Bezbożni i wybrani – O różnych formach oddalenia od Boga

Jest rzeczą doprawdy dziwną, jak dalece ludzie obyci z życiem wewnętrznym bywają trapieni trudnościami zewnętrznymi. Nie mogąc się pozbyć swojej skłonności do zarozumiałości i zniechęcenia, popadają w trudności, które choć ich samych nie dotykają, jednak dręczą ich i niepokoją. Warto zwrócić uwagę, ile to światłych skądinąd ludzi duchownych doznaje prawdziwej pokusy na widok złości świata oraz tej wielkiej różnicy, jaka ich od niego dzieli, budząc w nich zarozumiałość lub też przekonanie o nieliczności wybranych, które wtrąca ich w przygnębienie. Nie powiem, by do tej trudności, która tylu prześladuje, nie było żadnych podstaw i żeby można było nazwać ją nierozumną w tym znaczeniu, w jakim zwykli używać tego słowa ci, którzy chrzczą nim każde przeciwne im zapatrywanie. Wolę podjąć ten zarzut i szczegółowo z nim się rozprawić.

 

Postęp w duchowości jest równoznaczny z coraz to większym oderwaniem się od świata. A jednak jakże ospali, jak nieskorzy jesteśmy w spełnieniu tego zasadniczego warunku. Jakoś nie widać u nas nadprzyrodzonej nienawiści świata, któryśmy opuścili. Drżymy po staremu wobec jego sądów lub co najwyżej spoglądamy nań krytycznym okiem czysto naturalnej odrazy. W tym też ostatnim wypadku głębokie zepsucie świata staje się nam pokusą do uwierzenia we własną świętość.

 

Owa przewrotność świata, która nas tak zwykła doświadczać, występuje zazwyczaj w pięciorakiej postaci. Chodzi tam bowiem albo o ludzi zatwardziałego serca, albo o zaniedbujących Boga zupełnie, albo o niezupełnie nawróconych, albo o wprost nienawidzących Boga, albo wreszcie o służących Mu, lecz nie zawsze, jak to ma miejsce z bigotami.

 

ZATWARDZIAŁOŚĆ SERCA

Przede wszystkim trafia się stan niepokuty, stan zatwardziałości serca. Ktoś wie, iż winien porzucić grzech, lecz wzbrania się, nie żeby świadomie nienawidził Boga, lub czuł odrazę do życia uczciwego, lecz ponieważ kocha się w grzechu i chce się nim rozkoszować za wszelką cenę. Człowiek zdrowy i nie przygnębiony moralnie wyżywa się w grzesznych uciechach; natomiast chorzy lub przygnębieni szukają w zmysłowości ulgi i zapomnienia. Świat umie nagradzać swoje ciężary przyjemnościami i ponętami, tak że trzeba już przedtem być nawróconym, by poznać słuszność surowych sądów, jakie głosimy o świecie z naszych kazalnic i konfesjonałów; światowca one nie nawrócą.
Tacy ludzie zagłuszają głos sumienia, ilekroć się w nich odezwie; zawsze jednak przenika do ich świadomości niejasne poczucie obowiązku, którego ludzie nie zdołają w sobie stłumić zupełnie i które, w braku wdzięczniejszego zadania, posłuży za uzasadnienie sprawiedliwości wyroku wiecznego potępienia. Chrześcijanie winni pamiętać, że wszystkie ich spowiedzi bez żalu i wszystkie nawroty do grzechu, są tylko wyrazem tego stanu zatwardziałości. Wszelki nawrót do grzechu ma w sobie coś z przewrotności człowieka, odkładającego swoją pokutę aż do śmierci.

 

OBOJĘTNOŚĆ RELIGIJNA

Drugą postacią, jaką często przybiera na siebie świat, jest indyferentyzm, religijna obojętność. Chociaż się nie jest bezbożnikiem, jednak omija się Boga. Są tacy, którzy umieją godzić takie postępowanie nie tylko z zewnętrznym przyznawaniem się do chrześcijaństwa, lecz nawet z teoretycznym uznawaniem jego dogmatów. Człowiek pobożny wyczuwa w tym stanie duszy coś wprost nienawistnego. Ludzie obojętni religijnie przywłaszczają sobie wobec całego świata sławę ludzi roztropnych i umiarkowanych. Wyobrażają się za wyższych ponad wszystko i na wszystko też patrzą z góry. W stosunku do Kościoła, nie troszczą się o jego naukę, pragnąc się wznieść ponad wszystkie zapatrywania. Nie posiadają wyostrzonego zmysłu katolickiego, są niewrażliwi na cudzą nędzę, nie odczuwają wstrętu do grzechu. Mówią, że nie chcą się Bogu naprzykrzać, że czynią tylko to, co konieczne. Budują sobie swoją własną teologię i wytyczają sobie sami drogę do nieba bez miłości nadprzyrodzonej, jedynie z tym pierwiastkowym uczuciem, jakie musi żywić w stosunku do Stwórcy człowiek rozumny i które przenika jego duszę, wolę, rozum, mózg, krew i kości aż do ich szpiku. Poza tym wszystkie ich poglądy i zainteresowania tkwią w materializmie, w religii zaś za najrozumniejszą postawę uważają to, że się zbyt do niej nie garną ani też myślą powierzać się Bogu. Są zawsze gotowi utrącić każde dzieło gorliwości i zmrozić wszystko swoim chłodem, który uważają za owoc umiarkowania. Gdy się ich słucha, można by przypuszczać, że cały świat rozgorączkował się jakąś romantyczną miłością ku Bogu, aż dopiero sam Stwórca wydelegował ich, by wylali wiadro zimnej wody na głowy zapaleńców, co też istotnie czynią z olimpijskim spokojem i zrozumiałą godnością. Dusze pobożne odczuwają odrazę, gdy na nich popatrzą, a jednak wodzą za nimi oczyma, często nie mogąc od nich oderwać swych oczu, jak gdyby osłupione.

 

NIE NAWRÓCENI

Trzecią postawę świata wobec Boga przedstawiają ludzie jeszcze nie nawróceni. Ci po prostu nie myślą o Bogu, a naciskowi łaski opierają się w ten sam sposób, w jaki samorzutnie opiera się ktoś naciskowi ulicznego tłumu, nawet nie zastanawiając się, kto, względnie co, ten nacisk na niego wywiera. Nie mogą się zdecydować ani za ani przeciw Bogu, nie z jakiegoś zobojętnienia, lecz po prostu z powodu trudności. Żyją, jak gdyby nie istniał świat nadprzyrodzony i jego niewidzialne potęgi. Odznaczają się ową niewrażliwością na sprawy duchowne, która jest owocem długiego pobłażania sobie, nawet i bez wyraźnego grzechu. Poza tym w rzeczywistości często nie są to ludzie głusi na względy moralne, nierzadko też tutaj należą ludzie nieposzlakowani w swoim życiu domowym. Lecz ilekroć się usiłuje przekonać ich o potrzebie religijności, trzymają się uporczywie swoich niejasnych pojęć o Bogu i powtarzają obiegowe komunały o Boskim miłosierdziu, zasłaniając się przed jasnym postawieniem sprawy rozmaitością różnych wyznań religijnych. Osoby pobożne winny nie zapominać, że wszelka opieszałość względem Boga, niezależnie od postaci, jaką przybiera, stanowi krok w kierunku tego stanu.

 

BEZBOŻNOŚĆ

Czwartą wreszcie postawą świata wobec Boga jest bezreligijność. Dla wielu Bóg jest przedmiotem wyraźnej nienawiści. Wszelka o Nim wzmianka drażni ich. Wpadają we wściekłość, ilekroć prawa Boże dochodzą do głosu, choćby w skromnej mierze. Dręczy ich cudza świętość, choćby nawet im osobiście nie zawadzała. Dogmat Niepokalanego Poczęcia wprawia ich w szał, który nie pozwala im nawet spokojnie z niego szydzić. Każda kanonizacja wytrąca ich z równowagi, choć nie umieliby sami wyjaśnić, w czym ich ona dotyka. Ich myśl jest opętana pragnieniem wytępienia religii, a za narzędzie do tego uważają w pierwszym rzędzie prasę codzienną. Każde przychylne wyrażenie się o Bogu uważają za osobistą zniewagę, a jeśli jest prawdą, że rozumowe przekonania mają wpływ na uczucia moralne, to myśl o piekle wywołuje u nich tylko gniew i niewiarę. Każde twierdzenie o świecie nadprzyrodzonym oburza bezbożnych, szczególnie zjadliwie wyrażają się oni o umartwieniu, które nazywają zabobonem niegodnym człowieka. Gwałtownie występują przeciwko władzy Kościoła, a każde kościelne zarządzenie czy rozstrzygnięcie staje się im kamieniem obrazy. W tym wszystkim zdradzają pewien niepokój i nie mogą się pozbyć tej niemiłej świadomości, że jednak nie są tak nieomylni, za jakich chcieliby uchodzić. Przeczuwają, że za plecami mają wroga, który pewnego dnia zada im cios, w czym się istotnie nie mylą. Ten ostatni wzgląd może jeszcze najlepiej tłumaczy to zdenerwowanie, które ich znamionuje. Człowiek, który traci równowagę na wieść, że Matka Boska się objawiła w La Salette, widocznie nie jest pewny swych antyreligijnych przekonań; w przeciwnym razie odpowiadałby uśmiechem, a nie oburzeniem. Wszak nikt dobrowolnie nie pozbywa się dobrego humoru, owszem ratuje go, jak może.

 

Owocem powyższych stanów jest zaciemnienie sądu. Wszyscy ci ludzie poruszają się w ciemnościach, sami sobie z tego nie zdając sprawy. W tym zaślepieniu sami nie dostrzegają zła, które czynią, ani dobra, które mogliby zdziałać. Są ślepi na rzeczywisty stan swej duszy, na prawdziwość religii, na przymioty Boże i na zamiary Boga względem nich; w tej ślepocie idą ku swojej wieczności, z przepaską na oczach, by kiedyś przejrzeć, lecz może za późno.

 

«« »»

 

Nieszczęsny świat! Nic dziwnego, że możemy się wydawać dobrymi w zestawieniu z nim. Żeby uniknąć pokusy próżności, zwracamy swe oczy na garstkę ludzi pobożnych, lecz tu spotyka nas zawód. Spotykamy się z piątą postacią przewrotności świata.

Jest coś doprawdy szczególnie wstrętnego w przywarach ludzi pobożnych. Doprawdy przykro się robi, gdy zamiast pokory widzi się w nich pychę, gdy w miejsce powagi występuje płochość, gdy zamiast miłosierdzia dostrzega się w nich twardość i nieużytość, gdy są opryskliwe i gniewne bardziej może niż inni, skoro się ktoś im sprzeciwi lub stanie na zawadzie.

 

W tych uchybieniach jest coś tak wstrętnie brzydkiego, że wolelibyśmy niekiedy mieć już do czynienia z ciężkimi grzechami ludzi światowych.

 

ZAROZUMIAŁOŚĆ

W ich obramowaniu rzeczy święte zakrawają na komedię, a ludzie postępujący w ten sposób, zdają się żyć w jakimś miłym odurzeniu, że tego nie spostrzegają. Wzajemnie surowo się sądzą, lecz każdy z osobna kroczy dalej swą drogą. I właśnie widok tych ludzi budzi w nas nową pokusę próżności. Jeśli bowiem porównując się z ludźmi złymi, wywoływaliśmy u siebie przekonanie, że jesteśmy dobrzy, to porównanie z tymi niby dobrymi może obudzić w nas wiarę, iż należymy do dusz świętych. Ta myśl prześladować nas będzie tym uporczywiej, im gorliwszymi będziemy w służbie Bożej; zwłaszcza w chwilach modlitwy i umartwienia trzeba się mieć przed nią na baczności. Przyznaję, że jest to próba dość poważna, by się przedzierzgnąć w pokusę, że więc potrzeba się przeciw niej uzbroić w myśli, które by jej przeciwdziałały.

 

Przede wszystkim musimy pamiętać, że ludzie częstokroć bardzo sie różnią od tego, czym się zewnętrznie wydają, że więc prawdziwa nasza o nich wiedza jest bardzo uboga. Przy tym, choćby nawet chcieli dobrze, częstokroć potępia się ich słabości, nie zważając na ich strony dodatnie, gdyż zło bardziej rzuca się w oczy, aniżeli dobro. Zresztą do czego bylibyśmy zdolni my sami bez pomocy łaski? A przecie nie wysłużyliśmy jej sobie sami. Często nawet byliśmy jej niewierni, choć czuliśmy jej wołanie mocne i nieustanne.
Czy ważylibyśmy się twierdzić, że to samo odczuwali ci, których potępiamy? Któż to może wiedzieć? Żadne rozumowania nie naprowadzą nas na rzeczywisty stan rzeczy. A czym by ci ludzie zostali, gdyby im przypadły w udziale nasze łaski? Nie mamy żadnych podstaw do twierdzenia, że okazaliby się im mniej wierni, aniżeli my. Jeśli zaś chodzi o sprawy nadprzyrodzone, w jakże korzystniejszym położeniu się znajdujemy, mając za sobą tyle przeszłych doświadczeń w działaniu Boga na duszę. Czy doświadczenia podobne były ich własnością? Któż może nas o tym zapewnić? Czy zresztą nasz sąd o nich nie jest odosobniony? Sąd Boży nad ludźmi nie odbywa się masowo, każdy z nas stanie osobiście przed „wielką białą stolicą”, przed którą wszystkie księgi otwarte; podobnie jak Chrystus umarł za każdego z nas w ten sposób, jak gdyby nikogo innego nie było na świecie, tak też będziemy sądzeni, jak gdyby nie było innych podsądnych. Tymczasem pokusa nierzadko skłania nas do obierania zepsucia świata za miarę naszej doskonałości. Nieprawda, będziemy sądzeni wedle osobistych łask i świateł oraz stosownie do naszych czynów i celów, którym służyliśmy, będziemy skazywani lub uwalniani w dniu, który jedynie dzięki Bożemu miłosierdziu rozjaśni się nad wybranymi.

 

Podobnie jak nie znamy cudzej przeszłości, tak też i przyszłość innych jest przed nami zakryta; przeto gdy jeszcze do tego dodamy możliwe błędy w ocenie teraźniejszości, wali się w gruzy powaga naszego sądu. Ci, których sądzimy, mogą się nawrócić; kto wie, czy nie zostaną wielkimi świętymi? W zapale pokuty nietrudno im będzie nas prześcignąć i w cień odsunąć naszą doskonałość. Więcej umiłują, gdyż więcej im będzie odpuszczone. My, którym powierzono prowadzenie dusz, często zdumiewamy się, gdy nam się dostaje jakiś okrzyczany grzesznik, nad słodyczą jego usposobienia, nad charakterem dziecięcym, nad ujmującą delikatnością sumienia, która się taiła pod hardym pozornie i butnym wzrokiem, głosem, zachowaniem i osławionymi czynami. Znajdujemy w nich tyleż materiału na Świętych, ile u siebie materiału na szatanów. A przecie w najgorszym wypadku powinniśmy wiedzieć, chociażby z przyrzeczenia złożonego na chrzcie św., że świat jest wrogiem Boga. Dlatego nie powinno być dla nas niespodzianką to, przed czym nie tylko nas ostrzegano, ale też uzbrajano zawczasu.

 

Jeżeli chodzi o potępianie uchybień osób pobożnych, czyż nie jest to po prostu grzech raczej, aniżeli pokusa? Wszak nie jest ono naszym zadaniem. Nie nasza to sprawa. Gdyby świat stał się prawdziwie i na serio naszym nieprzyjacielem, moglibyśmy go sądzić wraz z Bogiem. Ależ to przecie nie ma zastosowania względem sług Bożych. Takie postępowanie byłoby szkodliwe dla nas samych, gdyż odrywałoby naszą uwagę od własnych dusz. Przede wszystkim jednak niepodobieństwem jest dla nas ocena ludzi pobożnych oraz ich postępu w doskonałości, częściowo dla przyczyn wyżej już wymienionych, częściowo zaś ze względów szczególnych. Życie bowiem duchowne jest w wielkiej mierze sprawą wewnętrznych pobudek i walk wewnętrznych. My zaś poznajemy tylko zewnętrzne pozory, przy czym wady bardziej się rzucają w oczy aniżeli cnoty. Jeden grzech, albo może i kilka, nie stanowi jeszcze o nałogu. Upadek może kogoś zaskoczyć niespodziewanie albo nawet wbrew woli. Stare nałogi często trwają mimo wewnętrznego nawrócenia, podobnie jak zapach po cuchnących płynach. Bóg zaś prowadzi ludzi w sposób tak rozmaity, że niemal tyle jest różnych możliwości, ile różnych twarzy i usposobień wśród ludzi. Aby poznać czyjś postęp, musielibyśmy znać jego wadę główną, a tej nie znamy. O wartości czyjejś cnoty rozstrzyga nie stopień łaski, jej udzielonej, ale stopień wierności, z jaką jej odpowiada. Sami nawet Święci miewali różne słabości. Słowem, jeśli miłość oznacza szerokie serce, to nie ma miłości bez szerokości serca. Nie ma na świecie człowieka, któryby nas czymś nie przewyższał; otóż miłość wierzy w tę wyższość i mimo wszystko, na co patrzy, skłonna jest raczej tę wyższość nad inne rzeczy rozszerzać.

 

Tyle o pokusie zarozumiałości. Nie powiadam, bym ją odparł zupełnie: wszak wyszedłem od zgodzenia się na nią. Lecz postarałem się dać jej równoważnik, który winien nas utrzymywać w równowadze i nie pozwalać nam zbaczać ze swej drogi.

 

ZNIECHĘCENIE

Chcę się teraz rozprawić z inną pokusą zniechęcenia, która polega na nieustannej, zawsze obecnej, przygnębiającej myśli o małej liczbie wybranych. Znów zgadzam się, że taka pokusa może się stać silna, byle tylko nie przesadzać w opisie tej siły; lecz postaram się ją tylko zrównoważyć.

 

Nie powinniśmy lekceważyć tej pokusy, gdyż często pochodzi ona z fizycznego usposobienia lub złego stanu zdrowia; dusze zaś nią dotknięte, nie zasługują na naganę, ponieważ nie sprowadziły jej same na siebie przez własną winę, ani też sztucznie jej nie powiększają, skoro się zjawi. Te same rzeczy, które w duszy oziębłej budzą zbawienną trwogę, – smucą, drażnią i przygnębiają duszę pobożną. Przeto jeżeli pokusę do uważania się za dobrych ze względu na przewrotność świata zaliczyliśmy raczej do grzechów aniżeli do pokus, to pokusa rozpaczy z powodu małej liczby wybranych jest raczej cierpieniem, aniżeli pokusą.

 

Droga, jaką ta pokusa wchodzi do duszy, jest – zdaje się – mniej więcej taka. W większości wypadków mamy tu do czynienia z odpowiednim podłożem na tle nerwów, cielesnych dolegliwości, nawału niepowodzeń doczesnych lub jakiegoś przygnębienia. Wówczas poczynamy obliczać widoki swojego zbawienia, jak gdyby to było w naszej mocy, co jest rzeczą niedorzeczną, a jednak budzi w nas taki pociąg, że niekiedy nie możemy się mu oprzeć. Więc porównywamy wielkość nagrody z nikłością naszych zasług; zestawiamy swoje postępowanie z wymogami prawa Bożego; mierzymy się ze Świętymi, by zaboleć nad swoją małością. I jakiż z tego owoc? Czy jest nim przekonanie, że należymy do dusz błogosławionych i wybranych? Czyż można w ten sposób w ogóle dojść do tego wniosku? Stan dusz zbawionych jest do pewnego stopnia nam znany; czy istotnie odczuwamy jego szczęście i czy w ogóle odpowiada on naszemu obecnemu smakowi? Z każdym krokiem ogarnia nas tu coraz gęstsza ciemność. Czy też rzeczywiście troszczymy się wciąż dostatecznie o zbawienie swych dusz? Czy nasze życie duchowne istotnie jest walką? Jeśli zaś tak, to przeciw komu?

 

Wówczas zdaje się nam, jak gdybyśmy się znaleźli naraz u stóp dzikich gór, nad brzegiem wzburzonego morza, którego bałwany przewalają się wśród nieustannego ryku. Tak przedstawia się nam odwieczne przeznaczenie dusz naszych zawarte w umyśle Bożym. Chodzi tu o pierwszy akt Boga w stosunku do nas. Jakże ten akt dla nas doniosły, jak już na pierwszy rzut oka ważny, a jak zupełnie przed nami zakryty! Wolność naszej woli bynajmniej nie zostaje przezeń zgwałcona, podobnie jak chmura nie została uszkodzona przez promień, który ją na wskroś przenika. A jednak jakże nie zadrżeć na samą myśl, że los nasz, który sobie gotujemy swymi czynami, jest już znajomy Temu, który nam wyznaczył należne nam miejsce w wieczności. Gdzieś jest już gotowe pewne mieszkanie, dotychczas niezajęte. Czeka ono na nas; ale gdzie? W górze? Na dole? Trzeba być równie twardym jak powierzchownym, by ta straszna wątpliwość nie wstrząsnęła człowiekiem, jak prąd elektryczny. I to na pierwsze wejrzenie, na pierwszy dźwięk. Pismo św. zdaje się mówić o małej liczbie wybranych i o trudności zbawienia, a nasze obecne spostrzeżenia to potwierdzają. Jakże niewielu zmierza swym życiem do nieba! Wolność woli jeszcze powiększa to zaniepokojenie. Czyż nie bylibyśmy bezpieczniejsi gdyby Bóg, ten Ojciec najlepszy, rządził nami bez naszego udziału? Lecz On wie, co czyni. Wprawdzie złożył losy naszej duszy w ręce nasze, lecz nie przestaje miłosiernie czuwać nad nami. Nasza wolna wola, pozbawiona łaski, musiałaby nas chyba przyprawić o rozpacz szatańską.

 

Nie będę usiłował rozwiać zupełnie tych groźnych refleksyj, pragnę je tylko złagodzić przez dwie uwagi. Przede wszystkim, jeżeli nie jest w naszej mocy przeniknąć przyszłość, to przecie możemy poznać dużo rzeczy obecnych. W sprawach duchownych lubi Bóg pouczać Kościół przez swoich Świętych, na których pismach przed kanonizacją Kościół niejako wyciska swą pieczęć. Otóż ci Święci wymieniają siedem objawów, które określają jako oznaki Bożego wybraństwa. Oznaczają więc one coś więcej aniżeli oznaki stanu łaski lub postępowania na drodze doskonałości. Stanowią one pewne jak gdyby proroctwa oczywiście niekoniecznie nieomylne, lecz dające podstawę do nadprzyrodzonej nadziei. Należą do nich te zjawiska, których się można spodziewać u wybranych, a nie u innych; zjawiska, znamionujące wybrańców Bożych, które według świadectwa wieków zawsze cechowały wybranych. Skoro więc odnajdziemy u siebie je wszystkie, lub choćby niektóre, mamy powody do odpowiedniej ich stopniowi pociechy. Należą do nich znamiona następujące: naśladowanie Chrystusa, nabożeństwo do Matki Najświętszej, dzieła miłosierdzia, zamiłowanie do modlitwy, dar wiary, nieufanie sobie i wspomnienie łask Bożych. Mówiąc o tych znamionach należy pamiętać, że nie tylko pełne ich posiadanie, lecz samo już szczere ich pragnienie i poważne staranie się o nie jest oznaką wybraństwa. 

(…)

Nie jest to jeszcze, rzecz jasna, zupełna odpowiedź na naszą pokusę, lecz nowy sposób zapatrywania się na nią. Módlmy się o dar świętej i rozumnej bojaźni. Dalej zaś postępujmy z radością, dodając łaskę do łaski, miłość do miłości i nie wątpmy o szczęśliwej wieczności. Niebo prędko stanie się naszym udziałem. Pokusy rodzą się z niecierpliwości, że nie następuje to prędzej. Ale wola Boża. Z naszej strony będzie to aktem miłości ku Bogu, że nie zechcemy wcześniej widzieć pragnień naszych spełnionymi i dla miłości Jego gotowi będziemy żyć dalej.

 

Życie jest trudem; lecz nie powinno nas zniechęcać; nie przeszkadza nam bowiem miłować Boga już teraz, a kto kocha, temu słodyczą są wszelkie trudy.

 


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935

 

Tagi:

Skomentuj