Trzy stany życia duchowego, Cz. 1 – WALKA

Wszystko na świecie miewa sobie tylko właściwy początek i koniec, między którymi istnieje stan zwykły, nadający każdej rzeczy jej własne oblicze, wyrażający jej istotę i myśl jej przewodnią. Wszelako zjawiska życia duchownego zdają się zadawać temu kłam. Na pierwszy rzut oka można by sądzić, iż nie ma w nim stanu zwyczajnego, lecz jest ciągła odmiana, nieustanne pięcie się wzwyż po to, by tam na górze spotkać się z rozczarowaniem, z zawodem rozumnych i słusznych nadziei.(…)

 

Jednak, mimo wszystko, życie duchowne posiada również swój okres normalny, którego poznanie dużo nam pomoże. Polega on na nieustannej wymianie trzech stanów, które raz występują po sobie kolejno, raz znowu jednocześnie, w dwójkę lub trójkę, jawią się w naszej duszy. Te trzy stany to: walka, zmęczenie, spoczynek, z których każdy posiada swego satelitę, ślącego mu światło w burzliwe noce jego rewolucyj. Dla walki takim satelitą jest cierpliwość. Zmęczenie wnosi niebezpieczeństwo powodowania się ludzkimi względami. Spoczynek zaś wymaga umartwienia, bez którego nigdy nie można oka zmrużyć bezpiecznie. W tym więc rozdziale opiszę owe trzy periody, składające się na stan normalny, w trzech zaś następnych rozdziałach rozpatrzę ich księżyce czyli satelitów: cierpliwość, wzgląd ludzki i umartwienie.

 

WALKA

1. Najpierw walka. Teoretycznie zdawałoby się, iż nie ma tu żadnych trudności, w praktyce jednak nie tak łatwo jest z nią sobie poradzić. Jeśli jest jakiś punkt co do życia duchownego, na którym by cała tradycja Powszechnego Kościoła schodziła się harmonijnie, to jest nim zdanie, iż stanowi ono walkę, zapasy, bojowanie, jakimkolwiek byśmy je mianem ochrzcili. Bez wątpienia. Niespełna zmysłów musiałby być człowiek, któryby w to wątpił. Stwierdza to rozum, stwierdza powaga, stwierdza doświadczenie.

Lecz spójrzmy, jak kłopotliwe dla nas wynika położenie z tej powszechnie przyjętej przesłanki. Każdej chwili dnia wisi nad nami pytanie:

Czy moje życie religijne istotnie jest walką? Czy ja to odczuwam? Przeciw czemu ja walczę? Czy dostrzegam mego wroga? Czy odczuwam ciężar jego nieprzyjaźni? A jeśli me życie nie okazuje się walką, czy może być ono duchownym? Lub raczej, czy nie padłem ofiarą powszechnego złudzenia o łatwej pobożności i nieumartwionej zniewieściałości? Jeśli nie walczę, jestem zwyciężony, a gdybym walczył, to zdawałbym sobie z tego sprawę.

Oto poważne pytania, które winniśmy sobie stawiać i napełniać się grozą, jeśli w pewnej chwili nie uzyskamy zadawalającej odpowiedzi. Błogosławiona to groza! Jakże szczęśliwe skutki wnosi ze sobą w życie duchowne!

 

A jednak w czasach dzisiejszych zdawać by się mogło, że jesteśmy kalekami świętości; całe duchowne kierownictwo wysila się w celu otoczenia ciszą naszego łoża, jak gdyby przedłużanie naszego snu było rzeczą pożądaną; maleńki stoliczek stoi w pobliżu, zaopatrzony bogato w środki nasenne przeciw wszelkim skrupułom, jak gdyby nie było prawdą, że te skrupuły bywają często, podobnie jak rosnąca drażliwość chorego, oznaką powracających sił. Czyżby więc zwykłe otrząśnięcie się z co grubszych grzechów śmiertelnych miało być szczytem świętości naszego wieku, przynajmniej dla osób w świecie żyjących?

(…)

Lecz na czymże ma polegać nasza walka?

Na pięciu rzeczach, z których każdej, jeśliby czas pozwolił, warto poświęcić osobny rozdział.

Sama utarczka z wrogiem stanowi tylko jedną z nich. Jak z tego widać, żądanie niezbyt wygórowane. Inni bowiem powiedzieliby, że całe życie chrześcijańskie jest nieustannym ucieraniem się, ciągłym zmaganiem się z wrogiem bez przestanku, co jako perspektywa życiowa mogłoby niejednego przyprawić o zniechęcenie. Dlatego też nazywam to życie stanem walki, gdzie aktualne starcie z wrogiem ma charakter przejściowy.

Drugą czynnością, podobnie jak przy wyprawie wojennej, są zajęcia przygotowawcze tego rodzaju, jak rozpinanie namiotów, czyszczenie oręża, gromadzenie opału, przyrządzanie posiłku, zbieranie wiadomości czyli służba wywiadowcza.

W życiu duchownym istnieją, po trzecie, również prace, które by można porównać z marszem forsownym wojska. Gdy więc na zapytanie, czy walczysz, dasz odpowiedź: Nie, gdyż stopy marszem strudzone, jeszcze nie odpoczęły, – będę zadowolony i już cię nie będę zaczepiał. Także i na wyprawach wojennych jest czas biwakowania, który również liczy się do walki w szerszym znaczeniu.

Po czwarte, trzeba mieć upatrzonego nieprzyjaciela. Nie znaczy to, by natychmiast rozpoznawać go na pierwszy rzut oka. Występki nieraz idą na przeszpiegi w przebraniu cnoty. Dlatego trzeba je mieć na oku, by umieć odpowiednio wobec nich postąpić. Mobilizować wszystkie swe siły po to, by się dopiero za wrogiem oglądać, to nie jest, mym zdaniem, sposób roztropnego prowadzenia walki duchownej.

Wreszcie, po piąte, trzeba, żeby nieustannym wykonywaniem którejkolwiek z tak pojętych żołnierskich czynności wytwarzała się zdolność pełnienia naszej powinności w życiu duchownym. Jeśli na polu bitwy nie poczujesz się w innym usposobieniu, niż w czasie spoczynku, nie staniesz na wysokości zadania. Dlatego też w skład walki musi wchodzić tych pięć czynników.

 

Lecz zapyta kto, przeciw jakim to wrogom ma się toczyć nasza walka?

Jest ich siedmiu, a opisanie każdego z nich wymagałoby osobnej rozprawy. Musimy więc załatwić się z nimi w kilku zdaniach.

GRZECH

Przede wszystkim walczyć musimy z grzechem, a to nie tylko podczas nacierania pokusy, lecz w każdej chwili, przeciwstawiając się złym nałogom, które nam po dawnych grzechach zostały i tej słabości, którą wnosi pamięć poniesionej porażki.

Przyczyną, dla której ludzie często niespodziewanie popadają w grzechy ciężkie, nie zawsze są gwałtowne pokusy i brak przeciwstawiania się im, lecz brak liczenia się z tym ogólnym osłabieniem moralnym, które po sobie zostawił dawno odpuszczony grzech.

POKUSY

Po wtóre, wojować musimy z pokusami, nacierając z odwagą niezwykłą, gdyż chodzi tu nie o wroga, któryby pierzchał po pierwszym przełamaniu linii, lecz o takiego, który tym większy stawia opór, im głębiej się w ten wyłom zapuszczamy. Najsłabsze są pierwsze pokusy, jeśli pominiemy te, które nas odciągają od zupełnego oddania się Bogu. Następne przybierają na sile.

Natarczywość naszych pokus zdaje się wzrastać równocześnie z postępem w łasce. Najuporczywsze zostają na koniec. Tym pretorianom szatańskim przyjdzie nam może wydać pojedynek w ostatniej godzinie, gdy znużeni i bladzi zalegniemy śmiertelne posłanie. Z tą myślą się nie rozstawajmy, ilekroć nadymać nas będzie świadomość odniesionego zwycięstwa czy przytłaczać zniechęcenie na widok nikłości jego wyników. Zwycięstwo odniesione niczym jest wobec zwycięstwa przyszłego. Jednakowoż zwycięstwo jest zawsze zwycięstwem.

TRUDNOŚCI ŻYCIOWE

Trzecim naszym wrogiem są trudności życiowe, które podobnie jak pokusy, rosną w miarę naszego postępu. Zapuszczamy się w kraj coraz przykrzejszy. Dostrzegamy zło tam, gdzieśmy go dawniej nie przeczuwali. Unikać zatem musimy więcej rzeczy, niż dawniej. Porywamy się na większe sprawy i wspinamy się na szczyty wyższe. Wszystko to pociąga nas wprawdzie. Lecz w stosunku do wzniosłości celów rośnie ich trudność.

Świętość domaga się takich prób, jakich nie zna łatwizna życia, zalecana przez świat jako uroda życia. Same doświadczenia wewnętrzne zdolne są zapełnić całe życie bohatera świętości. Scaramelli poświęcił im całe dziełko. Jedni doznają ich w większej, drudzy w mniejszej mierze. Co zaś należy pamiętać, to fakt, iż nie stanęliśmy jeszcze w obliczu największych prób. Dlatego nie wolno nam jeszcze otrębywać zwycięstwa, skoro walka dopiero zaczęta.

 

WADY

Ostrze naszej walki po czwarte, winno się zwracać przeciw zmieniającym się wadom. Z natury bowiem skłonni jesteśmy zbyt łatwo spoczywać na laurach cnoty, zdobytej z pewnym wysiłkiem. Z niechęcią schodzimy z drogi, po której szło się nam wygodnie. Tymczasem wszelkie udoskonalenia narzędzi pracy wymagają więcej wysiłku ze strony robotnika. Dawidowi tak niewygodną się zdała świetna zbroja Saula, że chętnie zamienił ją na strój pasterski i swoją starą procę. To samo powtarza się u nas. Obieramy pewien sposób działania przeciwko sobie samym, zdobywamy się na pewien rodzaj nienawiści samych siebie, przyzwyczajamy się do pewnej surowości względem siebie. Niełatwo nam to przyszło, ale też zdobywszy się na to raz, cieszymy się względnym spokojem.

Tymczasem jednak z wiekiem, czy wskutek okoliczności zewnętrznych lub wewnętrznych przełomów nasze wady zmieniają front i trzeba odpowiednio do tego dostosować taktykę. Trudność dokonania tego zwiększa i ta okoliczność, że często przesunięcia naszych wad są ledwo dostrzegalne. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z naszych przemian wewnętrznych; zdarza się w takich razach, że pilnie baczymy na rzeczy mniejszej wagi, a lekceważymy te, którym trzeba by baczniejszą poświęcić uwagę; toteż bywa, że umartwiając, według swego przekonania, jakąś dawną namiętność, właściwie idziemy na rękę namiętności, świeżo powstałej. Wpadamy w zasadzkę.

Choćbyśmy żadnej innej szkody przy tym nie ucierpieli, samo zmylenie nas i wciągnięcie do walki z wiatrakami stanie za wszystko. Z tym musimy się liczyć.

NIEDOSKONAŁOŚCI

Uprzykrzone niedoskonałości są piątym naszym nieprzyjacielem. Walka z nimi nie jest niebezpieczna ani chlubna, ale za to męcząca, znojna i przykra. Pewne przywary, zda się, posiadają żywotność wprost nadprzyrodzoną, mimo naszych poważnych i wytrwałych starań nie ustępują. Zastarzałe niedbalstwo przy różańcu czy godzinkach, drobne nieumartwienie w pokarmach, użycie pewnych wyrażeń, uchybienia przeciw skromności w ułożeniu i przeciw skupieniu – to tylko próbki tych przywar. Przykro pomyśleć, że jęczymy w niewoli rzeczy tak drobnych, jest to zarazem próba naszej wiary i naszego hartu.

Jednakowoż Bóg dozwala niekiedy, by nasza walka z nimi została płonną, ażeby pod ich nalotem nasza pobożność tym bezpieczniej się skryła przed okiem drugich, którzy by mogli ją zwarzyć swymi pochwałami, lub żebyśmy czuli oścień w ciele naszym, według słów Apostoła, a tak zachowali się w pokorze i w szczerej pogardzie dla siebie samych. Nieraz łaska kryje się w cieniu niedoskonałości, które często nie tyle są grzeszne i obrażające Boga, ile raczej upokarzające nas i śmieszne. Zazwyczaj nużąca ta walka z naszymi niedoskonałościami nie kończy się nawet z Ostatnim Namaszczeniem. Ustaje ona dopiero z naszą śmiercią, wówczas gdy odchodzimy na łono naszego wyrozumiałego Ojca, który jest w niebiesiech.

 

BRAK ŚWIATŁA BOŻEGO

Szóstym naszym przeciwnikiem w tej walce bywa brak światła Bożego i innych odczuwalnych pomocy, który jest oczyszczającym nas doświadczeniem lub karą za niewierność. Przypomina on nieco zmaganie się Jakuba z Bogiem, z tą tylko różnicą, że tu trzeba walczyć jednocześnie z Bogiem, z szatanem i z sobą samym.

Podczas bowiem gdy Bóg usuwa swą odczuwalną pomoc, szatan napastuje nas z wzmożoną wściekłością, my zaś sami poddajemy się uczuciu zranionej miłości własnej i zniechęcenia. Dzieje się z nami to, co z Izraelitami w Egipcie: cegieł do zrobienia więcej, a słomy na nią mniej, niż przedtem. Tak przynajmniej się nam zdaje. Bóg jednak jest z nami, gdy tego najmniej się spodziewamy. W przeciwnym razie nie obronilibyśmy naszych stanowisk. Wszelako trudno jest nam ogarnąć tę prawdę szczerą i prostą wiarą, skoro uczucie i nastrój mówi co innego. Na szczęście, walka ta nie ciągnie się w nieskończoność. Przychodzi i mija; gdybyśmy od początku nawykli widzieć w niej wyraźne nawiedzenie tajemniczej miłości, przyjmowalibyśmy ją bardziej po męsku i po rycersku, niż to obecnie czynimy. Zazwyczaj wyczerpujemy się w gwałtownych szamotaniach, by zastygnąć w bezwładzie nieporadnej rozpaczy.

Dąsanie się na Boga jest wypadkiem nadspodziewanie częstym w życiu duchownym. To pretensjonalne usposobienie podcina skrzydła niejednej modlitwie i kazi niejedno mężne umartwienie. Szczęśliwy, kto tę walkę z Bogiem odbędzie bez narzekań podczas modlitwy, w pełnym skupienia szacunku, a jednak z nieugiętą wolą odniesienia zwycięstwa.

 

SPOUFALENIE

Tu spotyka nas siódmy wróg, z którym wypadnie nam walczyć. Jest nim spoufalenie, zwłaszcza spoufalenie się z trzema rzeczami, z modlitwą, z Sakramentami i z pokusą.

Powiedziałem, że straszną jest rzeczą mieć sprawę z Bogiem. Miłość Boża jest przedsięwzięciem równie śmiałym jak trudnym. Tylko współczucie Boga dla naszej słabości mogło uczynić przykazanie z tego, co w sobie było niewymownym przywilejem. Zawsze to trudno jest kochać gorąco i czule, a przy tym nie uronić nic z uszanowania. Zazwyczaj bowiem niewłaściwa poufałość wkrada się do miłości i kazi ją.

W modlitwie ujawnia się ona w zaniedbaniu przygotowania, w używaniu słów nieopatrznych, w niedbałej postawie, w bezmyślnych wykrzyknikach, w jękliwym zawodzeniu oraz w lekkomyślnym posługiwaniu się modlitwami Świętych. Wszystko to razi nieznośnym poufaleniem się z Bożym Majestatem. Spoufalenie to wzrasta. Za przyzwyczajeniem idzie otrzaskanie się, a potem niechlujstwo.

Otrzaskanie się z Sakramentami polega na chodzeniu do spowiedzi po ledwo pobieżnym przeglądzie sumienia, z przelotnym tylko uczuciem skruchy, bez dziękczynienia i należytego przejęcia się duchem pokuty; jak gdybyśmy byli uprawnieni do jakiejś swobody wobec Krwi Najświętszej.

Spoufalenie się z Tajemnicą Ołtarza objawia się w uczęszczaniu do Stołu Pańskiego bez pozwolenia lub z pozwoleniem wymuszonym, a bez należytego przygotowania i stosownego dziękczynienia, jakby istotnie całe nasze życie wyglądało na godne przygotowanie i samo starczyło za godne dziękczynienie, a prawdziwa wolność ducha zależała na lekkim traktowaniu Najświętszego Sakramentu.

Spoufalenie się z pokusami przytłumia nasz wstręt do brudu, który wnoszą, naszą sumienność i pośpiech w ich odpędzaniu, naszą do nich odrazę, naszą wobec nich grozę – uważamy się za tak utwierdzonych w pewnych cnotach, że wszelkie przeciw nim wykroczenie wydaje nam się czymś nie do pomyślenia.

Te poufałości podchodzą nas równie niepostrzeżenie, jak sen morzący znienacka. Zżywamy się z nimi i coraz trudniej przychodzi nam myśl o wyzbyciu się ich i strząśnięciu ich z siebie. W takich razach jedynym dla nas lekarstwem jest nie tyle rozważanie o piekle i czyśćcu (choć samo w sobie zbawienne), ile raczej częste uświadamianie sobie czcigodnych przymiotów Bożych. Gdyby ten oścień świętej bojaźni uwięznął na zawsze w naszym ciele, jakże wyanielałoby nasze życie!

 

O. Faber – POSTĘP DUSZY


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. Z oryginału angielskiego przełożył ks. Wacław Zajączkowski SI, Kraków 1935.

 

Skomentuj