Dusze opóźnione

Mówi się nieraz o tzw. „drugim nawróceniu”, przez które przechodzi się z
większą lub mniejszą szlachetnością, z drogi oczyszczającej początkujących, na drogę oświecającą postępujących.

Należy jednak zaznaczyć, iż niektóre dusze, wskutek niedbalstwa lub duchowego lenistwa, nie przechodzą od wieku początkujących do postępujących: są to dusze opóźnione, podobne do owych dzieci niezupełnie normalnych, które nie przeszły szczęśliwie kryzysu młodzieńczego, i przestawszy być dziećmi, nie dochodzą nigdy do pełnego rozwoju wieku dojrzałego. Zatem te dusze opóźnione nie należą ani do początkujących, ani do postępujących. A jest ich niestety, bardzo wiele.

Pomiędzy tymi duszami opóźnionymi niektóre dawniej wiernie służyły Panu; teraz zaś znajdują się w stanie bliskim obojętności. Jeżeli znały one dawniej prawdziwą gorliwość duchową, to można powiedzieć bez obawy zuchwałego sądu, że wielce nadużyły łask Bożych; inaczej Pan byłby na pewno dokonał w nich tego, co zaczął, gdyż nie odmawia On nigdy pomocy tym, co czynią wszystko, co w ich możności, aby tę pomoc Bożą otrzymać.

Jakim sposobem dusze te doszły do tego stanu oziębłości?

Dwie są główne tego przyczyny: niedbalstwo w małych rzeczach tyczących się służby Bożej i odmawianie Bogu ofiar przez Niego wymaganych.

NIEDBALSTWO W DROBNYCH RZECZACH

Niedbalstwo w drobnych rzeczach wydaje się w sobie czymś małym, ale może stać się wielkim w swych następstwach. Nasza codzienna zasługa składa się przeważnie z drobnych aktów cnót powtarzanych od rana do wieczora. Jak kropla wody powoli drąży kamień, jak krople deszczu użyźniają ziemię spragnioną: tak drobne akty cnót, przez ciągłe ich powtarzanie, wytwarzają dobre przyzwyczajenie, cnotę zdobytą zachowują i powiększają, oraz – jeśli wypływają z cnoty wlanej, nadprzyrodzonej, – otrzymują wzrost tejże cnoty.

W służbie Bożej rzeczy nawet najmniejsze w sobie stają się wielkimi

przez wzgląd na swój ostateczny cel, tj. na Boga, którego mamy nade wszystko miłować. Są one wielkie i przez nadprzyrodzonego ducha wiary, ufności i miłości, które nas do ich spełnienia pobudzają. W ten sposób od rana do wieczora moglibyśmy w obecności Bożej, – rzecz niesłychanej wagi, – i żyć Bogiem i duchem Jego, zamiast żyć naturą, według skłonności samolubstwa naszego. Powoli wzrastałaby w nas gorliwość o chwałę Bożą i o zbawienie dusz, – zamiast się staczać po pochyłości naturalizmu praktycznego i dać się powodować grubym egoizmem, mniej lub więcej świadomym, który często daje natchnienie czynom.

Niedbalstwo w drobnych rzeczach w służbie Bożej prowadzi szybko do zaniedbywania się w wielkich;

tak, np. kapłan, zakonnik lub zakonnica, najprzód odmawia Officium bez prawdziwej pobożności, opuszcza przygotowanie do Mszy św., odprawia ją pośpiesznie, lub słucha jej bez należytej uwagi, zastępuje dziękczynienie odmawianiem jakiejś obowiązkowej części Officium tak, że powoli zanika wszelka pobożność osobista, a zastępuje ją kult czysto zewnętrzny i że tak powiem – oficjalny. Gdyby kapłan zesuwał się po tej pochyłości, stałby się niebawem urzędnikiem w służbie Bożej. Wreszcie traktowałby niedbale rzeczy
najświętsze, oddając się z największą uwagą rzeczom drugorzędnym w sobie, zapewniającym mu sławę znakomitego profesora, pisarza, mówcy lub działacza społecznego. Powoli nastąpiłoby całkowite „przewartościowanie wartości”.

Dla kapłana i dla prawdziwego chrześcijanina największej wagi w życiu jest oczywiście ofiara Mszy św., która jest odnowieniem na ołtarzu ofiary krzyżowej i udzielaniem nam jej owoców.

Msza dobrze odprawiona, lub wysłuchana w duchu wiary, ma nieskończenie większą wartość niżeli prywatne nabożeństwa; skierowuje ona nasze czyny do ich prawdziwego celu nadprzyrodzonego i daje im płodność.

Kto zaś w swym działaniu szuka siebie, do tego stopnia, że zapomina przy tym o zbawieniu dusz i o tym, czego ono od nas samych wymaga: – ten przeciwnie, oddala się od tego najwyższego celu. Można zaś łatwo dojść do zapomnienia o nim przez  zaniedbanie drobnych na pozór rzeczy w służbie Bożej; a to zapomnienie wyjaławia wszystko.
Przeciwnie, napisano jest u św. Łukasza (16, 10): „Kto wierny jest w najmniejszej rzeczy, i w większej wierny jest„. Kto wierny jest codziennie najdrobniejszym obowiązkom życia chrześcijańskiego lub życia zakonnego, otrzyma łaskę wierności aż do męczeństwa, jeżeli Bóg zażąda od niego świadectwa krwi. Wtedy sprawdzi się na nim w całej pełni słowo ewangeliczne: „Dobrzeć, sługo dobry i wierny, gdyżeś był wiernym nad małem, nad wielom cię postanowię: wnijdź do wesela Pana twego” (Mt. 25,
23).

Lecz ten, który zwykle zaniedbuje się w drobnych rzeczach, zaniedba wreszcie i wielkie; jakżeby potrafił wtedy spełnić akty trudne, których by Bóg mógł zażądać od niego?

ODMAWIANIE ZAŻĄDANYCH OFIAR

Drugim powodem letniości dusz opóźnionych jest wymawianie się od ofiar, których Bóg żąda od duszy.

Niektóre czują się powołane do życia wyższego, doskonalszego, do wewnętrznej modlitwy, do praktyki prawdziwej pokory, bez której nie ma rzetelnych cnót; lecz te dusze chcąc się wymknąć odmawiają Bogu, jeżeli nie wprost to przynajmniej ubocznie. Nie chcą usłuchać tego napomnienia, które powraca codziennie w Invitatorium Jutrzni: „Jeśli głos Pański usłyszycie, nie zatwardzajcież serc waszych” (Si vocem Domini audieritis nolite obdurare corda vestra).

Niektórzy, zajęci „robieniem czegoś” np. pisaniem książki, prowadzeniem jakiejś akcji, która by uwydatniła ich osobę, mówią sobie od czasu do czasu: „Trzeba by jednak najpierw wyrobić w sobie życie wewnętrzne, dusza pusta nikomu nic dać niezdolna; czyn zewnętrzny jest niczym, jeśli dusza nie jest zjednoczona z Bogiem”. –
Tak, ale trzeba by pewnych ofiar z miłości własnej; trzeba by prawdziwie szukać Boga, zamiast szukać siebie. Bez tych ofiar, jakże wejść w prawdziwe życie wewnętrzne?

Jeżeli dusza tych ofiar Bogu odmówi, będzie należała do opóźnionych i to może na zawsze.

Wtedy traci gorliwość o chwałę Bożą i o zbawienie bliźniego, oraz gorącość w miłości; wpada w letniość, która jest, obok zwykłego niedbalstwa, przywiązaniem do grzechu powszedniego albo skłonnością woli do popełnienia świadomie tego lub  innego grzechu powszedniego, gdy się sposobność ku temu nadarzy. Wreszcie przychodzi jak gdyby postanowienie pozostawania w tym stanie.

Obok tego braku ducha ofiary bywają i inne przyczyny mogące wywołać tę
oziębłość w duszach opóźnionych: lekkomyślność, brak zastanowienia z jakim np. popełnia się kłamstwa z uprzejmości przy każdej okazji; – lenistwo duchowe, które ostatecznie doprowadza do zaniechania walki ze złymi skłonnościami, zwłaszcza z naszą wadą główną, która nieraz usiłuje przybrać pozory cnoty, i rozbudza w nas inne namiętności, mniej lub więcej nieposkromione. W ten sposób dochodzi się nierzadko do nieuleczalnej obojętności w dążeniu rzetelnym do doskonałości.

Zapomina się, iż się może ślubowało podążać do niej drogą rad ewangelicznych; zapomina się o wzniosłości najwyższego przykazania: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego, i ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkich sił twoich, i ze wszystkiej myśli twojej” (Łk. 10, 27).

SKŁONNOŚĆ DO SZYDERSTWA

Pomiędzy przyczynami oziębłości dusz opóźnionych, wymienić trzeba na
pierwszym miejscu skłonność do szyderstwa.

Św. Tomasz mówi o szyderstwie przy grzechach przeciwnych sprawiedliwości, jak: zniewaga, obmowa, podkopywanie dobrej sławy bliźniego. Zauważa (2-2 q. 75 a. 2), że szydzić z kogoś, czy ośmieszać go, to okazywać, że go się nie szanuje, a takie drwiny, mówi on, mogą stać się grzechem śmiertelnym, jeśli się odnoszą do osób lub rzeczy, które zasługują na głębokie uszanowanie.

Ciężkim przewinieniem byłoby np. obracanie w żart rzeczy świętych, wyśmiewanie ojca lub matki, przełożonych lub w ogóle ludzi żyjących
cnotliwie. Takie ośmieszanie może stać się nawet bardzo złe w swych następstwach; może bowiem odwrócić – i to na zawsze – dusze słabe od praktykowania dobrego.

Job powiedział przyjaciołom swoim: „Ten z którego się naśmiewa przyjaciel jego, będzie wzywał Boga i wysłucha go; naśmiewają się bowiem z prostoty sprawiedliwego” (12, 4). „Deridetur enim justi simplicitas”.

Ale na innym miejscu powiedziano jest „Qui habitat in coelis irridebit” (Ps. 2, 4). Straszna ironia z góry ukarze ironię z dołu.

Szyderca jest sam duszą opóźnioną, przyczynia się do opóźnienia innych i
staje się nieraz nieświadomie narzędziem ducha złego. Zakrój jego umysłu jest przeciwieństwem prostoty ewangelicznej, i najbardziej wrogi kontemplacji nadprzyrodzonej.
Szyderca chce być dowcipnym, obraca w żart sprawiedliwego, który
prawdziwie dąży do doskonałości: podkreśla jego wady, a obniża zalety. Dlaczego?
Bo czuje, że sam mało posiada cnoty, a nie chce uznać swej niższości. Wtedy przez zawiść zmniejsza prawdziwą i gruntowną wartość bliźniego, przecząc konieczności samejże cnoty. Może on bardzo zaszkodzić duszom słabym, które przestrasza, i gubiąc siebie może spowodować i ich zgubę.

Święci mówią, że dusze opóźnione i zletniałe mogą dojść do zaślepienia
umysłu i do zatwardziałości serca, tak, że trudno bardzo je poprawić. Przytaczają często słowa św. Bernarda: „Prędzej ujrzycie wielu ludzi świeckich wyrzekających się występku i postępujących drogą cnoty, niżeli zakonnika nawracającego się z życia oziębłego do gorliwości” (Epistola ad Richardum).

Im dusza opóźniona lub oziębła stała wyżej, tym upadek jej bywa bardziej opłakany, tym trudniejszym jej nawrócenie; dochodzi bowiem do tego, że uważa swój stan za wystarczający do zbawienia i nie ma już rzetelnego pragnienia postąpić wyżej.

Ten kto zapoznaje godzinę nawiedzenia Pańskiego, ten czasami powraca dopiero po długich błaganiach dusz innych. Tym duszom letnim grozi niebezpieczeństwo utraty zbawienia: trzeba je polecić Matce Najświętszej. Ona jedna może je przyprowadzić na powrót do Zbawcy i otrzymać dla nich łaskę, by pragnienie doskonałości w ich duszach odżyło.

W tej kwestii O. Lallemant T. J. napisał rozdział bardzo uderzający. Ustęp ten przypomina słowa św. Katarzyny Sieneńskiej i Taulera. Autor mówi tam: „Bywa cztery rodzaje zakonników: jedni doskonali; drudzy źli, pyszni, próżni, pełni siebie, zmysłowi, nieprzyjaciele regularności; jeszcze inni letni, małoduszni, niedbali; wreszcie cnotliwi, którzy wprawdzie dążą do doskonałości, ale może nigdy do niej nie dojdą.
Najświętobliwsze zakony mogą mieć te cztery rodzaje członków, jak również i te, które popadły w rozprzężenie; z tą jednak różnicą, że w Zakonie, który odstąpił od pierwotnej gorliwości, będzie liczba przeważająca letnich, a reszta składa się z kilku złych, a z małej liczby takich, którzy pracują nad udoskonaleniem swoim, i z bardzo niewielu doskonałych. Przeciwnie zaś: w Zakonie, w którym kwitnie jeszcze ścisła obserwancja przeważająca liczba dusz dąży do doskonałości, a reszta
obejmuje kilku doskonałych, mało letnich i zaledwie paru złych.

Tu należy zrobić ważną uwagę: otóż zakon chyli się do upadku, gdy liczba oziębłych zaczyna dorównywać liczbie gorliwych, tj. tych, którzy starają się robić z dnia na dzień nowe postępy w modlitwie, w skupieniu, w umartwieniu, w czystości sumienia, w pokorze. Gdyż ci, którzy nie robią żadnych wysiłków w tym kierunku, chociaż dotąd zachowali się od grzechu śmiertelnego, powinni już uchodzić za letnich; psują oni wielu innych, szkodzą ogromnie całej społeczności i sami narażają się na niebezpieczeństwo, już to niewytrwania w powołaniu, już to wpadnięcia w
pychę wewnętrzną, lub w wielkie zaślepienie”.

Wszystko to jest aż nadto prawdziwe, i wykazuje, jak łatwo stać się duszą
opóźnioną i zejść z drogi doskonałości, nie żyjąc duchem wiary. Trudno oczywiście takiemu zgodzić się na to, że kontemplacja tajemnic wiary jest drogą normalną świętości. Wnioskują one tak: „Jest to twierdzenie, które w teorii wydaje się prawdziwe, lecz nie bardzo się zgadza z praktyką”.

Chcąc być w prawdzie, należałoby raczej powiedzieć: Faktycznie bywa wiele dusz opóźnionych – nie są one w porządku, bo nie dążą istotnie do doskonałości i zapewne nie dość się już karmią tajemnicami wiary, zwłaszcza tajemnicą Mszy św., w której przecież tak często uczestniczą, ale w sposób zbyt powierzchowny, nie przyczyniający się do duchowego postępu duszy, aby wzrastać jakby należało.

O. Lallemant dodaje (tamże): „Są cztery rzeczy szkodliwe dla życia
duchownego, na których się opierają błędne zasady wślizgujące się w święte nawet społeczności:

1) zbytnie cenienie talentów i zalet czysto ludzkich;
2) staranie się o zdobycie przyjaciół dla względów ludzkich;
3) pewien rodzaj dyplomacji mdyktowany jedynie roztropnością ludzką przez umysł przebiegły, przeciwny prostocie ewangelicznej;
4) zbyteczne rozrywki, których dusza poszukuje, lub rozmowy i czytania, które dają jej zadowolenie czysto naturalne”.

Stąd, jak autor zauważa w tymże dziele, rodzi się ambicja, pragnienie
wysokich urzędów, chęć zdobycia sobie sławy na polu literackim lub naukowym, szukanie osobistych wygód. Wszystkie te rzeczy wielce się sprzeciwiają postępowi duchowemu.


Wreszcie, mówiąc o duszach opóźnionych, dodamy jeszcze jedną bardzo
doniosłą uwagę: trzeba jak najpilniej czuwać nad podporządkowaniem w duszy, czynności naturalnej umysłu pod cnoty ściśle nadprzyrodzone, głównie pod trzy cnoty teologiczne. Jest bowiem rzeczą pewną, że trzy cnoty wlane i ich akty są nieskończenie wyższe niżeli naturalna czynność umysłu, potrzebna do studiów nad filozofią lub teologią. Przeczyć temu byłoby herezją.

Ale nie dość zgodzić się na to tylko w teorii; można by bowiem jednocześnie dojść w praktyce do stawiania studiów filozoficznych lub teologicznych wyżej aniżeli życie wiarą, modlitwą, miłością Boga i dusz, niżeli nawet odprawianie Mszy św., którą by się zbywało pospiesznie, aby zyskać więcej czasu dla jakiejś innej pracy, lub dla zajęć umysłowych, z konieczności jałowych i pustych, bo pozbawionych ducha, co by je ożywiał.
Wpadłoby się tym sposobem w niedobry intelektualizm, w którym byłaby
pewna, „hipertrofia” rozumu poszukującego prawdy ze szkodą życia wiary,
prawdziwej pobożności i nieodzownego kształcenia woli. W takim wypadku miłość, najwyższa z cnót teologicznych, nie zajmowałaby już prawdziwie pierwszego miejsca w duszy, która pozostałaby na zawsze duszą opóźnioną i bezpłodną.

Aby temu zapobiec, trzeba sobie często przypominać, że Bóg w miłosierdziu Swoim daje nam nieustannie Swą łaskę, abyśmy mogli co dzień lepiej spełniać najwyższe przykazanie, tj. obowiązek ciągłego dążenia do doskonałej miłości: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego i ze wszystkiej duszy twojej, i ze wszystkich sił twoich, i ze wszystkiej myśli twojej, a bliźniego twego jako siebie samego” (Łk. 10, 27).

Pamiętajmy, że przy schyłku dni naszych, będziemy sądzeni według tego, czy miłość nasza, ku Bogu była rzetelna i szczera.


O. R. Garrigou-Lagrange O. P. („La Vie Spirituelle”) Artykuł z:”Szkoła Chrystusowa„. Czasopismo poświęcone zagadnieniom życia wewnętrznego. Rok VI. – Tom X. Lwów 1935. WYDAWNICTWO OO. DOMINIKANÓW, str. 60-70.

[Oprac. A.S]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s