Dwie ewangelie walczą o przyszłość: ewangelia nowoczesnego nadczłowieka i ewangelia człowieka świętego. Między tymi dwoma walka się rozstrzygnie. Nowoczesny nadczłowiek chce być orłem, gwiazdą na firmamencie, satelitą słońca. Chce, jako bogowie, być wszechwiedzący i wszechmocny. W sercu swym mówi: Chcę sięgnąć do nieba. Ponad boskimi gwiazdami tron mój umieścić. Ponad chmurami stać się równym Bogu.
Taki jest początek ewangelii Lucyfera. Jego credo jest krótkie. Składa się z jednego artykułu wiary: Wierzę tylko w siebie. Nowoczesny człowiek pretenduje do korony, chce rządzić. Wiek demokracji nic w tym nie zmienił. Królów usuwają, bo każdy chce na tronie zasiąść, a choćby podnóżek jego nazwać swoją własnością.
Druga ewangelia to ewangelia ósmego grudnia. Początek jej: Gratia plena! Dominus tecum! Łaski pełna. Pan z Tobą, Ewangelia świata nadprzyrodzonego! Św. Jan opisuje je w Objawieniu: I ukazał się znak wielki na niebie, Niewiasta obleczona w słońce, a księżyc pod jej nogami. A na głowie Jej korona z gwiazd dwunastu.
Między tymi dwiema ewangeliami trzeba nam wybierać: między ewangelią Lucyfera, ewangelią obłędu wielkości, kończącą się upadkiem, a ewangelią Niepokalanej, ewangelią pokory, której końcem wniebowzięcie. Żądza wielkości we krwi nam płynie. Pytanie tylko, czy cel osiągnąć chcemy drogą prawa czy bezprawia, przez bunt czy posłuszeństwo, przez pychę czy też łaskę. Ósmy grudzień wskazuje nam drogę. Ósmy grudzień to dzień łaski, dzień nadprzyrodzonej wielkości, zdobyty nadprzyrodzonymi środkami.
Musisz stać się dzieckiem łaski, istotą nad przyrodzoną! W dniu chwały Tej, która starła głowę wężowi, mógłbym powiedzieć: Musisz być jak ta matka twoja: jednolity, z charakterem, nieskazitelny i zdecydowany. Lecz tego byłoby za mało. Nie mam prawa żądać od ciebie mniej, aniżeli Bóg żąda. A wolą Bożą jest, abyś był święty ! Musisz stać się podobny do matki twojej: Musisz stać się świętym, musisz całkowicie żyć życiem nadprzyrodzonym. To jest po katolicku.
Chrześcijaństwo jest religią, prowadzącą ludzkość do nadprzyrodzonego celu i nadprzyrodzonego życia. Jesteśmy ludźmi. Człowiek składa się z ciała i duszy. Istoty bez ciała nie są ludźmi. Istoty bez duszy nie są ludźmi. A więc jedno bez drugiego nie istnieje. Ciało i dusza razem to dopiero człowiek, człowiek naturalny, przychodzący na świat.
Lecz to nie wszystko. Urodziwszy się raz, rodzimy się po raz drugi. Rodzimy się z wody i z Ducha Świętego. Zostaliśmy ochrzczeni. Staliśmy się chrześcijanami. Co to jest chrześcijanin? Pewien święty, uczony powiedział: Chrześcijanin to dusza w ciele, a w duszy tej Bóg przebywa. Jak ciało bez duszy nie jest człowiekiem, tylko gnijącym i rozkładającym się trupem, tak dusza bez Boga nie jest chrześcijańska. Braknie drugiego życia. Braknie Boga. Dusza bez Boga ma pierwsze, naturalne życie. Ale drugie życie, rozpoczynające się chrztem św., straciła. Gdy Bóg opuszcza duszę, następuje śmierć, tak, druga śmierć, nadprzyrodzona: bezbożność, grzech. Taką istotę można nazwać człowiekiem, ale nie można jej nazwać chrześcijaninem w prawdziwym słowa znaczeniu.
Zapamiętajmy: Chrześcijanin to więcej niż zwykły człowiek nie tylko co do stopnia, lecz co do istoty. Chrześcijanin to więcej niż dobry człowiek. Chrześcijanin jest istotą, która wzniosła się ponad naturę, jest kimś istotnie nowym, niewypowiedzianie wielkim. W chrześcijaninie jest coś nadprzyrodzonego i boskiego. To dogmat. „Wszystkim, którzy go przyjęli, dał moc, aby się stali dziećmi Bożymi.“
Na tym polega całe znaczenie dzieła odkupienia. Św. Augustyn mówi: Syn Boży stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem. Syn Boży stał się uczestnikiem natury ludzkiej, abyśmy uczestnikami Boskiej natury się stali. Kto mówiąc o chrześcijaństwie, mówi tylko, o ile przyczynił się on do podniesienia sztuki, nauki, dobrobytu ziemskiego narodów, a milczy o boskim życiu w duszy, które nazywamy łaską uświęcającą, ten bierze rzeczy powierzchownie i nie wie, czym jest Kościół.
Gdyby chrześcijaństwo świat zamieniło w raj, a nie wprowadziłoby Boga do duszy, byłoby pustym dźwiękiem. Chrześcijaństwo to religia życia nadprzyrodzonego. Chrześcijanin to dusza w ciele, a Bóg w duszy!
A więc chrześcijanin jest istotą, w której mieszka Bóg Najświętszy. Co znaczy święty? Święty to chrześcijanin, żyjący pełnym życiem nadprzyrodzonym. Chrześcijanin, który żyje z Bogiem, w Bogu i dla Boga. Chrześcijanin to człowiek, którego na wskroś przenika strumień nadprzyrodzonego życia, światła i sił. A więc ten, który do Matki Bożej jest podobny: Pełen łaski! Pełen Boga! Ubóstwiony. W słońce obleczony, z księżycem pod nogami. Syn Niepokalanej.
Bądźmy uczciwi! Nie bądźmy obłudni! Albo odgrywamy w kościele komedię, albo Kościół jest dla nas szkołą świętości, szkołą nadprzyrodzonego chrześcijaństwa. Czemu mielibyśmy się wahać otwarcie to powiedzieć? Musimy być świętymi! Nie dziwakami, nie pozującymi na nadzwyczajnych, ale powtarzam: Świętymi!
Kardynał Mermillod powiedział raz w wybranym towarzystwie: Ziemia istnieje na to, aby świętych nosiła. Świat żyje w tym celu, aby świętych dawał. Wieki mijają, aby świętych tworzyć, urabiać dusze, dla których Bóg jest wszystkim. Gdyby Bóg na biednej ziemi nie znalazł już świętych, wiecie, co by zrobił? Rozbiłby świat jak bezużyteczne naczynie.
Widzieliśmy, że chrześcijaństwo jest religią nadprzyrodzonego celu, ludzkości, do którego o własnych siłach nigdy nie wzniosą nas orle wzloty rozumu i woli. Widzieliśmy, że jest religią życia nadprzyrodzonego już tu na ziemi, życia, którego początek nazywamy łaską uświęcającą, a koniec świętością.
Chrześcijaństwo jest także religią, posiadającą środki nadprzyrodzonego życia. Życia nadprzyrodzonego żaden człowiek wzbudzić nie zdoła. Życie stwarzać to przywilej, który Bóg zachował dla siebie. Wszelkie próby uczonych, aby sztucznie wywołać najprostsze zjawisko życia, nie udały się i nie udadzą. Bóg stwarza każdą duszę z osobna. Tern więcej dotyczy to wyższego życia dusz. Człowiek nie ma sposobu ani środka, aby to życie wywołać. Żaden talent, żadne krasomówstwo, żadna siła ani bogactwo tego nie dokonają. Jeden tylko Bóg zrobić to może, a jedynym zadaniem człowieka służyć Bogu za narzędzie, być tym kanałem, przez który płyną zdroje łaski dla drugich.
Chrzcimy. Przez chrzest wchodzi do duszy życie boskie. Ale nie wyobrażajmy sobie, że to my jesteśmy źródłem tego życia. Jest nim Jezus. Rozgrzeszamy. Przez rozgrzeszenie odnowione jest boskie życie w duszy. Szaleństwem byłoby przypisywać to słowom człowieka. Jezus to czyni. Konsekrujemy. Zamieniamy chleb i wino w Ciało i Krew Chrystusa. Lecz nie czynimy tego własną mocą. Jezus to czyni. Wygłaszamy kazania. Każąc, mamy przekonanie, że to coś innego, niż gdy inni mówią. W naszych słowach tkwi moc boska. Wiemy również, że nigdy żadne kazanie samo przez się nie wywoła w nikim nadprzyrodzonego postanowienia. Jezus to sprawia.
On jest winną macicą. My jesteśmy latorośle. Wszystkie soki łaski płyną z Jezusa, Bez Niego nic nadprzyrodzonego uczynić nie możemy. Nic. Ani wiele, ani mało, nic! Jezus jedynie, Jezus wszystko, bez Jezusa nic. Duchowny, który nie jest głęboko przekonany o tej podstawowej prawdzie chrześcijańskiej, jest heretykiem. Ale nie tylko duchowni muszą w to wierzyć. Wszyscy w to wierzyć musimy. Musimy być nadprzyrodzonymi. Musimy mieć głębokie przeświadczenie, że świat tylko nadprzyrodzonymi środkami i nadprzyrodzonymi dziełami odnowiony będzie, Tymi nadprzyrodzonymi siłami i środkami są sakramenty i modlitwa.
Świat nowoczesny wierzy tylko w rzeczy przyrodzone, w geniusz, w talent, w energię, w pracę na polu przemysłowym, technicznym, handlowym, w prace naukowe polityczne i socjalne. Żadne stulecie nie pracowało tyle dla doczesnych dziedzin życia co wiek XIX. Ale też żadne stulecie silniej nie podkopało wiary w nadprzyrodzoną moc łaski, niż ten wiek liberalizmu. Idea nadprzyrodzoności znikała coraz bardziej z pól naukowej, politycznej, socjalnej i ekonomicznej działalności. Pracowano, jak gdyby Chrystus nigdy nie powiedział „beze mnie nic zrobić nie możecie”. Było wielu katolików, uczonych, dyplomatów, przedsiębiorców, rzemieślników, ale mało było prawdziwie katolickich uczonych, dyplomatów, przedsiębiorców i lekarzy.
Co się stało? Patrzymy na to od I-go sierpnia 1914 r. Talent zbankrutował. Energia zbankrutowała. Wszystko czyste, przyrodzone zbankrutowało. Przemysł, handel, polityka i wiedza szły błędną drogą. Zawiodły. Jak ongiś Aggeusz prorokował: „Sialiście wiele, ale mało zwieźliście. Jedliście i nie najedliście się. Okryliście się i nie zagrzaliście się. A kto zyski zbierał, kładł je w dziurawy mieszek. Wnieśliście do domu, i rozdmuchnąłem je, mówi Pan Zastępów.’* Środki przyrodzone nie wystarczają do poprawy ludzkości. Nie mogą nawet uczynić jej szczęśliwszą.
Od roku 1914 Bóg uczy ludzi pokory. Chce im przypomnieć podobieństwo o winnej macicy i latorośli. Bez Chrystusa nic uczynić nie możecie. Będziecie jak latorośl odcięta, odrzuceni, uschnięci i spaleni.
To rani naszą przeklętą nowoczesną pychę. Lecz nauka jest konieczna.
Najwspanialsza działalność naukowa i społeczna bez łaski uświęcającej jest w oczach Boga bez wartości. Niema dla niej nagrody w wieczności. Bóg jej nie potrzebuje. Najwyżej jako nawóz dla dobrego. Najświetniejsze uczynki nawet chrześcijanina, gdy nie są wzbudzone łaską pomocniczą, gdy im łaska nie towarzyszy, nie są łaską uduchowione, oświecone i uświęcone — nie mają znaczenia dla wieczności. Augustyn napisałby o takich uczynkach: Grandes passus, sed extra viam! Wielkie postępy, ale nie na właściwej drodze. Bernard w liście do papieża Eugenjusza III, mówiąc o tej kupieckiej działalności, która ruguje życie religijne, używa ostrego wyrażenia: Nazywa ją occupationes maledictae! Przeklęta praca!
Jesteśmy chrześcijanami. Jesteśmy nadprzyrodzonymi . Jesteśmy nimi o tyle, o ile łaska jest w nas. Mamy pracować, ale ta praca nie ma być celem dla siebie, nie ma być bałwochwalstwem, tylko służbą Bożą. Katolicki instytut, w którym by sprawy doczesne miały większą wagę niż rzeczy nadprzyrodzone, nie ma racji bytu.
Oto posłannictwo ósmego grudnia. Posłannictwo łaski, posłannictwo tego co nadprzyrodzone, co święte, co boskie. Przez nie stajemy się pełni łaski, jak Mar ja! Mocą Ducha Świętego, mocą Jezusa.
W Rosji spotyka się często obraz Matki Boskiej z VI stulecia. Marja w morzu promieni! W środku na piersiach, jak słońce, jak świecąca Hostia, Jezus żyje w Marji. Jezus jest Jej środkiem i życiem. Jak gdyby Marja nie miała serca i duszy, jak inni ludzie. Jej sercem i duszą jest Jezus, Jest żywą Jego monstrancją, Jego tabernakulum. Zewnątrz Marja, wewnątrz Jezus. Oto wierny obraz naszej Matki. Powinien być obrazem i jej synów.
Ks. Robert Mäder – Katolikiem jestem!. Księgarnia Świętego Wojciecha w Poznaniu. 1929.


Skomentuj