Nauka Katolicka

„Twierdza wewnętrzna” – św. Teresa od Jezusa (mieszkanie VII -ostatnie, cz.1)

Rozdział I

(…)

3. Gdy Pan ulituje się już nad tą duszą, która z tęsknoty do Niego taką mękę cierpiała i cierpi, a którą już sobie wybrał za oblubienicę, wtedy, nim dopełni duchowych z nią zaślubin, wprowadza ją do tego siódmego mieszkania, które jest Jego własnym mieszkaniem.

Podobnie bowiem jak mieszka w niebie, tak snadź ma w duszy drugie mieszkanie, w którym Jego boska wielmożność przebywa, które zatem możemy nazwać jakby drugim niebem. Łatwo stąd zrozumiecie, siostry, jak wiele na tym zależy, byśmy, dlatego że nie widzimy duszy, nie wyobrażały jej sobie jakby jakąś masę ciemną. Pospolicie ludzie widzą tylko tę światłość dzienną, która ich zewnątrz oświeca, a nie wiedząc o tym, że jest inna światłość wewnętrzna, która oświeca duszę, wnoszą, że w duszy muszą panować pewne ciemności.
Że ciemno jest w duszy, nie żyjącej w stanie łaski, tego nie przeczę. Nie dla braku światła, gdyż Słońce Sprawiedliwości jest w niej, ale ona uczyniła siebie niezdolną, by mogła ogarnąć światłość, jak o tym, jeśli dobrze pamiętam, mówiłam w mieszkaniu pierwszym. Znam osobę, której było dano oglądać w widzeniu duszę w stanie grzechu śmiertelnego. Widziała tę nieszczęsne duszę, pogrążoną jakby w ciemnym lochu, związaną za ręce i nogi, niezdolną uczynić nic dobrego, co by miało zasługę przed Bogiem, i ślepą i niemą. Słusznie więc powinnyśmy się litować nad taką niedolą grzeszników, nie zapominając przy tym, że był czas, kiedy i my w podobnym stanie żyłyśmy i że nad nimi także może Pan jeszcze okazać miłosierdzie swoje, jak je okazał nad nami.

4. O to Go, siostry, ustawicznie błagajmy i niech ten będzie główny cel i przedmiot modlitw naszych. Modlić się za dusze w grzechu śmiertelnym leżące, prawdziwie to wielka jałmużna i uczynek w najwyższym stopniu miłosierny. Przedstawmy sobie człowieka, okutego w ciężkie kajdany, przywiązanego za ręce do słupa, umierającego z głodu, nie iżby mu brakło pożywienia, owszem, ma je tuż pod bokiem i wyborne, ale mając ręce związane, sięgnąć po nie i do ust go podnieść nie może. I tak mdlejąc od nieznośnej czczości we wnętrznościach, już kona, już prawie umiera. Czy nie byłoby to okrucieństwem patrzeć na niego z założonymi rękami, a nie podać mu strawy, którą by się posilił? Ale co znaczy wszystka niedola tego
człowieka w porównaniu z tysiąckroć gorszym, okropnym stanem duszy grzesznej, która skuta kajdanami, spętana więzami grzechu, pozbawiona łaski, która jest pokarmem i życiem jej, umiera śmiercią nie jak tamten doczesną, ale śmiercią wieczną! Czy nie widzicie, jakie by to było szczęście i dla niej, i dla was, gdybyście modlitwą waszą skruszyły jej kajdany? A więc na miłość Boga was proszę, nigdy w modlitwach waszych nie zapominajcie o tych nieszczęsnych duszach.

5. Ale tutaj nie o nich chcę mówić, lecz o duszach, które przez miłosierdzie Boże już uczyniły pokutę za grzechy swoje i żyją w stanie łaski. Dusza nie jest to, jak może która gotowa ją sobie przedstawić, jakaś drobina, gdzieś schowana w kącie i w ciasnych granicach zamknięta. Jest to prawdziwy świat wewnętrzny, w którym dosyć jest miejsca na tyle wielkich i pięknych mieszkań, o których wam mówiłam; i tak słusznie być powinno, skoro we wnętrzu tej duszy jest mieszkanie Boga samego.

Do tego swego mieszkania Pan nasamprzód wprowadza duszę, gdy chce ją uszczęśliwić łaską tych boskich zaślubin. Spełniają się one w inny sposób, niż kiedy przedtem dawał jej zachwycenia albo ów rodzaj duchowego złączenia, które się zowie modlitwą odpocznienia. I tam, jestem o tym przekonana, jednoczył ją z sobą, ale dusza wtedy miała to uczucie, jakoby cząstką pewną tylko dano jej było wejść do tego wnętrza, do którego tu ją w tym mieszkaniu siła niepowstrzymana całą pociąga. Lecz to w gruncie nie stanowi różnicy, czy w ten sposób, czy w inny, zawsze ją Pan z sobą jednoczy; tylko że zarazem czyni ją ślepą i niemą, jak Pawła świętego w chwili jego nawrócenia, odbierając jej wszelką władzę, że nie może poznać, jaka to łaska, którą się cieszy, i jakim sposobem nią się cieszy. Wielka rozkosz, w jaką wtedy opływa, polega na tym, że czuje siebie tak bliską Boga i złączoną z Bogiem; ale samaż ta rozkosz i to złączenie zawiesza wszystkie jej władze, tak iż nic nie jest zdolna poznać i zrozumieć.

6. Tu dzieje się inaczej. Tu już Bóg w swojej dobroci zdejmuje duszy łuski z oczu, aby sposobem nadzwyczajnym ujrzała choć w części i poznała łaskę, jaką Pan ją zaszczyca. Wprowadzona do tego mieszkania siódmego, dostępuje wysokiego widzenia umysłowego. Cudownym, Bogu samemu wiadomym, sposobem ukazuje jej się Trójca Przenajświętsza, w płomiennej jasności, na podobieństwo olśniewającego obłoku, która naprzód ogarnia duchowy szczyt duszy i w tej jasności, niewypowiedzianym sposobem poznania, widzi dusza wszystkie razem trzy Osoby i każdą oddzielnie, i z przewyższającą pewnością prawdy poznaje, jako wszystkie te trzy Osoby są jedną istnością, jedno wszechmocnością i
mądrością, jednymże Bogiem. I to, co tu poznajemy przez wiarę, to tam, rzec można, poznaje dusza przez widzenie, choć oczy ciała zarówno jak i duszy nic nie widzą, bo nie jest to widzenie przez wyobraźnię. W takim widzeniu trzy Osoby Boskie siebie duszy udzielają i mówią do niej, i dają jej zrozumienie tego, co Pan mówi w Ewangelii, że jeżeli Go kto miłuje,
będzie zachowywał Jego naukę, a Ojciec Jego umiłuje go i przyjdą do niego, i będą u niego przebywać.

7. O Boże wielki! Jakaż to różnica słyszeć te słowa i z wiarą je przyjmować, a czuć i rozumieć w taki sposób całą ich prawdę! Dusza, o której mówię, w ciągłym żyje zdumieniu, rosnącym z dniem każdym. Ma to uczucie, że te Boskie trzy Osoby nigdy nie odeszły od niej; jasno widzi, w sposób wyżej opisany, że mieszkają we wnętrzu, w najgłębszym wnętrzu jej, jakby w głębi jakiejś bezdennej. Nie mając nauki, nie potrafi wytłumaczyć, jaka to głębia, ale czuje to, że tam mieszka z nią to boskie towarzystwo.

8. Myślicie może, że takiej dostąpiwszy łączności z Bogiem, dusza powinna w ciągłym być zachwyceniu, a cała pochłonięta tym wewnętrznym widzeniem, niczym się już zająć nie  potrafi. – Mylicie się; z większą owszem niż przedtem swobodą i zapałem oddaje się ona wszystkiemu, co się odnosi do służby Bożej, i tylko w chwilach wolnych od zajęć rada przestaje sam na sam z słodkim towarzystwem swoim. I nigdy, chybaby pierwsza sprzeniewierzyła się Bogu, nie odbierze jej Bóg tego jasnego, oczywistego poznania swojej w niej obecności. Ona też wielką ma ufność, że Bóg, skoro jej użyczył tej łaski, nie dopuści tego, by ją miała postradać. Ale choć wie i czuje, że słusznie to sobie obiecywać może, nie zaniecha jednak z większą jeszcze niż dotąd pilnością czuwać nad sobą, by snadź nie obraziła czym Pana i Oblubieńca swego.

9. Rozumie się, że ustawiczne to widzenie Bożej obecności nie jest w dalszym ciągu tak zupełne, czyli raczej tak jasne, jak gdy pierwszy raz się objawi, albo gdy spodoba się Bogu w danej chwili wznowić duszy tę łaskę w pierwszej jasności jej i sile. Gdyby bowiem ta jasność trwała ciągle, niepodobna byłoby duszy widzieć nic innego, ani nawet obcować z ludźmi. Ale choć jasność się zmniejsza, zawsze jednak dusza, ile razy wejdzie w siebie, znajdzie tam to najświętsze swoje towarzystwo. Gdyby w chwili, gdy znajdujesz się, dajmy na to, w jasnym i widnym pokoju w towarzystwie z drugimi, nagle zamknięto okiennice, już byś nie widziała obecnych, bo zrobiło się ciemno. Ale choć ich w tej ciemności nie widzisz i, póki nie będzie światła, widzieć nie możesz, wiesz przecież i masz pewność, że zawsze są w pokoju. Tak jest poniekąd i z tym widzeniem wewnętrznym; z tą tylko różnicą, że gdy okiennice otworzysz, towarzystwo twoje znowu zobaczyć możesz, a tutaj dusza nie może tego. Nie jest w jej mocy, gdy zechce wznowić w sobie owo widzenie; na to potrzeba, by na rozkaz Pański
otworzyły się okiennice umysłu i to zrządza Pan, gdy zechce, nie wedle upodobania duszy, jeno wedle upodobania swego; dość tej łaski i tego miłosierdzia Jego, że nigdy jej nie opuszcza i taką jej daje niewątpliwą pewność obecności swojej.

10. Boska wielmożność Jego chce snadź duszę przygotować tu do większych rzeczy, bo jasna rzecz, że taka łaska skuteczną musi jej nieść pomoc do wszelkiego postępu w  doskonałości, jak i do pozbycia się strachów, jakimi inne łaski nieraz ją przejmowały, o których w swoim miejscu mówiłam. Tak i było z tą duszą. Widziała w sobie postęp pod każdym względem i, w najcięższych nawet utrapieniach i w sprawach najtrudniejszych, rdzeniem duszy nigdy, tak jej się zdawało, nie wyszła z onego wewnętrznego swego z
Bogiem mieszkania. Stało się w niej, rzekłbyś, jakby rozdwojenie między wyższą a niższą częścią duszy. W ciężkich, jakie niebawem po użyczeniu jej tej łaski. Bóg na nią dopuścił krzyżach, ta druga narzekała na pierwszą, jak Marta na Marię, i nieraz wymawiała jej, że ciągle tylko siedzi sobie, używając do woli błogiego odpocznienia, a ją pozostawia samą wśród tylu utrapień i posług i do uczestnictwa w rozkoszach swoich jej nie dopuszcza.

11. Wyda się wam to dziwne, córki, ale tak jest prawdziwie. Chociaż dusza, jak wiemy, jest jedną niepodzielną istnością, to, co mówię o onym w niej rozdwojeniu, nie jest tylko przywidzeniem, jest to, owszem, stan zwykły duszy do tej wysokiej łaski podniesionej. Rzeczy wewnętrzne w taki sposób, powtarzam, jej się przedstawiają, że jakkolwiek dusza i duch są jedno, bardzo wyraźnie jednak czuje w sobie pewną między tym dwojgiem różnicę. Rozdzielenie to w wysokim stopniu subtelne, ale daje się sprawdzić w sposób niewątpliwy, i zdarza się nieraz, że jedna strona duszy działa tak, a druga inaczej, wedle smaku, jakiego spodoba się Panu im udzielić. Między duszą również a władzami jest, zdaniem moim, różnica, i te dwie rzeczy nie są zupełnie jedno. Ale tyle jest we wnętrzu naszym subtelnych różności, że zuchwałością byłoby z mojej strony, gdybym się ważyła je objaśniać. Przyjdzie dzień, że to wszystko jasno ujrzymy i zrozumiemy, jeśli Pan w miłosierdziu swoim raczy nas dopuścić tam, kędy wszelkie tajemnice będą wybranym Jego objawione.

Rozdział II

1. Mówmy teraz o owych duchowych boskich zaślubinach, chociaż wielka ta łaska nie może się dokonać w tym życiu w sposób zupełnie doskonały. Póki bowiem żyjemy w ciele, zawsze jeszcze możemy oddalić się od Boga i tym samym wysokie to szczęście postradać. Pan, gdy pierwszy raz użycza duszy tej łaski, ukazuje się jej przez widzenie wyobraźni w swoim najświętszym Człowieczeństwie, aby dobrze wiedziała i wątpić o tym nie mogła, że dostępuje tak niesłychanego daru. Innym może objawia się w innym kształcie; lecz ta, o której tu mówię, w takiej Go postaci widziała. Było to w chwilę po przyjęciu Komunii świętej. Pan stanął przed nią z wielką jasnością, wdziękiem i majestatem, takim, z jakim zmartwychwstał i rzekł do niej, że czas już, aby Jego sprawy wzięła za swoje własne, a On będzie miał pieczę o jej. Inne jeszcze potem dodał słowa, które łatwiej sercem odczuć, niż usty wyrazić.

2. Mogłoby się zdawać, że widzenie to nie było rzeczą nową, bo już przedtem nieraz Pan ukazał się jej w takiej samej postaci. Ale taka tu była ogromna różnica, że po tym widzeniu pozostała całkiem nieprzytomna i przerażona; raz, dla samej, nierównie potężniejszej jego siły; po wtóre, dla głębokiego znaczenia słów, które Pan do niej mówił; po trzecie wreszcie
dlatego, że Pan jej się ukazał w najgłębszym wnętrzu duszy, a podobnego widzenia, całkiem wewnętrznego, z wyjątkiem jedynie tego, o którym była mowa w poprzedzającym rozdziale, nigdy jeszcze nie miała. Trzeba wam wiedzieć, że między wszystkimi widzeniami poprzednich mieszkań, a widzeniami tego siódmego, różnica jest ogromna, a zrękowiny duchowe, które się zawierają w tamtych, tak się mają do duchowych zaślubin, spełniających się w tym ostatnim, jak się ma zobopólny do siebie stosunek dwojga narzeczonych do stosunku dwojga małżonków, którzy związani węzłem dozgonnym, już się, póki żyją, rozłączyć nie mogą.

3. Używam, jak już mówiłam, tych porównań, w braku innego, odpowiedniejszego sposobu objaśnienia rzeczy. Lecz ma się rozumieć, że nie ma tu myśli o ciele, jak gdyby dusza już w nim nie mieszkała i była czystym duchem. Tym bardziej jeszcze nie ma tego w tym małżeństwie duchowym, bo tajemnicze to zjednoczenie spełnia się w najgłębszym wnętrzu duszy, które snadź jest miejscem, kędy mieszka sam Bóg, i nie potrzeba Mu drzwi, aby wszedł do niego. O drzwiach tu mówię, bo wszelkie łaski, o jakich dotąd mówiłam, przez zmysły i władze, jakby drzwiami wnikały do duszy, a i samo ono ukazanie się boskiego Człowieczeństwa nie inaczej, jak mniemam, się stało. Ale przy zawarciu tego duchowego małżeństwa rzecz się ma zupełnie inaczej. Tutaj Pan zjawia się w onym wnętrzu duszy nie w widzeniu przez wyobraźnię, jeno w widzeniu umysłowym i to jeszcze subtelniejszym od poprzednich; wchodzi drzwiami zamkniętymi, jak wszedł do Apostołów i pozdrowił ich, mówiąc: „Pokój wam”. Tak głęboka to tajemnica, tak wysoka łaska, której Bóg tu w jednej chwili duszy udziela, tak niewypowiedziana rozkosz, która tu duszę przenika, że nie wiem, z czym to wszystko porównać. Bo snadź chce Pan w tej chwili, sposobem wyższym nad wszelkie widzenia albo smaki duchowe, objawić duszy chwałę, która ją czeka w niebie. Inaczej tego objaśnić nie zdołam i to jedno tylko wiem i rozumiem, że dusza, to jest sam duch tej duszy, staje się jedno z Bogiem, który, będąc najczystszym i najwyższym duchem, ducha tego z sobą jednoczy, chcąc tym sposobem okazać miłość, jaką nas Boski Majestat Jego miłuje, i dać poznać niektórym duszom, do jakiego niepojętego stopnia ta miłość Jego dochodzi, abyśmy wszyscy znali i wysławiali boską nad nami łaskawość Jego. Taki ogromny, nieogarniony Majestat tak się raczy łączyć ze stworzeniem swoim, że na podobieństwo małżonka, nierozerwalnym węzłem związanego, nigdy nie opuści tej duszy, którą sobie poślubił.

4. Zrękowiny duchowe nie mają tej trwałości; zaręczeni mogą sią rozejść i nieraz się rozchodzą. Tak jest i z duchowym duszy złączeniem z Bogiem. Każde złączenie, choć z natury swojej jest skojarzeniem dwu rzeczy czy istot w jedno, może przecież się rozłączyć i każde pójdzie znowu w swoją stronę. Jakoż i w życiu duchowym tak bywa, że łaska zjednoczenia, której Bóg użyczy duszy na modlitwie, prędko przemija i dusza pozostaje znowu bez tej błogiej z Bogiem swoim społeczności, to jest, już jej nie czuje. Nie tak w tych zaślubinach duchowych, tu dusza ciągle zostaje z Bogiem swoim w owym wnętrzu najgłębszym i nigdy się z Nim nie rozłącza. Chcąc to o ile możności objaśnić, powiedziałabym, że zjednoczenie w zrękowinach jest to jakoby tak ścisłe spojenie dwu świec, iżby obie jedno światło dawały, albo jak samaż świeca, w której wosk, knot i płomień w jedną całość się schodzą. Można jednak rozdzielić te świece i będą znowu dwie, albo i samą świecę można tak rozłożyć, iż będzie osobno knot a osobno wosk. Po drugie zaś, w zaślubinach duchowych, zjednoczenie jest to jakby woda z nieba, deszczem czy rosą padająca do rzeki albo do zdroju i z wodą tychże się zlewająca. I tu już nikt tych dwóch wód nie rozdzieli ani nie rozróżni, która jest z nieba, a która ze zdroju czy z rzeki. Można je porównać jeszcze do strumienia wpadającego do morza i nierozdzielnie w nim wody swoje zanurzającego, albo jeszcze do światłości dziennej, dwoma oddzielnie oknami do pokoju wpadającej, a przecież jedną światłość stanowiącej.

5. Może to miał na myśli święty Paweł, gdy mówił, że kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem, wskazując na owo wzniosłe małżeństwo, w którym Majestat Boski sprawuje takie między sobą a duszą zjednoczenie. I te drugie słowa Apostoła: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”, dusza tu może, jak sądzę, zastosować do siebie. Tu bowiem już duchowy on motyl, o którym mówiliśmy, umiera z rozkoszą, bo już życiem jego jest Chrystus.

6. Że tak jest, to w dalszym następstwie dusza coraz lepiej poznaje po skutkach. Czuje bowiem coraz wyraźniej, że Bóg sam jest sprawcą i dawcą jej życia; świadczą jej o tym tajemne natchnienia i porywy, częstokroć tak żywe i głębokie, że żadną miarą nie może wątpić o boskim ich źródle, a które, choć ich wyrazić i opisać nie zdoła, nieraz jednak do takiej dochodzą potęgi, że mimo woli jej wybuchają w słowach gorącej miłości i tęsknoty.

O życie życia mego! O podporo, która mię wspierasz! – takie i tym podobne słowa, w niepowstrzymanym uczuć tych wezbraniu, dusza jakby poniewolnie z siebie wydaje. Wtedy z piersi Miłości wiekuistej, którymi Bóg bezprzestannie karmi tę duszę, falami spływa mleko pociech niebieskich na pokrzepienie wszystkiej czeladzi twierdzy. Chce Pan, by i im dostała się jaka cząstka tej nieogarnionej rozkoszy, w jaką opływa dusza, i dlatego, z tej głębokiej rzeki, w której się pogrążyła maluczka ona kryniczka, chwilami wypuszcza strumyki wody żywej, aby i ci, którzy w potrzebach domowych służą tym dwojgu oblubieńcom, mieli z niej ochłodę i pokrzepienie. Podobnie jak ten, kto by został nagle polany wodą, uczułby to bez wątpienia i nie mógłby nie uczuć, choć się tego nie spodziewał, tak, i z większą jeszcze
pewnością, dusza tu czuje te ukryte w niej działania i boskie ich źródło. Jak bowiem woda spływająca jawnie świadczy o tym, że jest źródło, z którego ona wypływa, tak również jasno dusza czuje i widzi, że jest we wnętrzu jej Wyższy nad nią, który ją wodą żywą, z Niego płynącą, ochładza i wypuszcza te strzały, które ją ranią, i życie daje duchowemu jej życiu. Że jest w niej Słońce, wielką światłością jaśniejące, które z wnętrza jej promienie tej światłości swojej na wszystkie jej władze rozsyła. Sama zaś – jak mówiłam – nigdy nie wychodzi z tego ogniska swego wnętrza i nic tam nie zdoła pokoju jej zakłócić, bo ma w pośrodku siebie Tego, który jak apostołom zgromadzonym przyniósł i oznajmił swój pokój, tak mocen jest i jej go dać i zachować.

7. Przychodzi mi na myśl, że to pozdrowienie Pana, równie jak te słowa, które rzekł do świętej Magdaleny, by szła w pokoju, musiały w swoich skutkach dużo więcej zdziałać niż to, co oznajmiało samo ich brzmienie. Słowo Boga do nas jest w nas czynem; zatem i owe słowa w tych duszach, już należycie przysposobionych, musiały zdziałać ten skutek, że usunęły z nich wszystko, cokolwiek w duszy ludzkiej jest cielesnego i uczyniły je czysto duchowymi, aby duchem mogły zawrzeć te niebieskie zaślubiny z Duchem nie stworzonym. Bo rzecz pewna, że gdy dusza wypróżni siebie z wszelkiego przywiązania do rzeczy stworzonych, i oderwie się od nich dla miłości Boga, Bóg niechybnie napełni ją samym sobą.
W tej myśli Pan Jezus – nie pamiętam, w którym miejscu to napisano – modląc się za apostołami swymi, prosił Ojca, aby byli jedno z Ojcem i z Nim, jak Pan nasz Jezus Chrystus  jest w Ojcu a Ojciec w Nim. Powiedzcie, jaka może być większa miłość nad tę, która się w tych słowach objawia? A do tej miłości przystęp nikomu z nas nie jest wzbroniony, bo tak jeszcze mówi Pan: „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie”. I dodaje: „Ja w nich„.

8. Wielki Boże, jakże te słowa prawdziwe! Jak je rozumie dusza, gdy w tych zaślubinach duchowych widzi je sprawdzone na sobie! I jakże moglibyśmy wszyscy je zrozumieć, gdybyśmy z własnej winy naszej nie pozbawiali siebie tego szczęścia! Słowo Jezusa Chrystusa, Króla i Pana naszego, nie może zawodzić; ale my Jemu i sobie czynimy zawód, nie starając się o należne przysposobienie siebie, nie uchylając się od tego wszystkiego, co może nam tę światłość przysłonić i dlatego, nie mając światła, nie widzimy siebie w tym zwierciadle, na które patrzymy, a którym jest wyobrażenie nasze.

9. Gdy więc, jak mówiłam, Pan wprowadzi duszę do tego swego mieszkania, którym jest jej własne wnętrze, dusza ta staje się podobna do nieba empirejskiego, w którym mieszka Bóg. Bo jak ta najwyższa sfera nieba nie obraca się, zdaniem uczonych, jak inne, tak i w duszy, gdy wejdzie do tego siódmego mieszkania, ustają wszelkie poruszenia, jakim przedtem podlegała w swoich władzach i w wyobraźni, które tu już szkodzić jej ani pokoju jej zakłócić nie mogą.

Czy to ma znaczyć, że dusza, gdy dojdzie do tego stanu i tę łaskę otrzyma od Boga, już jest pewna zbawienia swego i zabezpieczenia od upadku? Bynajmniej; oświadczam, owszem, i ostrzegam, że gdziekolwiek, pisząc o tych rzeczach, mówię o bezpieczeństwie duszy zawsze to ma się rozumieć z tym warunkiem, że jeśli boska łaskawość Pana nie przestanie trzymać jej w swym ręku i jeśli ona Jego w niczym nie obrazi. To przynajmniej wiem z
pewnością, że dusza ta, na którą wciąż tu się powołuję, choć podniesiona do tego stanu i już lata całe w nim zostaje, nie ma siebie za bezpieczną, ale raczej z większą niż przedtem bojaźnią Bożą postępuje, strzeże się wszelkiej najmniejszej obrazy Bożej i najgorętszą, jak się w dalszym ciągu powie, pała żądzą służenia Bogu. Ciągły przy tym czuje żal i wstyd, że tak mało dla Niego uczynić jest zdolna, kiedy tak wiele Mu jest winna. Jest to dla niej niemały krzyż i prawdziwa, bardzo ciężka pokuta. Co do umartwień bowiem i surowości, im ostrzejszą czyni pokutę, tym większej doznaje z niej rozkoszy. Prawdziwa dla niej pokuta jest wtedy, gdy Bóg jej odbiera zdrowie i siły do czynienia pokuty. Choć w poprzednich już mieszkaniach mówiłam, jak wielkie to dla duszy utrapienie, to przecież jest ono bez porównania większe. Wszystko to pochodzi z gruntu, z którego teraz życie jej wyrasta, bo wszak drzewo zasadzone nad ściekaniem wód i większą ma świeżość, i obfitszy owoc wydaje. Cóż zatem dziwnego, że takie w tej duszy pragnienia mnożą się i rosną, kiedy istotny duch jej jedno się stal z ową wodą z nieba, o której mówiliśmy.

10. Wracając wszakże do tego, co mówiłam wyżej o pokoju, jakiego dusza w tym mieszkaniu używa, nie sądźmy, by i władze, i zmysły, i namiętności zostawały zawsze w takimże pokoju; dusza sama tylko nigdy go nie traci. I w tym mieszkaniu nie brak takich chwil, kiedy srożą się walki, dolegają utrapienia i trudy; bywa to nawet stan zwyczajny. Ale utrapienia te dusza tutaj nie tak odczuwa, by mogły zamącić jej pokój.

Co się zaś tyczy tego wnętrza duszy, tego ducha, o którym tu mówię, jest to rzecz tak trudna do wytłumaczenia, a także i do uwierzenia, że obawiam się, siostry, byście wobec mojej nieudolności nie miały pokusy odmówienia wiary moim słowom. Może to w rzeczy samej wydawać się niepodobną do pogodzenia sprzecznością, że dusza, jak mówię, cierpi utrapienia i smutki, a przy tym jednak w doskonałym zostaje pokoju. Spróbuję wam to wytłumaczyć za pomocą jednego lub drugiego porównania; daj Boże, by one miały jaki sens; ale choćby go nie miały, tego zawsze pewna jestem, że tak jest, jak wam mówię.

11. Król, na przykład, choć może w rządach swoich ciężkie ma zawikłania i kłopoty, choć może wojny srożą się w jego królestwie, sam przecież spokojnie mieszka w swoim pałacu.  Tak i tu, choć w innych mieszkaniach zdarzają się różne rozruchy, pełzają gady jadowite, słychać krzyki i zgiełk, wszystko to nie dosięga duszy w tym siódmym mieszkaniu będącej, ani jej nie zdoła stamtąd wyprowadzić. Wrzawa i zgiełk, dochodzące do jej uszu, sprawują jej niejaką przykrość, ale zmieszać jej i pokoju jej odebrać nie zdołają, bo tu namiętności już są pokonane i boją się bliżej przystąpić, wiedząc, że będą tylko z tym większym wstydem odparte.
Albo drugie porównanie. Boli kogo ciało, ale głowa zdrowa, więc choć cierpią wszystkie członki, głowa nie cierpi. Sama się śmieję z tych moich porównań i widzę ich niedoskonałość, ale nie mam lepszych. Wszakże, jakkolwiek one wam się wydadzą, to, co powiedziałam, jest prawdą


św. Teresa z Avila, – „Twierdza wewnętrzna”, Mieszkanie siódme, rozdział I – II

[Oprac. A.S]

Kategorie: Nauka Katolicka

Tagi: , ,

1 odpowiedź »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s