi panowie i pankowie wiedzą co o chrześcijańskiej wierze, o której wątpią? Znanych im jest, co naj­więcej, kilka zdań, ale tylko co do litery, bez żadnej głęb­szej i dokładniejszej ich znajomości. Oni nie umieją nawet rozróżnić uznanych artykułów wiary od prywatnych zdań teologów, sakramentów przez Chrystusa Pana ustanowio­nych od przykazania kościelnego, które tylko czas przyjmo­wania oznacza, istotnych i przez Chrystusa Pana ustanowio­nych obrzędów, od takich, które nie obowiązują i tylko pry­watnej pobożności są pozostawione, zwyczajów kościoła od zwyczajów prostego ludu, za czym idzie, że w swoich roz­mowach, wszystko między sobą mieszają, tak, iż nieraz o czymś, jako o dogmacie rozprawiają, co u katolików nigdy za dogmat, albo nawet za teologiczną naukę, nie było uwa­żane.

Jeżeli, z jednej strony, ten tak szczególny nierozsądek nas zdumiewa, to, z drugiej strony, nie powinna nas dziwić ich tak namacalna niewiadomość. Skądże mają oni wiedzieć coś więcej? Czyż tego, czego się za młodu uczyli, już od dawna dobrowolnie nie zapomnieli? Nauk i kazań nie sły­szą, kapłanów i tych, którzy przez Pana Boga ustanowio­nymi zostali, ażeby święty zastaw wiary w całości, bez skazy i niewzruszony się utrzymał, nie uważają za godnych swo­jego obcowania. Co z wiary jeszcze wiedzą, to, albo sły­szeli z ust prostych, nieuczonych Chrześcijan, którzy, ani obowiązku, ani czasu, ani sposobności nie mają do głębszego badania jej prawd i starają się więcej o to, by Chrześcijanami byli w uczynkach, aniżeli uczonymi, albo też z bez­bożnych pism niedowiarków, w których wiara bywa zacze­pianą, a niedowiarstwo uczone. A czyż u tych prostych Chrześcijan nie dzieje się tak, iż oni, pomimo czynnej swo­jej wiary, miewają pewne niewłaściwe, fałszywe pojęcia i czy dlatego jest rozsądnym przyjmować od razu, jako wyro­bioną naukę wiary co ten, albo ów laik, z braku dostatecz­nej znajomości rzeczy, w swojej prostoduszności opowiada?
A dalej, czy jest także rozsądnym zasad naszej wiary z bez­bożnych dzieł naszych nieprzyjaciół się uczyć? Czyż, już nie wiem wiele razy, nie dowiedliśmy oczywiście i namacal­nie, iż te pisma pełne są nieprawdy, kłamstw, oszczerstw, że ich wydawcy, czy to ze złości, czy z nieświadomości, związek prawd wiary rozrywają, nasze nauki przekręcają i fałszują, albo nawet fałszywe wymyślają?

I do czegóż te ich mędrkowania zmierzają? Czy do prawdy? Zaiste, u człowieka rozsądnego, skoro tylko jaka ważna wątpliwość, czy to odnośnie do duszy, czy do ciała w nim powstanie, on, o ile możności, stara się dojść do prawdy, by wątpliwości usunąć. Ale oni, oni tego nie robią, bo oni prawdy nie szukają. Dlatego postępują nierozsądnie, a tym samym nierozsądek swój publicznie na pokaz rozno­szą. I, czy to jest przesadzone?

Gdyby im rzeczywiście na prawdzie zależało, z więk­szą starannością dochodziliby przyczyn swoich wątpliwości, powody i przeciw powody sumienniej by badali, porówny­wali i ważyli, nie każdemu pisarzowi niedowiarkowi, a nawet nie każdemu zwykłemu Chrześcijaninowi na jego tylko słowo wierząc, częściej i ważniej czytaliby lepsze dzieła katolików w obronie wiary i odprawy kłamstw ich przeciwników, wąt­pliwości swoje przedkładaliby do rozstrzygnięcia tym, któ­rych dostateczna wiedza uzdalnia, a święty ich urząd zobo­wiązuje do pouczania nieświadomych i wątpiących o praw­dziwych wiary zasadach, ostatecznie częściej i goręcej modli­liby się do Ojca światłości o potrzebne oświecenie. Ale z tego wszystkiego oni nic nie robią.

I czymże się zajmują? Ah! wiadomo, iż dni swoje, albo, jeżeli mają domowe i urzędowe zajęcia, resztę czasu swojego trawią: na wynajdywaniu niedozwolonych dróg i środków do wzniesienia i wzbogacenia się, do poniżenia współzawodnika, do wywarcia dotkliwej zemsty na tym, który ich obraził, albo do przyprowadzenia niewinnej duszy do upadku, na próżnych odwiedzinach, zmysłowych zaba­wach i cielesnych rozkoszach. Od czasu do czasu biorą do ręki książkę, ale zatrutą i uczą jej się prawie na pamięć, albo też wdają się z jakimś bezbożnikiem, by ich pouczał w niedowiarstwie, a słowom takiego pisarza, albo nauczy­ciela, bez dalszego badania, wierzą tak silnie, że w sporach na taką tylko powagę się powołują, a równocześnie gorzko szydzą z nas, którzy im przeciwstawiamy najsumienniej i naj­staranniej, surowo zbadaną powagę, przez osiemnaście wieków ciągnącego się szeregu najpobożniejszych, najdoświadczeńszych i najuczeńszych Chrześcijan. Czyż to jest szukaniem prawdy ?

A komuż innemu zdają oni jeszcze sprawę ze swoich wątpliwości? Oto ludziom, których zadaniem to nigdy nie było, ażeby za wiarą naukowo obstawali i którym ich nie­udolność nie dozwala na wchodzenie w spory o rzeczy wiary, ludziom, którzy z powodu swojej młodości, albo niedoświadczenia, równie łatwo dadzą się uwodzić, bo sami poprzednio uwiedzionymi zostali, ludziom, których mowy zdradzają, raczej wpływ wina, aniżeli rozum i rozwagę.
W takich to towarzystwach (tam bowiem, gdzie obecnym jest ktoś, który mógłby, albo musiałby odpowiedzieć, jest się ostrożnym) najlichszymi dowcipami zmierza się do za­chwiania wiary innych. I w takich to towarzystwach i schadz­kach wydawane bywają śmiałe sądy przeciwko wierze. Przedrwiwa się ją, występuje się przeciwko niej, krytykuje i wymienia się wszystko, co się tylko kiedykolwiek słyszało, albo czytało. Jest to formalny wykład nauki niedowiarstwa.
I, czy udzielając swoje wątpliwości innym wśród podobnych okoliczności i w takim sposobie, robią to, ażeby być po­uczonymi i dla dojścia do prawdy? Z pewnością nie. Pra­wda jest im nienawistną i nawet znać jej nie chcą. Twier­dzimy to na podstawie nowych, silnych, nie dających się odeprzeć dowodów.

Gdy jeszcze wątpią, serce ich za niedowiarstwem jest zupełnie ujęte i dlatego z góry występują przeciwko wierze. Bo, gdy jeszcze wątpią, postępowanie ich jest z niedowiar­stwem zupełnie zgodne. A kto, uczuciem, mową i czynem silnie przy błędzie stoi, czyż zechce, czy będzie mógł pra­wdę poznać? Rozumie się samo przez się, iż troiste to po­stępowanie, odnośnie do nieusuniętych wątpliwości, zwłasz­cza do tak ważnych, rozsądkowi stanowczo się sprzeciwia.

Wykazaliśmy na samym początku, iż wątpliwości co do wiary wylęgają się w sercu, nie w rozumie. Mędrkujący w wierze wątpią, dlatego, że chcą wątpić, nie dlatego, iżby mieli rozsądne po temu powody. Oni ich dopiero szukają, oni dopiero mają nadzieję i życzą sobie ich znaleźć. Ale czy to nie jest dostateczny dowód, iż serce ich jest z góry uprzedzone?

Ale i w inny sposób się to jeszcze pokazuje. Cóż oznacza ich zmartwienie, którego nie tają, gdy im się na­macalnie błędy ich przed oczy kładzie? Cóż ta oczywista ich radość, gdy nowe pismo obelżywe przeciwko wierze wyjdzie z druku? Cóż owo ich szczęście, gdy sobie wyo­brażają, że wynaleźli nowy taran przeciwko Chrześcijaństwu?
Cóż ich okrzyki radości, gdy w jakiejś sprawie spornej przywiedli jakiegoś niedoświadczonego i nieuczonego Chrześcijanina do milczenia, albo ułudnymi słowami do odstępstwa? Cóż owo przesadne poważne poważanie, które objawiają publicznie wszystkim pisarzom niedowiarkom, albo owa naj­wyższa i publiczna pogarda dla wszystkich uczonych Chrześcijańskich ? Cóż wreszcie owa niezłomna krnąbrność, z jaką przy swoich wątpliwościach obstają, chociaż tychże nicość została im tak jasno dowiedziona, iż nie wiedzą co odpowiedzieć, a pomimo to, te same oklepane wątpliwości wciąż bez przestanku odgrzywają, tak jak gdyby, z naszej strony, nigdy żadna nie wyszła odpowiedź?

Uczuciu, które jest rozsądkowi tak przeciwne, odpo­wiada także i mowa. Pomimo zawsze jeszcze trwających wątpliwości, jej ton jest stanowczym. W tonie, minach, mo­wie, wyrazie twarzy, gestach widzisz jakoby pewnego siebie nauczyciela, który chce udzielić uczniom swoim prawdę, o której sam jest przeświadczonym. Gdy nawet sobie kpią i szkalują, gdy kłamstwa świadomie wymyślają i potwarze rzucają, czynią to zawsze tak, jak gdyby nie mieli żadnych wątpliwości. Tak jest, oni głośno i wyraźnie twierdzą, że o jednym i drugim, tak o nieprawdziwości wiary, jak i o prawdziwości niedowiarstwa, są zupełnie przekonani.

Któż im jednak uwierzy? Jeżeli mają rzeczywiste prze­świadczenie, dlaczego kręcą się ciągle, jak w błędnym kole? Dlaczego chwieją się tam i sam, nie wiedząc czego się mają trzymać? Dlaczego przyparci do muru, przeskakują od jed­nego twierdzenia do drugiego, które zupełnie się sobie sprzeciwiają? Dlaczego wszelkie ich dowody na fałszywych polegają zasadach, albo, dlaczego są one sofizmatami, które po setki razy już poprzednio odparte zostały? Krótko mó­wiąc, dlaczego, pomimo swojego przekonania, są oni zawsze tak niespokojni i niezadowoleni i dlaczego wciąż usiłują nowe wynajdywać dowody? Wszak prawda, o której jest się już przekonanym i, co do której ma się pewność, daje zawsze spokój i zadowolenie. Niech więc mówią, niech udają co chcą, przekonania u nich niema, oni zawsze jeszcze wątpią. Czytelniku, osądź ten nierozsądek, tę prawdy nienawiść!

Z działalności ich wnosić by można, iż decyzja już za­padła, w duchu przeciwnym wierze, a zgodnym z niedo­wiarstwem. Wieloletnie doświadczenie pouczyło mnie o tym albowiem, skoro tylko, podług dzisiejszej mody, ktoś za­czyna mieć wątpliwości o wierze, albo nawet tylko zaczyna się namyślać, następuje zaraz zmiana w jego obyczajach i sposobie życia. Tak, jak gdyby to było dowiedzionym i pewnym, że Chrześcijaństwo jest fałszywe i jakąś mądrą bajką, stawia on siebie ponad przykazania Kościoła, a prawa Bos­kiego trzyma się o tyle tylko, ażeby ludzka sprawiedliwość nie miała nic do zarzucenia. Pozwala sobie na wszystko, co tylko może robić po kryjomu i troszczy się o to tylko, ażeby nietkniętym zostało jego miano człowieka honorowego. Po­zwala sobie innych po kryjomu uciskać, po kryjomu mścić się na tym, który go obraził, po kryjomu cudze dobro zabierać, po kryjomu niewinność uwodzić, po kryjomu cudzołożyć, po kryjomu przeciwko naturze grzeszyć itd.

Jakżeż, co do uczucia i co do rozumu smutnymi zja­wiskami są ci z wiarą swoją w rozterce żyjący ludzie! Ah! wy Chrześcijanie, którzy odnośnie do wiary waszej, nie chcecie być rozbitkami, unikajcie niedowiarków, uciekajcie od nich, w towarzystwach waszych nie znoście ich. Jeżeli przeciwko waszej woli, do nich się dostają, miejcie wzgardę dla ich rozmów, nie odpowiadajcie na nie i nakazujcie im milczenie. Także pism ich nie czytajcie, bo to jest śmiertelna trucizna w złotym kubku.

Gdyby wiara była tylko polityczną instytucją państwo­wą, jak przeciwnicy utrzymują, to i tak zasługiwałaby na większe zewnętrzne względy, a to dlatego, iż bezsprzecznie zapewnia ona państwu wielkie korzyści, a pogarda dla niej byłaby zbrodnią stanu. Ale, gdy wiara jest nadto także cennym darem Nieba, wyraźnym przykazaniem Najwyższego świata Rządcy, do czegóż wypada ją zaliczyć?

Wiara chrześcijanina – jaką być powinna? (8) – Stałość wiary.


„Wiara chrześcijanina jaką być powinna.” – X, Zygmunt Storchenau T. ]., W Brodach 1911. Nakładem księgarni Feliksa Westa.

1) Powiadamy „dobrowolne*, „umyślnie*, albowiem niedobro­wolnych, które przeciwko naszej woli w nas powstają, wiara nie wy­klucza. W tem różni się ona od tego co jest oczywistem, od jasnegonpojęcia rozumowej prawdy. Ta ostatnia z powodu towarzyszącej jej jasności, wyklucza nie tylko każdą rozsądną dobrowolną wątpliwość, ale także i każdą nierozsądną, niedobrowolną, a nawet i możliwość wątpienia. Nie tak samo dzieje się z wiarą, która, z powodu tkwiącej w niej ciemni, zupełnie nie wyklucza niedobrowolnej żądzy wątpienia, stąd zasługa wiary z powodu ciągłego zwalczania tych wątpliwości.
2) Ps. 13, 1.
3) tamże.
4)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: