Trzy stany życia duchowego, Cz. 2 – ZMĘCZENIE

2. Tak się przedstawia nasza walka i owych siedmiu nieprzyjaciół, z którymi ona toczyć się winna. Drugim z wymienionych przeze mnie czynników naszego stanu zwyczajnego jest zmęczenie. Oznacza ono coś więcej niż owo błogie uczucie osłabienia.

Jeśli nawet występuje ono czasem w postaci tego przyjemnego osłabienia, to stokroć częściej zjawia się jako nużące i przykre utrudzenie. Zmęczenie bowiem, o którym mówię, jest skutkiem walki, przed chwilą przedstawionej. Polega ono, po pierwsze, na ogólnym wyczerpaniu, spowodowanym przewlekłą walką; po wtóre, na niesmaku i nudzie, jakie zwykły w nas wtedy wywoływać rzeczy święte; po trzecie, na rozdrażnieniu, płynącym nie tylko z częstych upadków, lecz i z dokuczliwości, związanych z walką; po czwarte, na przygnębieniu, zwłaszcza gdy pomoc łaski mniej odczuć się daje; po piąte, na utracie pewności wytrwania, która nie jest jeszcze rozpaczą, gdyż nie ustajemy w pracy, lecz wykonywamy ją resztkami woli, podtrzymywanej przez łaskę, bez wiary w zwycięstwo i bez energii stąd płynącej.

To zmęczenie daje się we znaki zarówno podczas walki jak i po jej skończeniu, a ponieważ jego brzemię pcha nas do obrazy Bożej i do nierozumnego szkodzenia sobie, warto wyrobić sobie jasne o nim pojęcie i zgłębić jego przyczyny.

Tych przyczyn jest siedem, każda z własnymi doświadczeniami, niebezpieczeństwami i pokusami.

WOJNA

Pierwszą z nich bywa ona ciągła wojna, jaką życie duchowne wydaje naturze. Mam tu na myśli nie same tylko dobrowolne umartwienia, choć i te należy wziąć w rachubę. Cokolwiek czynimy w życiu duchownym, wszystko sprzeciwia się woli i skłonnościom naszej zepsutej natury.

Nie ma przyjemności, której byśmy mogli oddać się bez zastrzeżeń. I odwrotnie, nie ma duchownej pociechy, która by nie była mniej lub więcej przykra biednej ludzkiej naturze.

Jakąż pociechą jest modlitwa, a przecie nie masz dla natury nudniejszego zajęcia. Nasze gusta, zachcianki, upodobania, popędy, – wszystko, za czym gonimy, przed czym uciekamy, zostaje pokrzyżowane przez chęć zostania świętym.

Ilekroć przyrodzone skłonności śpieszą nam w pomoc, patrzymy na to nieufnie, wietrząc jakiś podstęp, a gdy nawet nimi się posłużymy, robimy to opryskliwie, w sposób nieprzychylny.

Sama też nasza działalność przyrodzona, nad którą – zdawałoby się – nie ma nic nam bliższego, musi po części uchodzić za naszego wroga, ponieważ zakłóca spokój naszego obcowania z Bogiem i wiedzie do wielu nieroztropności.

Straż zmysłów, choćby w stopniu bezwzględnie koniecznym, to jarzmo, pod które natura tylko niechętnie skłania głowę.

Słowem, w miarę jak łaska nami owłada, brzydnie nam własna natura i całe w ogóle stworzenie. Sprawdza się to u Świętych i ekstatyków. Ich cierpienia, choroby i niewytłumaczony pozornie stan zdrowia, to jeno refleks ich stanów mistycznych i nadprzyrodzonych.

Zdaniem teologii mistycznej, cały nasz system nerwowy i pokarmowy doznaje zaburzeń, ilekroć w duszy zapanuje łaska, zwłaszcza, jeśli się prowadzi życie kontemplatywne i wewnętrzne. Objawy tych zaburzeń dają się dostrzec już przy rozpoczęciu życia duchownego, skoro się doń bierzemy na serio, co musi spowodować zmęczenie. Samo nieustanne wiosłowanie pod prąd męczy nas i wyczerpuje. Natura zaś nie zna pokoju ani rozejmu, wyjąwszy chwile zachwycenia, a nawet i wtedy – jeśli mamy wierzyć Świętym – mści się ona srogo za te krótkie chwile zachwytu, skoro przeminą.

NIEPEWNOŚĆ

Inną przyczyną zmęczenia jest owa niepewność, w której nas zostawia pokusa, czyśmy przyzwolili na nią, czy nie. Chodzić omackiem i szukać drogi w ciemności, to rzecz męcząca. Promyk światła łagodzi zmęczenie. Ale gdy wątpliwość nas gryzie, czyśmy obrazili Boga czy nie, czy ta lub owa czynność sprzeciwiała się naszym ślubom i postanowieniom, tracimy dawną rześkość.

Gdy zwyciężymy, nie rozpala się nad nami gwiazda zwycięska, by wieść nas do nowych bojów, a nawet w razie przegranej lepiej by nam było spojrzeć w twarz rzeczywistości niż chybotać w grzęzawicy przypuszczeń. Czym jedna mila drogi w upale i kurzu wobec dziesięciu mil w dogodnych warunkach, tym dla nas jest owa niepewność po ustąpieniu pokusy. Jej owocem zmęczenie i wyczerpanie.

JEDNOSTAJNOŚĆ

Trzeciej przyczyny zmęczenia należy szukać w jednostajności codziennych walk. Monotonia nuży. Jest ona postrachem więzień, chociażby skądinąd wygodnych i przestronnych. Cóż z tego, że słońce nam leje potoki światła przez okno, że wietrzyk poranny zawiewa, że bzy ogrodowe trzęsą się od ptaszęcego świegotu; cóż nam z tego, że na chwilę zapomnimy, gdzie jesteśmy i co nas czeka, – skoro na myśl o naszym położeniu, o tej przyszłości bez jutra, serce zamiera nam w udręce i bólu, mimo że jesteśmy wyspani i niczego nam nie brakuje.

Podobnie bywa w życiu duchownym. Pytamy się trwożnie: Czy walka ta nigdy się nie skończy? Czy wiecznie dźwigać będziemy jej ciężar? Czy to napięcie nigdy nie zelżeje? Więc ani na chwilę nie odetchniemy swobodnie? – A kiedy na te pytania przyjdzie dać krótką odpowiedź: Niekiedy, wprost nieznośnym się staje to nieustanne odnawianie z dnia na dzień, z godziny na godzinę, dawnych zmagań. Wystarczy wziąć jakąkolwiek wadę – na przykład nieopanowanie języka lub niegodne rozkoszowanie się jedzeniem lub piciem – ileż wstrętu, ile wewnętrznych buntów zgnieść trzeba, zanim się ją zwycięży.

BRAK POWODZENIA

Czwartą przyczyną zmęczenia jest brak proporcji poczynionych postępów do długości czasu, na nie zużytego. W powodzeniu zapomina się o zmęczeniu. Zapał podnosi nas i dostarcza świeżych sił naturze, otwierając jakieś tajemnicze złoża energii, spoczywające w jej łonie, które zwykły wydobywać się dopiero w walce śmiertelnej. Przeciwnie, brak powodzenia rodzi zmęczenie. Poza tym żółwi krok więcej męczy niż raźny marsz.

Na górnych pokładach okrętu widuje się nieraz ludzi, przemierzających szybkim krokiem niewielką przestrzeń, gdyż powolny bieg statku wywołuje apatię i znużenie. Widok ten jest obrazem uczuć duszy. Szczupłość postępu wydziera nam wszelką naturalną pociechę.

Nasz umysł winien być na wskroś przesycony nadprzyrodzonymi zasadami, by mógł pojąć, iż jedna zła myśl odtrącona, jedno nieprzyjazne uczucie zręcznie uchylone, jedna niska zazdrość wykorzeniona, jedno dziękczynne wejrzenie ku Bogu w chwili nieszczęścia – to milowe kroki na drodze postępu; każdy taki krok więcej dla nas wart niż cały świat, gdyż na nim to spoczęło Boże upodobanie i sam Bóg mógł nas do niego uzdolnić.

Ale my zazwyczaj, niestety, z trudnością zwracamy się do zasad nadprzyrodzonych, gdy jesteśmy zmęczeni i dlatego to powolność naszego postępu tak nas zniechęca.

Cisza na morzu działa zabójczo, choć nie wymaga żadnego wysiłku z naszej strony. Piąć się na szczyty Parnasu, gdy wicher dmie w oczy i deszcz zacina w policzki jest rzeczą znośniejszą, niż stać bezczynnie dzień cały w zatoce Korynckiej, mimo iż piękno jej krajobrazu byłoby zdolne sycić nasze oczy całymi tygodniami.

CZUJNOŚĆ

Szeroki zasięg czujności, jakiej się od nas domaga życie duchowne, stanowi piąte źródło zmęczenia. Nie tylko zawsze musimy być na pogotowiu, ale nasze baczenie musi się rozciągać na wiele rzeczy. Jeżeli można nieraz mówić w życiu duchownym o skoncentrowaniu się, to tutaj o takiej koncentracji nie ma mowy. Jeszcze najbardziej zbliża się do niej rachunek sumienia szczegółowy nad pewną określoną wadą, będący jedną z najpomocniejszych i najskuteczniejszych praktyk w życiu duchownym. Jednak i przy nim nie można mówić naprawdę o koncentracji, gdyż nie ześrodkowanie uwagi, które pomija inne rzeczy, ale jej skupienie na pewnym błędzie bez pomijania innych utrzymuje nas w czujności, uzdalnia wzrok do uchwycenia każdego poruszenia i zaostrza słuch na każdy szmer. Któż jednak powie, że szczegółowy rachunek sumienia nie męczy? Szczęśliwy, kto chociaż przez miesiąc pozostał mu wierny.

Prawdziwa czujność jest sama z siebie męcząca: lecz co będzie, jeśli do niej dodamy wszechstronność i nieustanność?

A jednak takiej czujności niezmordowanej potrzeba, by się obronić przed światem, ciałem i szatanem. Swoboda ducha to wielki dar. Uwalnia on od wielu trosk. Lecz biada temu, kto sobie roi, że będzie kiedykolwiek wolny od obowiązku czuwania!

NIEUSTANNOŚĆ PRACY

Szóstą przyczyną zmęczenia bywa sama nieustanność pracy, różniąca się nieco od trzeciej przyczyny. Nieustanność to niezupełnie to samo co jednostajność. Praca, skądinąd zajmująca, męczy, gdy się przeciągnie nad miarę; praca zaś życia duchownego ciągnie się w nieskończoność, a jej jarzmo jest ustawiczne. Wprawdzie zmęczenie to jest łatwiejsze do zniesienia niż inne, gdyż pociechę nam sprawia myśl, że tak długo wytrwaliśmy. Jednak i ono utrudnia nam wytrwanie. Czując bowiem zmęczenie obecne nie obiecujemy sobie, by w przyszłości miało być inaczej. Przed nami otwiera się perspektywa pracy przez całe życie; pracy krótszej lub dłuższej, zależnie od tego, kiedy Bóg zechce nas od niej odwołać, ale pracy nieustannej. Bo walka życia duchownego nie zna, co to urlop lub emerytura.

WYCZERPANIE

Siódmym źródłem zmęczenia jest wyczerpanie. Czujemy się zmęczeni, ponieważ nie znajdujemy w sobie sił; to zaś wywołuje pewnego rodzaju ospałość, groźną dla duszy. Nic nas nie wzrusza. Stajemy się niewrażliwi na uczucie własnej niegodności, na grozę grzechu, na chwalebne pragnienie Boga i zjednoczenia się z Nim. Jesteśmy na kształt strzaskanych skrzypiec, z których żadne dotknięcie smyczka nie wyczaruje cudnych dźwięków. Nasz stan przypomina ono umiecione i ozdobione serce, o którym mówi nasz Zbawiciel, iż wstępuje w nie siedmiu szatanów gorszych od tego, który był wyrzucony.

Jedynym lekarstwem na takie zmęczenie jest zwiększenie zajęć. Przeciążonemu duchowi trzeba jeszcze dodać ciężaru. Ten środek wymaga wiary. Tylko nacieranie śniegiem zdoła wywabić mróz z przemarzłych członków żeglarza Północy. Przykry to zabieg, ale skuteczny. Podobnej kuracji potrzeba zmęczeniu, płynącemu z wyczerpania sił.

Jeśli nie przyłożysz zajęć, choćby to miało uniemożliwić spoczynek, wywołać gniew czy nawet bunt – niebawem staniesz wobec niebezpieczeństwa całkowitego opuszczenia się w służbie Bożej.

Oto siedem rodzajów naszego zmęczenia; niemal lęk we mnie budzi to, co napisałem. Lękam się, że cię to zniechęci. Niestety, nie najszczersza to przyjaźń, która maskuje różowym światłem skaliste i dzikie partie krajobrazu życia duchownego. Nie trzeba wyobrażać sobie całkowicie łatwym tego, co Bóg uczynił najtrudniejszym.

Ale też należy pamiętać, iż to tylko jedna strona medalu i to ciemniejsza. Zatrzymałem się nad nią dłużej, ponieważ należało ją uwypuklić w tym miejscu; wypadła ona tak ciemno dlatego, że umyślnie wybrałem moment, gdzie Bóg pozbawia duszę zupełnie uczuciowej słodyczy i pociechy wewnętrznej.

W rzeczywistości jednak rzadko się to zdarza, a może i nigdy; z pewnością zaś nigdy, jeśli chodzi o dusze, którym Bóg nie udzielił pierwej ogromnych zasobów odwagi, męstwa i wytrwałości lub też szczególnego powołania do chodzenia drogą czystej wiary.

W rozdziale o lenistwie duchowym podam środki uniknięcia niebezpieczeństw, związanych ze stanem zmęczenia. Na razie poprzestaję na przestrodze, że

radości życia duchownego szczodrze wynagradzają przykrości zmęczenia, że więc w żadnym wypadku nie powinniśmy się zwracać po osłodę i pociechę do stworzeń, chociażby rzeczy Boże zdawały się budzić w nas jedynie przesyt i nudę. Następstwa tego kroku byłyby straszne. Rzekłbym, wprost nieuleczalne.

Ale patrzyłem na rzeczy, które wykazują, iż w życiu duchownym nie masz nic nieuleczalnego.

Jako taki okaz choroby nie do uleczenia zwykło się podawać zakonnika oziębłego. Lecz wiem, że i te wypadki są uleczalne, gdyż bywały leczone. A jeśli tak, to cóż może być nieuleczalnego?

Trzy stany życia duchowego, Cz. 1 – WALKA

O. Faber – POSTĘP DUSZY


O. Fryderyk William Faber, Postęp duszy, czyli wzrost w świętości. Z oryginału angielskiego przełożył ks. Wacław Zajączkowski SI, Kraków 1935.

Skomentuj