Rozmyślania o miłości Bożej (8) – O przeszkodach do miłości Boga i korzyściach z niej wypływających

Rozmyślania o miłości Bożej (7)- „Będziesz kochał Pana i Boga twego nade wszystko”(cz.2)

O przeszkodach do miłości Boga i ko­rzyściach wypływających z tejże.

I.

Jeżeli powyższe nauki i przykłady nie przekonały mnie dostatecznie o nieodzownem i koniecznem zachowaniu w całej pełni i w najdrobniejszych szczegółach, tego, tak pod każdym względem ważnego przykazania miłości Bożej, w takim razie muszę sobie powiedzieć: że nie znam w cale ani Boga, ani Jego niezaprzeczonych praw nade mną nie rozumiem ; nie znam siebie samego i nie pojmuję moich najpierwszych i najważniejszych obowiązków; nie zastanawiam się i nie obejmuję rozumem, czem Bóg Sam w sobie, jakiej czci i uwielbienia jest godzien, co dla mnie uczynił, co mi przyobiecał, do jakiego niepojętego przeznaczył mnie szczęścia, i jakich warunków wymaga ode mnie, abym to szczęście rzeczywiście mógł osiągnąć. Zapominam widocznie o tem, że Bóg jest moim początkiem i ostatecznym moim końcem; że pominąw­szy wszystkie inne przyczyny, już z tych dwóch powodów nieskończenie kochać Go powinienem.

Czy patrzę na siebie jako na dzieło rąk Bożych, czy jako chrześcijanin, przez wiarę ten mój tytuł oceniam, czy się pytam rozumu lub ser­ca; czy spoglądam w około siebie, lub też we wnętrze mej duszy: wszystko mi odpowiada, że powinienem Boga nade wszystko i całą potęgą sił moich ukochać; że żadne zobowiązanie na świecie, sprawiedliwszem i świętszem być nie może, ponieważ ono jest właśnie źródłem wszelkiej sprawiedliwości i świętości: że gdyby to przykazanie nie istniało, w takim razie żadna sprawiedliwość nie miałaby opar­cia i musielibyśmy zaprzeczyć istnieniu wszelkiej podstawy moralności, wszelkiej łaski tak naturalnej jak nadnaturalnej; że na koniec to słodkie przykazanie miłości Bożej, żadną miarą nie może nam być uciążliwem, ponieważ jest ono z samego rzeczy porządku, konieczną i nieodzowną serca mego potrzebą i żadną miarą nie mogę się czuć szczęśliwym, pokąd to przykazanie zaniedbywać będę.

Jeśli to przykazanie nuży mnie i uci­ska, wówczas mam niezbity dowód, że ulegam ślepo moim zgubnym i niedo­rzecznym namiętnościom; mojej pysze, której wszelkie jarzmo cięży, i która pra­gnie zawsze być niepodległą, i w reszcie miłości własnej, ku której zwracam wszel­kie uczucia mego serca.

Lecz czyż godzi się abym w rzeczach tak ważnych, gdy rozchodzi się o prawa Boże i o moje wobec Boga zobowiązania, liczył się z mojemi samowolnemi i zgubnemi upodobaniami? Straszno pomyśleć, w jakim stopniu zepsucia pogrążona jest nieszczę­śliwa natura nasza i jak bardzo oddaliła się od tego pierwiastka prawości, w któ­rą Bóg ją uposażył w pierwszej chwili istnienia, skoro takiego doświadcza wstrę­tu wobec poddania się miłości Bożej i tyle gwałtu zadawać sobie musi, aby to najszczytniejsze przykazanie wypełniać; gdy tylu rozmaitych używa wybiegów, tyle nędznych przytacza powodów, byle się tylko z pod tych krępujących ją praw wyłamać, lub co najmniej, ile możności ścieśnić tychże granice, wmawiając w sie­bie, że już wszelkim zobowiązaniom za­dość uczyniła, jeśli jawnie i otwarcie nie przekracza prawa Boskiego.

Żalę się i narzekam, że to przykaza­nie nadto moją wolną wolę krępuje. Tru­dna rada, Pan Bóg nie mógł to mojej woli i upodobaniu do decyzji zostawić, czy i ile powinienem Go ukochać. A zre­sztą czyż to rzeczywiście moją wolną wolę krępuje, jeśli tę wolę stworzoną i usposobioną do ukochania wszystkie­go, co piękne i dobre, zwracam nieu­stannie ku najwyższemu Pięknu i Do­bru? Jeśli wszelkie upodobania moje i przywiązania do stworzeń, podnoszę i kie­ruję do źródła wszelkiej miłości? Wszak to tylko tę wolę moją uszlachetnić i uzacnić może, a żadną miarą nie nakłada na nią niewygodnych więzów i pęt! Przeciwnie, to przykazanie miłości służy nam raczej do udoskonalenia naszej woli, do utrzymania jej w należytym porządku, chroni ją przed zaślepieniem, któreby ją zmieni­ło z łatwością w narzędzie naszej zguby, upadku i nieszczęścia!

II.

Żadne z Boskich przykazań nie prowadzi nas tak skutecznie i bezpośrednio do udoskonalenia, jak to przykazanie mi­łości. Wszystkie inne ułatwiają nam tylko i usposabiają do wypełnienia celu, jaki nam Bóg przeznaczył. Na czem polega wielkość i potęga mego rozumu? Potęga mego rozumu polega na zdolności poznawania Boga, tak co do Jego niezrównanych zalet, jak i w ogóle wszystkich dzieł Jego, tak w porządku naturalnym jak i nadnaturalnym. W tym też kierunku powinien on ustawicznie pracować i udoskonalać się, wynajdując coraz to no­we i niewyczerpane przedmioty, godne naszego podziwu i uwielbienia. To jest nasz cel, nasz obowiązek i przeznaczenie nasze na ziemi.

Gdy rozumem naszym przenikamy, o ile to w naszej mocy, do­skonałości Boskie, z podziwem i rozko­szą podnosząc ku nim myśl i serce na­sze, wówczas wartość wszelkich stwo­rzeń w oczach naszych niknie i maleje; spoglądamy na nie z pewną obojętnością, jakby dla wypoczynku, ponieważ wzrok nasz olśniony blaskiem chwały Bożej, nie jest w stanie zbyt długo, bez znużenia w ten blask się wpatrywać. Cóż bowiem tak pięknego, moglibyśmy odkryć w rze­czach stworzonych? Słabe zaledwie i bla­de odbicie niezrównanej piękności Bo­skiej. Dlatego też rozum nasz powinien na chwilę tylko i jak wyżej mówiliśmy, dla wytchnienia raczej, zwracać się ku stworzeniom, zakładając natomiast stałe schronienie swoje w Bogu, w tem jedynem źródle wszelakiego piękna.

W Bogu też tylko, słaby nasz umysł czerpać może najwznioślejsze i najszczytniejsze zasady: prawość charakteru, czy­stość uczuć i myśli, stałość w przedsię­wzięciach, poczucie sprawiedliwości w każ­dym życia wypadku, przenikliwość i by­strość pojęcia, trzeźwy i jasny sąd o wszystkiem; słowem, nieprzeliczony sze­reg cnót rozlicznych, rozum nasz nabyć może, przez nieustanny i ścisły związek z najrozmaitszą Boską Istotą, przez korne poddanie naszych władz umysłowych tej odwiecznej Prawdzie, która jest jedynem i rzeczywistem źródłem wiedzy i oświe­cenia dla wszystkich umysłów.

Szalona i niedorzeczna filozofia ludzka posuwa się często do tego stopnia ciemnoty i zaślepienia, że się odważa wątpić a nawet zaprzeczać istnienia Boga, Opatrzności Boskiej, i w ogóle wszelkich prawd objawionej wiary! Obłęd to prawdziwy, potworna ciemnota i pogardy godne spodlenie ludzkiej natury, które umysł nasz stworzony do światła, w bezdennem za­ślepieniu pogrąża! O Boże mój, przejmij serce moje wstrętem i odrazą, której niedorzecznej mądrości i ku jej wyznawcom i szerzycielom.

Na czem polega szlachetność serca ludzkiego? Szlachetność naszego serca polega, na zdolności ukochania najwyższego Dobra; na gorącem pragnieniu nie­ustannej łączności z Bogiem i na tem przekonaniu, że nic zgoła prócz Boga zadowolnić go nie może. Jak już w spo­minaliśmy tylokrotnie, przeznaczeniem naszem jest posiadanie Boga w Wieczności; do tego szczęścia jednak prowadzi nas jedyna droga miłości: w tem życiu, przez gorące pragnienie pełnienia we wszystkiem woli najwyższego Boga, które w przyszłem, zamieni się na nierozdzielną łączność naszych upodobań i pragnień, z upodobaniami i pragnieniami Bożemi, a tem samem wejdziemy w najzupełniej­sze posiadanie najwyższego szczęścia, to jest— Boga. Jak długo żyjemy na świecie, nigdy serce nasze w całej pełni nie może być szczęśliwem; smutek i tęsknota są udziałem ziemskiego wygnania, lecz ta tęsknota i pragnienie gorącej miłości Bo­żej, torują nam drogę do wiekuistego szczęścia i chwały!

Stosownie do przedmiotów, jakimi zajmuje się umysł i serce nasze, uszlachetniają się lub poniżają władze naszej duszy, jak i uczucia serca: jeżeli to osta­tnie Bogiem wyłącznie zajęte, wówczas objętość tego serca zdaje się rozszerzać, szlachetność wzrasta i potęguje się coraz bardziej, a Bóg tak je łaską Swoją przepełnia, że niema już w niem miejsca dla rzeczy stworzonych! Jak natomiast niskiem, podłem i ciasnem jest to serce, które stworzeniami zajęte, w nich całe swoje zakłada szczęście i o Bogu nie myśli wcale! Jakaż zachodzi różnica mię­dzy sercem oddanem Bogu, który jest szczytem świętości i czystości; a występnem i zbrodniczem, które widząc w stworzeniach cel upragniony, pogrąża się coraz bardziej we wszelkiego rodzaju występ­kach i zbrodniach. O ile pierwsze opły­wa w obfitość pokoju, o tyle drugie ży­je w nieustannem zamieszaniu, trwodze i smutku! Dusza, która Boga ukochała nad wszystko, posiada niezrównany wdzięk i wartość w oczach tegoż Boga, który jest sędzią najsprawiedliwszym i który prawdziwą zasługę niezawodnie oceni; natomiast dusza oddana miłości własnej i złym skłonnościom, jest wobec Boga wstrętną, obrzydliwą, zasługującą tem bardziej na odrzucenie i pogardę, im więcej od Boga obfitymi darami uposażoną zo­stała; choćby nawet świat, który nieraz złudnymi pozorami omylić się daje, wprost przeciwne miał o niej zdanie, sąd Boga, pod tym względem jest zawsze sprawie­dliwy i nieomylny.

III.

Oprócz wyżej wymienionych powodów, obowiązujących nas, na podstawie naszych zdolności tak umysłu, jak i serca, do ukochania Boga, są jeszcze w stosunku do nas inne powody i to stokroć ważniejsze.

Moje szczęście wieczne zależy od tego, abym o ile mogę, wypeł­nił przykazanie miłości Boga. Każdej chwili, tak dnia jak i nocy, otwarta przed nami wieczności brama; od Boga zależy jedynie, kiedy ją przekroczyć ma­my. Jeżeli mam Jego miłość w sercu, jestem zbawiony; jeśli jej nie mam, je­stem zgubiony bez ratunku.

Duch św. wyraźnie w Piśmie św. oznajmia, że „Człowiek nigdy nie wie, czy jest godzien łaski, czy odrzucenia” — a tem samem nigdy się dostatecznie upe­wnić nie może czy wiernie przykazanie miłości wykonuje. Dla uspokojenia su­mienia w tej tak ważnej sprawie, jedyna pozostaje droga; to jest, upewnić się o ile to w naszej mocy, o naszej dobrej woli; a najlepszym sposobem tego upewnienia będzie, gdy w tej chwili i bez namysłu, umysł nasz, serce nasze, wszelkie zdolności i siły, wyłącznie i niepodzielnie mi­łości Bożej poświęcimy. Każda chwila namysłu i odwłoki pod tym względem, jest dla nas groźna; któż nas bowiem upewni, że to, co dziś odkładamy, będzie­my w stanie wykonać jutro? Czy nam nie zabraknie czasu? Czy możemy liczyć na to, że w tym samym stanie łaski ju­tro będziemy? A choćby nawet i tak by­ło, jakąż korzyść z takiego ociągania się odnieść możemy? Niestety! liczne przykłady mogły nas już dostatecznie przekonać, że takie odkładanie z dnia na dzień, praktycznego wykonywania tego przyka­zania miłości Bożej, naraża najczęściej, na zupełne zaniedbanie tegoż, aż w końcu śmierć straszna kładzie tamę wahaniom i wzywa niewiernych na sąd Boży!

Miarą mego szczęścia i chwały w nie­bie, będzie stopień miłości, jaką Boga ukochałem na ziemi. Bóg zachował dla wybranych swoich niezliczoną rozmaitość miejsc, które w stosunku ich miłości ku Niemu, rozdzielane będą. Niektórzy oziębli i leniwi mówią czasem, że nie pragną wcale miejsc najwyższych w niebie, i że się chętnie ostatniem i zadowolnią: fałszywa to pokora i niegodna chrześcijańskie­go serca; słowa takie są jasnym dowodem bardzo słabej miłości Bożej; a obojętność taka o chwałę i królestwo nie­bieskie jest karygodna i łatwo na odrzucenie narazić może. Ten, który zadawalnia się ostatniem miejscem w niebie i czy­ni to tylko, co jest nieodzowną koniecz­nością aby to miejsce pozyskać, przez brak żarliwości zasługuje, aby go Pan Bóg potrzebnej pomocy pozbawił, bez której tego miejsca nigdy osiągnąć nie zdoła!

Na koniec jeszcze jedna uwaga: Śmierć zamyka drogę do wszystkich zasług dla nieba; cokolwiek zasłużyliśmy w życiu, to w chwili śmierci zabieramy ze sobą i nic już więcej zasłużyć nie będziemy w stanie. Niebo otwarte jest tylko dla uczynków miłości, w większym lub mniej­szym stopniu wykonanych; te uczynki je­dnak muszą być najzupełniej wolne od skazy miłości własnej, a jeśli w tem życiu dostatecznie czyste nie były, wówczas będą musiały dokończyć w czyścu swe­go oczyszczenia. Lecz pamiętać trzeba, iż to czyścowe oczyszczenie polega na niewypowiedzianych męczarniach, których wyobraźnia ludzka pojąć nie jest w sta­nie; kres tych męczarni, Bogu tylko wia­domy; a jakkolwiek, jak już mówiliśmy, cierpienia tam będą straszne i niezmier­ne, żadnych jednak nowych nie przyspo­rzą nam zasług.

Byłoby to zatem istne szaleństwo, gdybym mając pewne pod­stawy, że o ile mogę spełniam to przy­kazanie miłości, a tem samem mam nadzie­ję wiecznego zbawienia; nie starał się całą siłą w tem życiu jeszcze, duszę moją oczyścić ze wszelkiej zmazy miłości własnej, przysparzając sobie zasług i potęgując coraz bardziej moją miłość ku Bogu. Staranie to, prócz wyżej wymie­nionych korzyści, uwolni mnie zarazem od czyśca, lub przynajmniej złagodzi i skróci te męczarnie, które sprawiedliwość Boska przeznaczyła dla małodusznych i leniwych, którzy dostatecznie w tem życiu pokutować nie chcą! Pominąwszy, iż to miejsce ostatnie w królestwie Bożem, które w ich pojęciu miało im naj­zupełniej wystarczyć, po długich męczar­niach i późno otrzymają dopiero: jakiż żal niewczesny obudzi w nich niepowe­towana strata czasu i to głębokie prze­konanie, iż od nich zależało jedynie ko­rzystać z każdej chwili, aby pracując za życia nad pomnożeniem coraz gorętszej i gorliwszej miłości Bożej, wysłużyć sobie tem samem wyższy stopień chwały w niebie!


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Agnieszka Szaroleta

Zdrowa nauka Kościoła przeciw kłamstwom modernistów: „Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom.” (2 Tym. 4:3-4)

One thought on “Rozmyślania o miłości Bożej (8) – O przeszkodach do miłości Boga i korzyściach z niej wypływających

Leave a Reply

%d bloggers like this: