Rozmyślania o miłości Bożej (32) – O potrzebie zwalczania miłości własnej

I.

Miłość własna, wyraźna, wybitna, przez którą w wielkie i ciężkie popadamy grze­chy, jeśli nam nie brak bojaźni Bożej, łatwo spostrzec się daje. Głos sumie­nia wyrzuca nam nieustannie, że gwałce­nie praw i przykazań Bożych, aby wa­snym upodobaniom i skłonnościom do­godzić, jest ciężką zbrodnią, którą Bóg prędzej lub później ukarać musi. Tylko niesłychanie zepsuta natura i zła wiara, mogłyby uniewinniać miłość własną do tak wysokiego posuniętą stopnia; a i tak pomimo wszelkich usiłowań, nie osiągnę­łaby zamierzonego celu; ponieważ sumie­nie wystąpiłoby przeciw niej samej, w obronie praw Boskich, a na próżno szukałaby sposobu, któryby je do milcze­nia przymusił.

Lecz chociaż wyrzucamy sobie grze­chy popełnione, choć się z nich oskarża­my i czynimy pokutę; nie zawsze jednak szukamy ich przyczyny, nie badamy ich źródła, nie staramy się zło z korzeniem wytępić. Stąd to pochodzą nieustanne upadki i niebezpieczeństwo trwania w grzechach i niedoskonałościach, które nam zagraża, pomimo obietnic poprawy. Jest to rzeczą wprost niemożliwą, oznaczyć do jakiego stopnia powinniśmy walczyć z miłością własną, aby się ustrzec w zu­pełności przed upadkiem w grzechy śmier­telne;

dlatego też ci, którzy lekceważą ją sobie w rzeczach małej wagi, według swych pojęć, zawsze prawie w końcu przychodzą do tego, że stopniowo robiąc jej ustępstwa w rzeczach ważniejszych, wpadają ostatecznie w grzechy wielkie i ciężkie. Ten to brak ostrożności i gorą­cego ducha, wywołał z ust Chrystusa Pana straszny wyrok przeciw duszom oziębłym: „Bodajbyś był zimny, albo go­rący; ale ponieważ jesteś letni, przeto wyrzucam cię z ust moich!”

To znaczy, że skoro lekceważysz sobie miłość moją, to ci ją odbiorę i prawdopodobnie nigdy już jej nie odzyskasz! To nieszczęście grozi każdej duszy, choćby wysoko już posuniętą była na drodze doskonałości, jeżeli oszczędza rozmyślnie swoją miłość własną w rzeczach drobnych, na, pozór, w których jednak Bóg wymaga od niej i żąda, aby Mu z nich ofiarę złożyła.

Saul, w początkach swego panowania, kierował się Duchem Bożym, lecz Samuel mu przepowiadał, iż wkrótce przemieni się w innego człowieka. I rzeczywiście, w niedługim czasie dostał rozkaz wytę­pienia narodu Amalecytów, z własnej woli jednak oszczędził ich króla Agaga, wraz z najprzedniejszą częścią jego orszaku. Za tę samowolę i brak posłuszeństwa, odstąpił go Duch święty, a natomiast zły duch go opanował, i nigdy już łaski Bo­żej nie odzyskał. Przykład ten jest ude­rzający. Miłość własna jest tym Agagiem, tym narodem Amalecytów, którego Bóg ścigać nam każe i tępić bez wyjątku i miłosierdzia. W czemkolwiek z własnej woli robimy ustępstwo , oszczędzając choćby w drobnej rzeczy wrodzone nam złe skłonności: narażamy się na ten sam los, jaki spotkał Saula.

II.

Miłość własna, delikatna i subtelna, przez którą wpadamy w niezliczoną ilość grzechów powszednich, a której najczę­ściej sami nie dostrzegamy nawet, — tyle posiada rozmaitych zręcznych wybiegów i forteli, tak się ukrywa i tak zgrabnie tłumaczyć i usprawiedliwiać się potrafi, że jest w istocie rzeczą nadzwyczaj tru­dną ją wyśledzić i z jej wykwintną przebiegłością walczyć. Ona to przepełnia nasz umysł tysiącem fałszywych przesą­dów i pojęć, pod względem wypełniania naszych obowiązków chrześcijańskich; ona rozbudza w sercu naszym skłonność do rozmaitych uczuć wstrętnych, lub niewła­ściwych przywiązań, które właśnie Pismo święte każe nam przezwyciężać i zwal­czać.

Ona w reszcie jest powodem , że jakkolwiek unikamy życia występnego, długie lata jednak nie robimy żadnego na drodze miłości Bożej postępu i życie w wielkiej niedoskonałością nam upływa.

Większość chrześcijan żyje tak z dnia na dzień, i nie ma nawet pojęcia ani wy ­obrażenia o stanie swej duszy, nikt im zarzucić nie może, aby w rzeczach ważmych przekraczali przykazania Boże, stąd też ani na myśl im nie przychodzi, że są zarażeni miłością własną, że żyją pod jej wpływem, i że ona wszelkimi ich sprawami kieruje.

Takim i to ukrytymi i bezwiednymi wyznawcami miłości własnej, świat jest przepełniony; a nawet niepodobieństwem byłoby ich przekonać, że są dotknięci tą straszną chorobą! Wszyscy ci którzy dzielą wspólne z nimi życie, jasno to wi­dzą i nieraz wiele mają z tego powodu do cierpienia; oni jedni tylko nic o tym nie wiedzą i wiedzieć nie chcą.

Ileż to ludzi rządzących się własnym rozumem, oddanych niewolniczo wadom swego charakteru, chciwych władzy do najwyższego stopnia, pragnących swiat gdy podbić pod swoje panowanie, narzucając wszystkim swoje pojęcia i swoją wolę, i wymagając aby jej ulegali wszyscy, którzy są w uporze nieugięci, niezdolni u drugich zasięgać rady, ani też słuchać jakichkolwiek, choćby przedstawień, a tym mniej im ulec!

Niech by ktokolwiek powiedział im , że są niewolnikami miłości własnej i że kierują się skłonnościami i wpływem natury a nie łaski: podobna uwaga wywołałaby u nich najwyższe oburzenie; uroczyście zaprze­czyliby temu, lub też odpowiedzieliby, że z takiej gliny przez Boga ulepieni zostali, a zatem nie jest to w ich mocy, aby się odmienić i przerobić mogli. Może zna­leźliby się i tacy, którzy mniej zarozu­miali i pyszni, przyznaliby otwarcie, że nie mieli pojęcia, iż należy aż tak da­leko posuwać walkę z miłością własną; dodając przy tym , że nie czują w sobie dostatecznej odwagi i siły aby tę walkę rozpocząć, a tym mniej wytrwać w niej do końca. A jednak koniecznie potrzeba zdobyć się na tę odwagę, trzeba o nią prosić Boga, zaczynać i próbować; a jak­kolwiek w początkach spotykać nas będą niezliczone, rozmaitego rodzaju trudności, nie zniechęcać się tym wcale, jeżeli szcze­rze pragniemy, aby miłość Boża wzięła w sercu naszym przewagę nad miłością własną.

III.

Jeżeli światło nadprzyrodzone, ten dar Ducha świętego, nie rozjaśni naszego ro­zumu, nic nam nie pomoże: ani bystrość umysłu, ani delikatność uczucia, ani też baczność i uwaga nad poruszeniami na­szego serca, aby je uchronić i zabezpie­czyć przed w pływem miłości własnej; jako też nabyć zdolności do rozróżnienia jej delikatnych odcieni.

A choćbyśmy je jak najdokładniej poznali, jeszcze nie zdo­bylibyśmy się nigdy na to męstwo i odwagę, aby do ostatecznych granic wytępiać złe skłonności naszej natury, gdyby Bóg nam nie udzielił potrzebnej do tego pomocy i łaski. Aby jednak obudzić w so­bie prawdziwe i szczere pragnienie, otrzy­mania od Boga tego światła i siły, aby stało się ono zwyczajnym przedmiotem gorących modlitw naszych ; i abyśmy po otrzymaniu tej łaski umieli dostatecznie z niej korzystać: trzeba mieć koniecznie mocne postanowienie, jak najwierniejszego wypełniania, o ile nam tylko sił starczy, tego szczytnego przykazania miłości Bo­żej; potrzeba poddać się najzupełniej pod kierunek łaski, i we wszystkiem ślepo jej wpływowi ulegać. Na ten krok stanowczy, na to mężne postanowienie, nie wiele dusz zdobyć się potrafi!

Spraw miłosier­ny Boże, abym ja do ich liczby zaliczyć się mógł, nie odmawiaj mi tej łaski i te­go najwyższego szczęścia; niechaj to postanowienie niezłomne i trwałe, będzie zbawiennym skutkiem tych moich reko­lekcji !

Wiem jednak, że przy najlepszej mo­jej woli, usiłowaniach i czujności, nie zdołam nigdy zadać ostatecznego ciosu mej miłości własnej. To musi być nie­odzownie dziełem Twej potęgi, o Boże !

Aby duszę uświęcić, dopełnić wyniszcze­nia wszelkich jej złych skłonności i bar­dziej zbliżyć do siebie, zsyłasz na nią rozmaite doświadczenia i krzyże. Byłoby to zarozumiałością i zuchwalstwem z mej strony, prosić Cię o nie ; doświadczenie mnie nauczyło, jak jestem słabym i nie-zdolnym sam z siebie do przetrwania choćby najlżejszych cierpień. Lecz o Bo­że mój! jeżeli z najmędrszych wyroków Twoich przeznaczyłeś mi krzyż jaki, któ­ry ma mi posłużyć do zupełnego wy­niszczenia tego wszystkiego, co się we mnie sprzeciwia 'wpływowi świętej mi­łości Twojej: daj mi tę łaskę, abym ów krzyż z zapałem przyjął, i abym mężnie niósł go, choćby do ostatniej życia chwi­li, — w tem przekonaniu i w tej ufności, że jest on dla mnie najwyższą łaską z Twojej strony; bo najczęściej nawie­dzasz krzyżam i tylko te dusze, które Ci są drogie. Przede wszystkiem błagam Cię, abym brakiem wierności w odpowiedze­niu Twej łasce i brakiem odwagi w pogwałceniu zepsutej natury mojej, nie sprzeciwił się Twej najświętszej woli i nie stała się niegodnym Twej opieki, pomocy i łaski!

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Skomentuj