Widzę cienie — ciągle krążą,
na plecach czuję złowrogi wzrok.
Czasami tracę czujność,
modlitwa zamiera i odwracam wzrok.
Chciałbym chwilę radości,
krótką chwilę śmiechu, nie łez.
Odetchnąć pełną piersią,
poczuć życia smak.
Za długo jestem sam —
Panie, nie wiem, ile to jeszcze będzie trwać.
Czy wytrwam, czy upadnę?
Może nie podniosę się kolejny raz.
Coś we mnie umarło —
Może człowiek?
Wybacz, Panie, ale ciężar życia przygniata mnie.
Ja wiem —
jesteś moją nadzieją,
jesteś moim ostoją.
Lecz czasami z bólu chce mi się wyć.
Tyle przeszkód, tyle zła jest wokół nas,
tyle błędów, które popełniam każdego dnia.
Kiedyś znajdę zaciszne miejsce —
usiądę i zaśpiewam swoją pieśń
o śmiechu i radości.
Lecz to nie będzie miało nic z rzeczywistości.
Nie będę tańczył na wietrze —
lecz czasami potrzebuję ludzkiej nicości.
Łzy, których nie widzi nikt,
prowadzą mnie tam, gdzie jesteś Ty.
O co mam prosić?
O naprawę błędów, czy może prościej
o śmierć, która skończy ten odwieczny taniec obłędu?
Zaśpiewałbym pieśń prawdy —
lecz tę pieśń możesz słyszeć tylko Ty.
Niesie ją duszy cichy wiatr
A w niej Jesteś tylko Ty i ja
Arkadiusz Niewolski


Skomentuj