Rozmyślania o miłości Bożej (19) – Pan Je­zus zawsze i wyłącznie zajęty był sprawami Ojca

Miłość ku Bogu sprawiała, że Pan Je­zus zawsze i wyłącznie zajętym był sprawami swego Ojca.

 

I.

Miłość ku Bogu utrzymywała Jezusa Chrystusa, zawsze i wyłącznie zajętym sprawami swego Ojca. 
Zastanów y się nad tymi wyrazami  „Zawsze i wyłącznie”. A zatem nie było jednej chwili Jego życia, którą innemu poświęciłby celowi; uwielbiał On nieustan­nie Boga, tak przez uczucia wewnętrzne, jak przez uczynki, lub cierpienia. Życie Jego było krótkie, lecz pełne poświęceń i ofiary miłości. Innego celu prócz chwały Swego Ojca nigdy nie miał, ani też żadnych osobistych widokow, nie­zgodnych z wolą Boga; według słów  Świętego Pawła: „Chrystus nigdy nie miał upodobania w sobie„. Miłość pochłaniała Go tak dalece, że nie tylko żadnej osobistej nie szukał korzyści, ani w tem, ani też w przyszłem życiu: ale Jego doskonałość właśnie na tem pole­gała, że nie był w stanie nawet zajmo­wać się Sobą, było to w prost przeciwne Jego Boskiej naturze. „Jeżeli sam Siebie uwielbiać będę„, — mówił do uczniów — „żadnej stąd nie odniosę chwały. Lecz Ojciec mój, który jest w niebiesiech, Ten mnie uwielbi„. „Pochłaniała Go gorli­wość o chwałę Ojca”. „Pokarmem Jego było, spełnienie woli Tego, który Go posłał; i zawsze się stosował do Jego świętych upodobań i natchnień”.

 

Właściwością miłości Bożej, w duszach sprawiedliwych, są te same oznaki, jakkolwiek w znacznie niższym stopniu.
Weźmy przykłady z żywotów świętych, znajdziemy tam , że z chwilą, w której oddali się na służbę Bogu, zawsze i nie­ustannie, w najdrobniejszych szczegółach ich życia, przebijała się jedynie miłość i pragnienie chwały Bożej; wszelkie ich zamiary, rozmowy, zamysły i uczynki, do tego tylko celu zmierzały; o ile to możli­we dla słabej natury ludzkiej, najzupeł­niej zapomnieli o sobie, aby myśleć wyłącznie o Bogu. Czy mój umysł i serce tak samo ku Bogu zazwyczaj się zwra­cają? Czy miłość Boża i pragnienie Je­go chwały, są głównymi czynnikami wszystkich moich myśli, uczuć, zamia­rów i uczynków? Jeśli niestety, tak nie jest, i jeśli są przerwy czasu, w których krócej lub dłużej zajmuję się osobistemi sprawami, albo też upodobaniem w stworzeniach: wtedy zaprzeczyć nie da, że miłość moja ku Bogu jest bardzo słaba, i że bardzo oddalony jestem od mojego wzoru.

 

Lecz czy jest to możliwem, dla rozumu i serca ludzkiego, aby zawsze i wszedzie Bogiem zajęte były? Owszem nie przekracza to wcale prawie możliwości jeżeli pamiętać będziemy o wska­zówkach jakie wyżej podaliśmy, odnoszą­cych sie do trzymania się zawsze w obecności Boskiej. Dusza kochająca i prawdziwie Bogu oddana, nigdy podobnych pytań nie daje; zdziwiłoby ją raczej przy­puszczenie, możliwości dobrowolnego zaj­mowania się jakimkolwiek innym przed­miotem a nie Bogiem!

Kochajmy; – a tą drogą najłatwiej obudzimy w sobie pragnienie nieustannego i wytrwałego zajmowania się Panem Bogiem; następnie  z pomocą łaski przyzwyczajamy  się powoli to pragnienie w życie praktyczne wprowadzać i rzeczywiście zajmować się Bogiem; a na koniec Bóg błogosławiąc wytrwałości naszej, utwierdzi nas w tym ćwiczeniu do tego stopnia, że przeniknie ono i wejdzie w naszą naturę, tak że już sami nie potrafimy zajmować się czem innem jak tylko miłością Bożą.

Namiętności i złe żądze nasze, w których nie­raz uwikłani jesteśmy, taką posiadają potęgę nad naturą naszą, że zajęci ulubionym przedmiotem, nie czujemy wcale krępujących nas więzów i upadlającej niewoli.

Dlaczegóż więc nie odczuwamy tego samego upojenia wobec miłości Bożej, która we właściwem znaczeniu pojęta, wcale nas krępować nie może, lecz przeciwnie, do prawdziwej wolności otwiera nam drogę!? Niechaj ci nieszczęśliwi, których serca zimne i nieczułe, nie są w stanie zapłonąć ogniem Boskiej miło­ści, nazywają to uczucie nierozsądnem szaleństwem; niechaj z lekceważeniem i pogardą spoglądają na tych, którzy wszystko poświęcili dla Boga: Bóg jednak, który ofiarę miłości wysoko ocenia, wiernie oddane Mu dusze, nad wszelkie ich pojęcie w przyszłości nagrodzi.

 

 

II. 

Miłość utrzymywała nieustannie Jezusa Chrystusa w zależności od Ojca. Poddając Mu najzupełniej Swój rozum i pojęcie, nie miał i nie chciał mieć nigdy żadnej myśli, która nie byłaby przez Ojca natchniona. Poddawał Mu również wszelkie uczucia serca Swego, tak dalece, że najlżejsze poruszenia tegoż były wyłącznie ku Bogu skierowane i Boską natchnio­ne miłością. Każdy wyraz nawet, każde słowo wyszłe z przenajświętszych ust Jego, było jak to Sam w Ewangelii świętej potwierdza, natchnione przez Ojca, z którym w ścisłem połączeniu żył nieustannie. Wszystkie wypadki Swego ży­cia, w najdrobniejszych szczegółach, woli Swojego poddał; nic nigdy nie czy­nił z własnego wyboru. Jakkolwiek Sam dobrowolnie zgodził się na wszystko, co od wieków przez Boga przeznaczone, a od Proroków przepowiedziane było; przyjął wszystko, aż do najmniejszych
okoliczności, w tych warunkach, jak Bóg postanowił; i trzymał się ściśle tego roz­porządzenia, nic nie dodając i nic nie zmieniając według własnej woli i upodo­bania. W uczynkach swoich, również woli Ojca był poddany; spełniając jak najściślej to tylko, co było Jego Ojca ży­czeniem. 

Aż do trzydziestego roku ży­cia, w cichej pracy ręcznej, ubóstwie i ukryciu, żył poddany Rodzicom Swoim, i był Im z woli przedwiecznego Ojca we wszystkiem posłuszny. Podczas trzech­letniego życia- publicznego, to samo; wszystko cokolwiek czynił, każda podróż, każde miejsce w którem się zatrzymy­wał, wszystkie nauki i cuda, niemal krok Jego każdy, były kierowane wolą i na­tchnieniem Ojca; jak też i w życiu wewnętrznem, wszystkie Jego modlitwy ust­ne i myślne, tak co do czasu, jak i ilo­ści; stosunek Jego z uczniami; wszystkie cierpienia całego życia; i wkońcu strasz­na i haniebna śmierć na drzewie Krzyża; słowem od pierwszego tchnienia, do osta­tniej chwili Jezus Chrystus żył w stanie biernym, kierowany niewidzialnie ręką i wolą ukochanego Ojca Swojego; a Swo­jej własnej woli używał jedynie w tym celu, aby odpowiedzieć natchnieniom i współpracować z zamiarami Bożymi.

 

Ta zależność Jezusa Chrystusa najzu­pełniejsza i najdoskonalsza jaka kiedy­kolwiek mogła być na świecie, wydaje mi się nad wszelki wyraz krępująca i twar­da; sama myśl o niej przejmuje mnie przerażeniem i trwogą. Natura wzdryga się na tego rodzaju ślepe posłuszeństwo; wolałaby już raczej zależność więcej ograniczoną, stosując się ściśle do zaka­zu lub rozkazu w pewnych przepisach, któreby jednak przynajmniej nie krępo­wały jej uczuć i myśli. Jakto?! nie mieć nigdy w niczem własnego wyboru! nie móc kroku jednego z własnej woli postawić! być zmuszonym zawsze i we wszystkiem stosować się wyłącznie do
upodobania Bożego! Wszak to najstrasz­niejsza, jaką wyobrazić sobie można, nie­wola !

 

Jeśli w ten sposób myślę i mówię, zdradzam tem samem, że nie mam naj­mniejszego pojęcia o miłości Bożej, ani o zakresie jej praw nade mną; że zarazem nie pojmuję tego szczęścia i słodyczy, jakie są udziałem tych wszystkich, którzy żyją w zależności Bożej, i którzy za nic w świecie nie chcieliby się z pod niej wyłamać. Święty Augustyn przepięknie w dwóch słowach tę zależność określił:  „Kochaj tylko, i rób co ci się podoba!”.
Rzecz naturalna bowiem, że kto kocha, nigdy nic przeciwnego miłości popełnić nie może; bo tem samem musiałby prze­stać kochać. Można też i w innych słowach to samo wyrazić:

„Kochaj, a tym sposobem zdobędziesz możliwość czy­nienia co ci się podoba”: ponieważ pod wpływem miłości, sam i bezwiednie pój­dziemy za jej głosem, i pragnąć będzie­my tylko tego, czego miłość od nas za ­żąda. Tym więc sposobem żyjąc nieu­stannie pod wpływem i pod natchnienieniem miłości, spełniać tem samem wła­sną wolę będziemy, znajdując najwyższą rozkosz w poddawaniu się i uleganiu wszelkim poruszeniom łaski.

Jeżeli tego uczucia nie doświadczałem jeszcze, zna­kiem to jest, iż do tej pory nie kochałem prawdziwie; a jeżeli rzadko kiedy mu podlegałem , to mam oczywiście dowód, że wpływ miłości rzadko mną powoduje.
Są dusze, którym niepodobna tego wytłumaczyć; lecz w istocie Bóg przestałby być Bogiem i musielibyśmy stracić zaufanie w Jego dobroć i potęgę, gdyby nie umiał skłonić serca wiernych dzieci swoich, aby wolę Jego umiłowały nad wszyst­ko, i nie z musu, lecz z upodobania pod­dały się jej wpływowi, znajdując w tem prawdziwą rozkosz i szczęście. Ale jak już wyżej powiedzieliśmy, to się wytłumaczyć nie da; i słusznie święty Bernard w naukach swoich wspomina: „Mowa mi­łości, jest niepojętą, obcą i srogą dla tych, którzy nie kochają!”

 

 

III.

Miłość skłoniła Jezusa Chrystusa do przyjęcia z ochotą i radością woli Swego Ojca i do poddania się z zapałem wszel­kim jej rozporządzeniom , jakkolwiek były one pod nader trudnymi i ciężkimi wa­runkami. Z chwilą przyjścia Swego na świat, poświęcił się Ojcu jako ofiara za­dośćuczynienia, i później całe życie Jego, było jednem pasmem poświęceń i dąże­niem do tego szczytu ofiary, która w ca­łej pełni na Kalwarji dopiero dokonaną została.

Sądząc jedynie z objawów ze­wnętrznych, ofiara ta przejąć musi dresz­czem trwogi i przerażenia, dusze naj­odważniejsze, Ale gdybyśmy przeniknąć byli w stanie wszystkie wewnętrzne cier­pienia i boleści Jezusa Chrystusa, które stokroć przewyższały Jego cierpienia fi­zyczne, widok tychże niezawodnie o śmierć by nas przyprawił. Sama boleść tylko jaką odczuwał na w spomnienie grzechów całego świata, była tak ogromną, że ża­dna ludzka istota przenieść by jej nie po­trafiła, i jedynie Bóg Człowiek mógł taką boleść przetrwać.

 

Jak Jezus Chrystus tę ofiarę wypełnił?
Wypełnił ją najdoskonalej, w sposób praw ­dziwie szlachetny, bez ociągania się i bez wszelkich zastrzeżeń;—bez zastanawiania się nad ogromem upokorzeń i cierpień, które Go nieodwołalnie czekały. Od pierwszej chwili Jego przyjścia na świat, wszyst­ko najwyraźniej zostało Mu objawione; przejęty gorącą ku Bogu miłością i pra­gnieniem przypodobania się Mu, zgodził się na wszystko, i byłby chętnie większe i cięższe jeszcze przyjął cierpienia, gdyby Bóg był tego zażądał. I jak też wypełnił te swoje zobowiązania? Jak najlepiej i najdokładniej, nie zaniedbując i najdro­bniejszej okoliczności: wypił do dna kie­lich goryczy; i oddał Ducha wtedy dopiero, gdy się już wszystko wypełniło! — jak to ostatnie Jego słowo wyrzeczone na Krzy­żu potwierdza. Tak to największa mi­łość, jaka kiedykolwiek na świecie istnia­ła, największem poświęceniem i ofiarą uczciła i uwielbiła Boga!

 

Oto mój wzór do naśladowania: w przy­bliżeniu przynajmniej powinienem dążyć do tego, aby ile możności, życie moje zastosować do życia Jezusa Chrystusa.

Miłość prawdziwa nie zasadza się na odczuwaniu słodkich poruszeń serca; nie na robieniu pięknych obietnic i wytwa­rzaniu w umyśle rozmaitego rodzaju fan­tastycznych ofiar, które prawdopodobnie nigdy do skutku nie przyjdą. Taka płyt­ka miłość nic nie kosztuje a raczej miło­ścią nazywać się nie może, jeżeli ją lekko zbywamy i nie chcemy nic dla niej po­święcić. Miłość koniecznie wymaga ofiar;  wymaga chętnego oddania tego wszyst­kiego, co przedmiot ukochany od nas za­żąda; oddania bez namysłu, bez żalu; owszem z największą radością i pragnie­niem, aby więcej jeszcze od niej żądano; miłość nigdy się nie zadawalnia tem, co już zrobiła i zawsze pragnie czynić więcej.

W miłości ku Bogu, żadne ograni­czenia ani zastrzeżenia miejsca mieć nie mogą. Kochać prawdziwie, to znaczy służyć Bogu zarówno w słodyczy, jak w oschło­ści, cierpieć chętnie wszystko co Bóg zsyła, choćby natura nasza najbardziej się sprzeciwiała temu, tak utrapienia we­wnętrzne czy to umysłu, czy serca, jak i dolegliwości fizyczne; cierpieć w miarę i w sposób, jaki się Bogu podoba; i na­wet krzyże, jakie On nam zsyła, chętniej przyjmować, niżeli wszelkie inne z wła­snego wyboru; znosić te cierpienia, bez ulgi, bez pociechy, jeżeli taka jest wola Boża; a znosić je tak długo, jak to Bóg uzna za stosowne, nie skarżąc się i nie narzekając, choćby trwać miały do osta­tniego naszego tchnienia; i nie pragnąć nawet uwolnienia się z tych cierpień.

 

Mógłby nam kto zarzucić, że wyma­gamy zbyt wiele, że taka doskonałość przechodzi ludzkie siły; być może, dla serc niedołężnych i słabych. Lecz dla dusz pragnących doskonałości i uświątobliwienia się, miłość właśnie jest tą drogą, która je najłatwiej doprowadzi do celu; i każdy kto tylko pragnie szczerze, może za łaską Bożą tę doskonałość osią­gnąć. Taką była miłość Jezusa Chrystu­sa; taką też i moja być powinna; bo każ­da inna miłość, która nie postępuje Bo­skim Jego śladem, jest tylko złudzeniem!
O Boże mój! nie czuję w prawdzie tego szlachetnego poryw u, aby iść wszędzie i zawsze za głosem miłości. O ddaję Ci jednak serce moje na wyłączną własność, ufam bezgranicznie łasce Twojej, że je tak usposobić raczy, iż z własnej woli zapragnie wszystko cierpieć i wszystko co zażądasz uczynić dla Ciebie. Potem zsyłaj na mnie wszelkie doświadczenia i próby, według Twej woli i upodobania.

 

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

 

Codziennie wieczorem wspieramy osoby wyrażające swoje poddanie się woli Boga naszą modlitwą:

Niech się stanie wola Twoja! (Módlmy się)

„Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie.”

Wskazane jest też dodać za Matką Boga: „Oto Ja służebnica(sługa) Pańska(i), niech Mi się stanie według Twego słowa!”

Codziennie wieczorem wspieramy osoby tak wyrażające swoje poddanie się woli Boga modlitwą :

CZYTAJ CAŁOŚĆ