Benedykt – „Katechon” który odcinał od Tradycji, a przybliżał do antychrysta


Ponieważ do tej pory niewiele zabieraliśmy głosu w sprawie Benedykta, a obserwujemy komentarze tzw. konserwatystów kościelnych, czy tradycjonalistów od dawna, przyszedł właściwy moment żeby pozbierać kilka myśli.

„Nie zakazana ale potrzebuje pozwolenia”  – kiedyś opublikowaliśmy taki tekst w którym padło zdanie: „Tak, na pewno to jakiś krok w dobrym kierunku dla modernistów. Wysłać do rezerwatu tych ,którzy nie chcą się podporządkować nowemu ładowi.”

A teraz śmierć „Papieża emeryta” sama przyniosła tą samą odpowiedź.  Czego można się dowiedzieć z wywiadu z asystentem „emeryta” abp. Gänsweinem?

Wierzę, że papieżowi Benedyktowi złamało się serce, gdy przeczytał nowe MOTU PROPRIO [Franciszka], ponieważ jego intencją była pomoc tym, którzy po prostu znaleźli dom w Missale Vetustum – w odnalezieniu wewnętrznego spokoju, odnalezieniu pokoju liturgicznego – aby odciągnąć ich od Marcela Lefebvre’a. „

Czyli od czego chciał odciągnąć „obrońca Kościoła”, Katechon, jak go nawet niektórzy nazywają itd? Nie tylko od mszy, z której łatwo można było zrobić „skansen Tradycji” ale od prawdziwej nauki katolickiej. 

Podczas gdy Benedykta podziwia się jako „strażnika ortodoksji” i obrońcę tradycyjnej Mszy, miał on na celu zupełnie coś odwrotnego. Więc dzięki niemu mamy „ryt zwyczajny” i „ryt nadzwyczajny” ogłoszony przez Benedykta po to, aby reformy liturgiczne nie zostały poddane żadnym wątpliwościom.  

Wydanej błyskawicznie po śmierci „emeryta” pamiętniki jego asystenata „Nient’ altro che la verità” też to potwierdzają” 

Benedykt uważał zwłaszcza za błędne zakazanie sprawowania Mszy w starożytnym rycie w kościołach parafialnych, gdyż zawsze niebezpieczne jest zepchnięcie do narożnika grupy wiernych, sprawienie, że poczują się zagrożeni oraz wywołanie w nich poczucie konieczności obrony swej tożsamości za wszelką cenę w obliczu “nieprzyjaciela”.

Należy wnioskować iż bał się, że więcej narobi to szkód posoborowemu kościołowi, niż sama stara Msza.

Bo sam stwierdził że stała się ona „polem bitwy dla przeciwnych stron, zwłaszcza poprzez uczynienie z celebracji po łacinie okopów do obrony czy bastionu do obalenia”  

Wypadało dać Bogu ogarek jak się dało diabłu świeczkę, aby zachować względny spokój i „ciągłość”.  Indult jest dany pod tym warunkiem, aby ci którzy na niego chodzą chociażby pośrednio to wyznawali – bo że akceptują, to raczej pewne.

Podczas gdy wszyscy każą się użalać nad „złamanym sercem” Benedykta nikt nie pamięta, że serce mieli złamane ci którym zabroniono starej Mszy. Ani że posoborowy kościół swoimi naukami prowadzi wiernych do piekła. Ortodoksyjny „strażnik wiary” który sam rozdawał Komunie św. do rąk , a potem mu się „odmieniło” jakoś nie odmienił reszty wiernych. Może więc zamiast kolejny raz powtarzać że mało mógł, spojrzeć na to z strony.

Człowiek uznawany za Głową Kościoła może się zachowywać jak chorągiewka na wietrze, jeśli ma być Skałą która zawsze trwa przy tym co dobre i święte?  Jest to możliwe tylko wtedy jeśli nie słucha Ducha Św. A nie słucha dlatego że Go odrzucił w imię własnych przekonań. Jedynie takim sposobem można wyjaśnić że jednemu papieżowi Bóg każe ustanowić mszę w rycie rzymskim „po wieczne czasy” a drugiemu się jej pozbyć. Paweł VI to napisał w Konstytucji Apostolskiej „Missale Romanum”: „nasze rozporządzenia mają teraz i w przyszłości mieć ważność i moc prawną przy jednoczesnym zniesieniu wszelkich przeciwnych konstytucji i rozporządzeń naszych poprzedników”.

Więc kłamstwem jest twierdzenie, że Benedykt, który był zwolennikiem nowej liturgii i postanowień ostatniego soboru, tego nie akceptował i tego nie chciał. Ilu trzeba dowodów?

Wszyscy zadowalają się mętnymi odpowiedziami, na dyktowane im pytania, a nie stawiają podstawowych. Dyskusje „która msza lepsza” i dlaczego zdzierają niektórym gardła. 
Parę lat temu przy rozmowie o tradycyjnej mszy usłyszałam od modernistycznego kapłana, że powinna być ona zakazana bo w tej chwili  mamy „ołtarz przeciw ołtarzowi”,  który dzieli wiernych i Kościół. Chyba nie zreflektował się, że sam się kompromituje tym zdaniem. Kto wystawił ten drugi ołtarz na przeciw pierwszego, i kto do podziału doprowadził? Już nie wspomnę, że ten drugi „ołtarz” to stół do „uczty” i często nie można go nazwać ołtarzem, choćby w kontekście przepisów Kościoła.

Można sobie łatać narrację że coś jest „zwyczajne”, albo „nadzwyczajne” ale gołym okiem widać że ta „hermeneutyka ciągłości” nie trzyma się kupy. 

„Nie zakazana”, ale po to były pozwolenia i indulty, aby z nich robić użytek i wyciągać konsekwencje. Jak na coś można zezwolić, to można potem zezwolenie cofnąć – czyli zakazać. To właśnie robi „biskup Rzymu”  Bergoglio.  Więc wszyscy którzy tak wołają o strażniku Tradycji Benedykcie, tak jakby nie widzieli tego że się nimi manipuluje.  Nawet pozwolenie na pieczenie chleba nie jest bohaterstwem. jeśli tym samym mówi się, że inaczej chleb jest nielegalny i nawet jak go osobiście upieczemy to się otrujemy. Mówią: Idź do piekarza który ma odpowiednie chemikalia, żeby chleb nie był za zdrowy,  żeby się szybciej piekł i ogóle był strawniejszy. Nawet jak tobie smakuje ten jaki jadłeś zawsze.

Może to nie do końca trafne porównanie, ale to właśnie zrobiono. Zarezerwowano sobie wpływ na to, czym żywisz swoją duszę. A nie była to żadna nowinka którą by trzeba kontrolować, tylko to co katolik znał od dawna.  Nie może tego robić ksiądz który przekazuje tradycyjną naukę katolicką i jest przywiązany do tego w co zawsze wszyscy katolicy wierzyli ale pilnuje się ażeby to co widać że narobiło szkód, dalej psuło wiarę.  A „strażnik wiary” Benedykt mówi ci, ze to ten sam chleb tylko w innym, do tego lepszym opakowaniu! 

Można to też porównać do dzisiejszych lekarzy, którzy zamiast leczyć stali się dilerami szkodliwych farmaceutyków, bo pacjent wyleczony to pacjent stracony. Tak jak i w modernistycznym kościele ktoś kto przyjmie prawdziwą nauką KK, pozna prawdziwe lekarstwo czyli Prawdę, staje się dla ich kłamstw stracony.

Prosty przykład. Na stronie codziennie publikujemy teksty z zakresu nauki katolickiej. Teksty przedsoborowe, głównie przedwojenne, cenionych kapłanów i teologów czy świętych. Niezliczoną już ilość razy czytałam komentarz w stylu : „dlaczego teraz kapłani tego nie mówią”, „czemu tak jasno nie mówią” , albo że sami powinni to czytać i się dokształcać.  Dopiero jeśli ktoś pozna różnice, dostrzega że coś ważnego mu zabrano.

No ale „Katechon”  Benedykt łaskawie pozwolił na Mszę. Wszystko inne nieważne. Warto tu o jednym wspomnieć, bo widać jak bardzo moderniści starają się podtrzymywać to co wprowadzili mimo że się sypie ze wszystkich stron.

Mało kto zwrócił uwagę że niczym się de facto nie różni indult Franciszka od indultu JP II.

Ma być rzeczą niebudzącą wątpliwości i publicznie wiadomą, że tacy kapłani i tacy wierni nie mają nic wspólnego z tymi, którzy podają w wątpliwość prawomocność i doktrynalną poprawność Mszału Rzymskiego promulgowanego przez Papieża Pawła VI w 1970 r..” 

Tak mówi indult z 1984 roku. A w 1980 roku Jan Paweł II  również rozesłał pytania do biskupów o tzw. mszę trydencką. 98 % biskupów była przeciwna dopuszczaniu tej mszy, bo wiązało się to z podważaniem nowej modernistycznej, posoborowej nauki. 

„Celebracja taka winna być sprawowana tylko dla grup, które o nią poproszą; ponadto ma się odbywać w kościołach i kaplicach wskazanych przez biskupa (jednak nie w kościołach parafialnych, chyba że biskup pozwoli na to w wyjątkowych przypadkach); a także w te dni i pod takimi warunkami, jakie określi biskup: albo na stałe, albo jednorazowo.” 

Można powiedzieć, że uwielbiany JP II był ostrzejszy, bo Benedykt „zezwolił” na odprawianie w parafiach. Może dlatego, że zatroskany, że rewolucja napotyka opór, posłuchał rad kardynalskiej komisji powołanej jeszcze przez Jana Pawła II w 1986 r, która, jak ostatnio doniosła Rorate Caeli radziła :

„Należy zadać sobie pytanie, czy aby sprzyjać pojednaniu, w ogóle trzeba prosić biskupa o zgodę na odprawianie Mszy św. po łacinie.”

„Zgodnie z ogólną mentalnością byłoby wskazane złagodzenie surowości warunków indultu i wyeliminowanie dodatkowych warunków nakładanych na biskupów.” (źródło)

Trudno się przecież spodziewać, że doradzali to z miłości do liturgii. A i tak za czasów Benedykta, aż do rozporządzeń Franciszka, w praktyce żaden ksiądz bez akceptacji biskupa tego nie robił. Można było uzyskać „łaskawą” zgodę jeśli wierni zebrali odpowiednią ilość podpisów.  Benedykt uznał że sprzyjanie „buntownikom” oraz zdanie „Jest to podwójny wyraz jednego i tego samego rytu.” rozwiąże problem , a wszyscy te kłamstwa przyjęli jak obronę Tradycji.

–  Ale to nie rozwiązało problemu. Wręcz przeciwnie. Jak mówią ostatnie „plotki” z poinformowanych źródeł Bergoglio szykuje nowe obostrzenia,:

Według nowych informacji oczekiwana jest nowa konstytucja zawierająca 4 główne dekrety:

  • W żadnym (diecezjalnym?) kościele nie można odprawiać tylko starej mszy.
  • W kościołach (diecezjalnych?) nie wolno celebrować każdej niedzieli w starym rycie.
  • Korzystanie z ksiąg z 1962 r. (z modyfikacjami zarządzonymi przez Franciszka) jest dozwolone tylko do sprawowania Mszy św., a nie do udzielania sakramentów i sakramentaliów.
  • od każdego kapłana wymaga się także odprawiania [publicznie?] według Mszału Rzymskiego Pawła VI  (Źródło)

Ten ostatni punkt z pewnością po to, żeby nie było wątpliwości, kogo się słucha i z kim zgadza. Bo jak chciał JP II – Ma być rzeczą niebudzącą wątpliwości i publicznie wiadomą, że tacy kapłani ”  „osiągnięć” soboru nie poddają w wątpliwość. Aż się ciśnie na usta piosenka wykonywana przy szafie, ze znanego polskiego filmu…  Doskonała tresura.

Komunizm pełną gębą, zresztą wreszcie Bergoglio sam się do niego przyznaje mieszając w to jeszcze Chrystusa. 

 

Wracając do Benedykta XVI , jeśli ktoś jest zainteresowany prawdą, a nie karmieniem złudzeń, to znajdzie wiele opinii opartych na solidnych podstawach, że ten „ratownik” Kościoła to modernista, a modernizm to zbiór herezji. 

Warto zajrzeć choćby tutaj. Trudno znaleźć w innym miejscu tak pokaźny zbiór linków i informacji. 

Warto też pamiętać, że kard. Joseph Ratzinger wielokrotnie zapewniał, że nigdy nie zmienił przekonań z młodości. Jeszcze w 2012 roku „nadzieja” konserwatystów i wielu „tradycjonalistów” nie przyznał się do żadnych błędów.  Napisał z okazji 50 rocznicy Soboru Watykańskiego II wstęp do wydanego zbioru jego pism z czasów Soboru. Dodaje na koniec:  „Mam nadzieję, że pomimo wszystkich ograniczeń, te różne ofiary razem wzięte przyczynią się do lepszego zrozumienia Soboru i urzeczywistnienia go w zdrowym życiu kościelnym.” (źródło)

Może ktoś jest w stanie wyjaśnić – jak to możliwe, że ten sobór, czyli cudowny środek na wszelkie zło, przy okazji walki ze złym jego zrozumieniem ma problem z katolikami wierzącymi tak jak przed soborem? Gdzie ta słynna „ciągłość” wmawiana przez Benedykta?

Plują im w oczy i każą udawać że pada deszcz. To się nazywa „hermeneutyką ciągłości”.

Między innymi dzięki Ratzingerowi przerażająca większość tzw. katolików nie ma pojęcia że zmieniono im wiarę, a ci którzy nawet o tym słyszeli nie potrafią wskazać co to jest modernizm. Niewiele rozumieją poza tym, że oznacza wynaturzenia liturgiczne i herezje, których i tak większość nie dostrzega bo niejasność języka ułatwia branie kłamstwa za prawdę.

Nie wiedzą jaka jest nauka katolicka. A de facto największą herezją modernistów jest to, że każdy jak w Boga, wierzy w to co „czuje” i co mu się wydaje. Tak to można wyjaśnić w skrócie. Każdy jest przekonany że mówi do niego Duch Św. Nie potrzeba już odnosić się do faktów i poznawać prawdę, bo każdy ma swoją – coś kiedyś poczuł np. będąc na mszy, więc to znaczy, że msza jest dobra. To że muzułmanin w Mekce, albo zielonoświątkowiec na demonicznych seansach „wylewania ducha” też przeżywa jakieś uniesienia, nikogo nie zastanawia. Nic nie widzą oprócz tego, że to potwierdzenie ich racji. Do nich przemawia jakiś bóg więc nauką katolicką się przejmować nie muszą, ani nawet jej znać.

Gdzie w tym wszystkim jest Benedykt XVI ? 

Już za pontyfikatu papieża Piusa XII,qq Ratzinger przez Święte Oficjum był „podejrzanym o herezję”  – do spółki z H. de Lubac,  Congarem, czy Rahnerem, którymi był oczarowany i czego nie krył. W seminarium już zaczytywał się w książkach zakazanych przez Kościół, bo jak pisał we wspomnieniach:  „chcieliśmy od podstaw odnowić teologię”. Czy to komuś przeszkadza, że uznawał się za mądrzejszego niż autorytety Kościoła? Raczej nie. Toż teraz to samo podejście mają wszyscy. Publikując treści niewygodne modernistom nie da się tego nie zauważyć.

Takim sposobem, wbrew Papieżowi i  instytucjom strzegącym czystości wiary, teologia katolicka została zamieniona na modernistyczną filozofię. – A przynajmniej zlewała się z nią na tyle, że zamiast wiary dogmatycznej i uznanych nauk, które prowadzą do Boga, filozofia ta zrobiła z wszystkich „mistyków”, którzy spotykają Boga w „osobistej relacji”,  więc tym samym sami dojdą do dogmatów, a być może nie są one nawet potrzebne… Sami sobie teraz je tworzą.

Niebezpieczeństwem w sferze religijnej jest mylenie uczucia z wiarą i „uczynienie z wiary w Boga dialogu wierzącego z Bogiem, który „woła do niego”, abstrahując od pojęciowej treści wiary, to znaczy od prawd, które Bóg objawił — nie mnie, ale prorokom i apostołom — i których naucza Kościół.”  (Wiara zagrożona przez rozum: Hermeneutyka Benedykta XVI„)

Relacja z Bogiem, jak z kimś na równi z nami staje się najważniejsza i karmi pychę ludzką do tego stopnia, że źródłem wiary stają się jakieś myśli, wrażenia, czy uczucia, a nie to czego naucza Kościół.

 

Św. Pius X ostrzegł, że zamiłowanie do nowości, połączone z pogardą dla scholastyki, jest wyznacznikiem modernizmu: „…pasja do nowości zawsze łączy się w nich z nienawiścią do scholastyki i nie ma pewniejszego znaku że człowiek skłania się ku modernizmowi, niż wtedy, gdy zaczyna okazywać niechęć do metody scholastycznej” ( Pascendi , 42). 

Więc kiedy Kościół uczył tego, Ratzinger wspomina:

Trudno mi było przeniknąć myśl Tomasza z Akwinu, którego krystalicznie czysta logika wydawała mi się zbyt zamknięta w sobie, zbyt bezosobowa i gotowa. Mogło to również mieć coś wspólnego z faktem, że Arnold Wilmsen, filozof, który uczył nas Tomasza, przedstawił nam sztywny, neoscholastyczny tomizm, który był po prostu zbyt odległy od moich własnych pytań.

(Joseph Ratzinger, Kamienie milowe: Wspomnienia 1927-1977  1998

Zamiast przystosowywać człowieka do Boga, przystosowano Boga do człowieka. Więc własne „wydaje mi się”  wynikająca z modernistycznej filozofii – ten indyferentyzm religijny, czyli ufanie we własne doświadczenie czegoś jest stawiane wyżej niż to, czego Kościół dotąd nauczał. Bo skoro młody Ratzinger dusił się „w pudełku neoscholastyki” to koniecznie musiał je rozwalić zamiast szukać błędów myślenia u siebie.

Zamiast  posłuszeństwa przekazywanemu przez Kościół konkretnemu nauczaniu snucie własnych rozważań i wniosków – przecież „lepszych” bo wynikających z „osobistej relacji” z Bogiem.

Nie brzmi znajomo? Tym to samym sposobem teraz, kapłani moderniści doszli między innymi do tego, że Komunia do rąk jest dozwolona bo ważniejsze „jak kto czuje”, czyli indywidualizm. 

Skąd wiadomo że „relacja” jest z Bogiem a nie z własnym „ja” o to oczywiście pytać, ani podważyć nie wolno. Tak jak nie wyperswaduje się pseudo charyzmatykom wszelkiej maści, (nie tylko zielonoświątkowcom) że seanse charyzmatyczne z pokładaniem się po podłodze, konwulsjami i bełkotem to nie działanie Ducha Św., a demona.

O szkodliwym wpływie nowoczesnej filozofii można poczytać też w publikowanej u nas książce „U źródeł modernizmu – Studium filozoficzno teologiczne”- Ks. Dr. Jana Ciemniewskiego


Więc kontynuując – Czy szefa firmy której pracownicy robią co chcą, w której donoszą o błędach, kłótniach i malwersacjach a nawet zbrodniach, ktoś by uznał działającym dla jej dobra, a do tego „obrońcą” i „Katechonem” ? A gdy odrzuca się Boga i wielu ludzi idzie na zgubę dzięki tym rządom? Jednak w wypadku dzisiejszych „katolików” większość skupia się na tym, co jeszcze zachowuje szczątki, albo raczej pozory katolicyzmu. Po co? 

Ponoć dlatego, że tzw. lefebvryści to nie Kościół, bo Kościół jest tam gdzie Papież – To niezbyt logiczne, bo  Bractwo Św. Piusa X oficjalnie uznaje posoborowych papieży. Na to żeby ich krytykować też wcale nie mają monopolu, bo ci którzy są obrońcami soboru czyli „ratowania zgliszcz” i nowej mszy sami podważają wybór Bergoglio na papieża i zarzucają mu herezje. Nie da się nie zauważyć, że często robią to w o wiele mniej dyplomatycznych słowach.   Wcale też nie chodzi o samą starą Mszę – wszak indulty nie po to były, żeby zadowolić wiernych, tylko obronić się przed ich ewakuacją do Bractwa gdzie jest przekazywana nauka katolicka i wiara taka jak zawsze wszyscy wierzyli. Jak pisał Benedykt XVI:

To co wcześniej było uważane za najświętsze – forma, w której została przekazana liturgia – nagle pojawia się jako najbardziej zakazana ze wszystkich rzeczy, jedyna rzecz, której bezpiecznie można zakazać (…) Sam jako profesor widziałem jak ten sam biskup, który przed Soborem zwolnił nauczyciela, który był faktycznie nieskazitelny oprócz pewnej niestaranności w mowie, nie był gotowy po Soborze by zdymisjonować profesora, który otwarcie zaprzeczał pewnym fundamentalnym prawdom Wiary. Wszystko to prowadzi sporą liczbę ludzi do zadawania sobie pytania czy Kościół dnia dzisiejszego jest naprawdę tym samym co Kościół wczorajszy lub też czy nie zmienili go na coś innego, nie mówiąc o tym ludziom. Jedyną drogą do przekonania do Soboru Watykańskiego II jest przedstawienie go takim jakim jest: jedną z części nieprzerwanej, wyjątkowej Tradycji Kościoła i jego Wiary. (…) Jeśli ponownie powiedzie się nam wskazywanie i życie pełnią Religii katolickiej w poruszonych punktach możemy mieć nadzieję że schizma Lefebvre’a nie będzie długotrwała.”

Jak można wrócić do pełni „religii katolikiej” jeśli się ją niszczy? Benedykt XVI pokazał tutaj i nie tylko tutaj (polecam przeczytać ten tekst) o co walczą. Doskonale zdawał sobie sprawę co robi.  I całe życie tego bronił i starał się stworzyć pozory jedności i „ciągłości”.  Ale jak można nazwać schizmą to, co dotąd było normą w Kościele i utrzymywać że to ten sam Kościół?

Robienie z Benedykta XVI czy JP II ofiary masonów i modernistów jest kompletnym nieporozumieniem. W pierwszej kolejności byli ofiarą własnych błędów i herezji, których jednocześnie, wytrwale bronili całe życie. Nigdy nie przyznali się do błędu. A jeśli było ” dwóch Benedyktów” to kiedy „stary” odciął się od „nowego” i jak ? Kiedy powiedział: „to i to było złe? Pomyliłem się. Uważajcie, tu jest wilk! ” Nie zrobił tego nawet pośmiertnie w swoim testamencie. Nie zauważył, że wielu wiernych rozpaczliwie szuka w nim ratunku i wołają o słowa prawdy? Zauważył, ale traktował ich do końca jak „wypadek przy pracy”, albo schizmatyków, których trzeba przyciągnąć na swoją stronę. A eutanazja liturgii, która była przez niego „skazana na wewnętrzną śmierć” – jak mówił, do tej pory się nie udała.

Jak można być tak ślepym, żeby nie dostrzec, że coś tu jest bardzo „nie tak” w tym planie „odnowy”. Ponoć „największe umysły Kościoła” a ani jeden, ani drugi, nie potrafili przyznać się do błędu.

Ale wszyscy podziwiają ich za to, że „odnawiając” podmienili Kościół starając się tylko uwiarygadniać, gdzie nie gdzie katolicką nauką – oczywiście tam gdzie akurat nie kolidowała z ich poglądami. Faktycznie trzeba się wspiąć na wyżyny intelektu, żeby zamotać ludziom w głowie tak, żeby góry kłamstwa posypane prawdą stały się do przyjęcia.  

Po tak ocenionym soborze wystarczyło, że pasterze „jednak” nie same herezje sobą reprezentowali. Ale Luter też nie!

No tak, ale on jeszcze był schizmatykiem i odszczepieńcem. Teraz już nie jest. Sam Benedykt odradzał nawracanie swojej tłumaczce która zmarła jako luteranka: „był także kardynał Ratzinger, który według własnego świadectwa poradził Sigrid Spath, aby pozostała protestantką i nie nawracała się na Kościół katolicki, jak rozważała w chwili kryzysu. Mogłaby zrobić więcej dla obu kościołów, gdyby pozostała protestantką, powiedział kardynał.” (źródło)

Luterański teolog Oscar Cullmann  zaproszony na II Sobór Watykański o którym Benedykt pisał „ Cullmanna i mnie łączyła głęboka duchowa przyjaźń od czasów Soboru”  nazywa go radykalnym progresistą. I to była nie tylko jego opinia. Do prawdy i do jego nawrócenia też nie doprowadził. Mimo tej „duchowej przyjaźni” i dialogowania. Przykładem najwyraźniej też nie. Więc po co te wszystkie teorie ekumeniczne o „dążeniu do jedności”? Przecież żydów i protestantów nie trzeba nawracać tylko z nimi „dialogować” – to jest motto Benedykta. Może po to, żeby protestantom udzielać Komunii, jak to robił na pogrzebie JP II.

Więc wzbiera we mnie obrzydzenie jak u tzw. katolików, widzę rozmienianie się na drobne, co jest w modernistycznym kościele dobre, a co złe. Kiedy chodzić na nową mszę a kiedy nie, kiedy iść i wystawiać się na niszczenie resztek wiary, a kiedy nie. I to jest ta Chrystusowa mowa – Tak, tak – nie, nie? Albo idziesz do tych którzy niszczyli wiarę i Kościół od dziesiątków lat i dalej chcesz wsiąkać truciznę, albo nie? 

Wszyscy żyją jak zahipnotyzowani i szukają igły prawdy w stogu błędów, wypaczeń,  bluźnierstw i najzwyklejszych bredni. Żaden z autorytetów które akceptują (bo mówią im tylko to , co są w stanie przyjąć), przecież im nie powie – nie idź na tą mszę bo obrazisz Boga.  Mówią: musisz iść na mszę która obraża Boga… żeby nie obrazić Boga. W modernizmie nie przywiązuj się do logiki.

Są rzeczy, których nie wolno mówić i ci, którzy nawet dopuszczają krytykę stosują zasadę – byle na łańcuchu.

Więc wszystkie szczekaczki które bulwersują się i nazywają zdrajcami tych, którzy wybrali prostą drogę: Oto widzicie co warte wasze metody. Może wam się wydaje że modernistom robicie na złość, i ich czegoś nauczycie, ale robicie dokładnie to czego chcą. 

Książka asystenta Benedykta, abp. Gänsweina,  już tylko czekała w blokach startowych na śmierć „emeryta”. – zaraz wydana aby rozczulić czytelnika. Przecież absolutnie nie po to, żeby siły walczące w modernistycznym Kościele szykowały się do kolejnej rozgrywki. My dobrzy moderniści od Benedykta- i tamci źli od Franciszka. A ty owco, czy raczej baranie, opowiadają się po której stronie jesteś! Szukaj prawdy u nich – w żadnym razie nie tam gdzie prawdziwa nauka katolicka. 

 

A tutaj dla tych którzy wyciskają łzy nad „bólem serca” Benedykta z powodu czynów Franciszka cytat z listu w podziękowaniu za otrzymanie zestawu 11 książek pt. „Teologia Papieża Franciszka”.

„Pochwalam tę inicjatywę” – pisze Benedykt o Franciszku. „Jest to sprzeczne z niemądrymi uprzedzeniami tych, którzy postrzegają papieża Franciszka jako kogoś, kto nie ma szczególnej formacji teologicznej i filozoficznej, podczas gdy ja byłbym wyłącznie teoretykiem teologii z niewielkim zrozumieniem konkretnego życia dzisiejszego chrześcijanina.

 tomy te „rozsądnie pokazują, że papież Franciszek jest człowiekiem o głębokiej formacji filozoficznej i teologicznej i pomagają dostrzec wewnętrzną ciągłość między dwoma pontyfikatami, nawet przy wszystkich różnicach w stylu i temperamencie”.

Jesteście niemądrzy i uprzedzeni drodzy czytelnicy, zwalczający heretyka Bergoglio. Benedykt i Franciszek to jedna i ta sama teologia i „wewnętrzna ciągłość”. A ten „Katechon” raczej przybliżył nadejście antychrysta zamiast powstrzymywać. I nie mam tu na myśli samego Franciszka, jakby myśleli niektórzy, bo samo zniszczenie Kościoła do którego Ratzinger się niewątpliwie poważnie przyczynił nie jest niczym innym jak wykładaniem czerwonego dywanu szatanowi.

Na podstawie tego co dotąd przeczytałam o Ratzingerze stwierdzam, że robił wszystko, co mógł, ale nie żeby ratować Kościół, ale aby obronić Sobór którego postanowień sam był współautorem. Kiedy stało się to zbyt trudne, to po prostu ustąpił pola następcy. Prawdziwe męczeństwo! Santo Subito!!


Agnieszka Szaroleta


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: