Żywot św. Jana od Krzyża – mistyka doktora Kościoła (Cz. 2)

Żywot św. Jana od Krzyża – mistyka i doktora Kościoła (Cz. 1)

ROZDZIAŁ V.
Ucieczka z więzienia. Fundowanie nowych domów. Rektorat w Kalwari, Baeza i Grenadzie.
Sprowadzenie Karmelitanek Bosych) do Gre­nady. Urząd definitora generalnego.

Św. Jan niewymownie na duszy pocieszony, podzięko­wał Bogu za ten nowy dowód łaski i zaczął przemyśliwać o sposobach ucieczki.  Zdawał sobie dobrze sprawę, że tru­dności do pokonania są ponad siły ludzkie. Ufał, że Ta, która mu uwolnienie obiecała, potrafi w danej chwili skute­cznie dopomóc. W oktawie Wniebowzięcia okazała mu się ponownie Matka Najśw. z Panem Jezusem i uspokoiła wszystkie obawy przypominając, że dla Boga niema rzeczy niemożliwej, przy czym przeniosła go w duchu pod jedno z okien klasztoru i pokazując mu je, dała wskazówkę, że przez nie ma się spuścić i że Jej potęga od upadku go ochroni. Pokazała również Świętemu, w jaki sposób ma so­bie poradzić z zamkami. Bóg zrządził, że kilka dni przed urzeczywistnieniem tych planów zmieniono dozorcę, pilnującego św. Jana. Nowy klucznik był człowiekiem ludzkim i bardziej od poprzedniego miłosiernym. Pozwalał on Świę­temu, w chwilach, gdy zakonnicy wspólnie modlili się w chó­rze, wychodzić ze swego więzienia i z okna korytarza spoglądać na niebo. Przy tej sposobności ujrzał św. Jan okno we śnie mu wskazane. Równocześnie w duszy usłyszał głos, aby już nie zwlekał z wykonaniem zamiaru.

Powróciwszy do celi, odśrubował gwinty przytrzymu­jące kłódkę, podarł stare płaszcze, dane mu na przykrycie i zrobił z nich jakby sznur, aby się spuścić z okna. Drugie drzwi, prowadzące ze sali na korytarz nie były zamknięte dlatego, że goście nocowali w sali. Gdy wszyscy posnęli, wziął św. Jan przygotowany sznur i latarkę, zapomnianą przez stróża i wyważył pierwsze drzwi. Stuk wywołany otwieraniem zbudził śpiących w sali gości. Zerwali się na równe nogi i zaczęli się pytać, co by to było? Święty na­tchniony od Boga odrzekł: „Deo gratias” — zwyczajne karmelitańskie między braćmi i siostrami pozdrowienie. Uspo­kojeni goście znowu się pokładli i usnęli. Św. Jan po cichu wysunął się ze sali i dostał się pod wskazane okno. Tu je­dnak cała moc trudności go czekała. I tak sznur z płaszczy zrobiony, sięgał ledwie do połowy wysokości muru, po któ­rym więzień miał się spuszczać. Był przy tym tak słaby, że nawet by dziecka nie utrzymał. Ale dla Boga Wszechmoc­nego trudności ludzkie są tylko igraszką. Wiedział o tern i święty nasz Ojciec; — zrobiwszy więc ze swej strony wszystko, co było w jego mocy, wzbudził akt ufności dzie­cięcej i zaczął się spuszczać. Gdy sznur się kończył, nie ma­jąc innego wyjścia, zsunął się na ziemię. Spadłszy na ka­mienie, pod oknem leżące, nie tylko że nie doznał żadnego obrażenia, ale miał uczucie, jakby spadał na miękkie posła­nie. Znalazłszy się na ziemi, zobaczył opodal drugi mur, równie wysoki, który stanowił odgrodzenie od pobliskiego klasztoru żeńskiego. Położenie zdawało się być bez wyjścia. Ale Święty gorąco prosił Boga o dalszą pomoc. W tej sa­mej chwili ukazał mu się słup światła, który go przeprowa­dził przez 'wszystkie przeszkody na sam środek miasta. Ja­sność tego widzenia była tak wielką, że św. Jan, jak pó­źniej opowiadał, przez trzy dni miał wrażenie, jakoby się był w sam środek słońca patrzył. Nie znając miasta nie mógł się w nocy zorientować. Wszedł więc do otwartej bramy, wielkiego jakiegoś gmachu i tu doczekał się rana.

 

Gdy zaświtał pierwszy brzask ranny, wyszedł na ulicę i poprosił pierwszego spotkanego przechodnia o wskazanie mu drogi do klasztoru Karmelitanek Zreformowanych (Bosych). U furty poprosił siostrę kołową, aby zawiadomiła prze­łożoną, odprawiającą w owej chwili medytację, że brat Jan od Krzyża pragnie się z nią widzieć. Ta, niezmiernie ucie­szona, oznajmiła tę radosną nowinę swoim córkom i sama pośpieszyła powitać dawno upragnionego ojca.

Jeszcze jednym cudem podobało się Bogu uświetnić dzieło wyzwolenia Świętego. Jedna z sióstr zakonnych od dłuższego już czasu była chorą. W chwili jego przybycia do klasztoru poczuła znaczne pogorszenie, tak że prosiła o niezwłoczne zaopatrzenie ostatnimi świętymi Sakramen­tami. Jest to jedna z przyczyn, która roztwiera furtę ostrej klauzury karmelitańskiej przed kapłanem. Ledwie św. Jan wszedł za podwoje żelaznej bramy, wpadli do furty klasztoru Zakonnicy reguły umiarkowanej, szukając więźnia. Przeszli rozmównicę, kaplicę, zakrystię, nawet do konfesjonałów za­glądali, ale próżne były ich wysiłki — bo Bóg już kiero­wał krokami Świętego. Ze wstydem, nie znalazłszy żadnych śladów Ojca Jana, powrócili do swego klasztoru.

W popołudniowych godzinach przełożona wezwała ka­nonika i skarbnika katedry Don Pedra Gonzalesa de Men­doza, wiernego przyjaciela Reformowanych. Opowiedziała mu cały przebieg sprawy św. Jana, okrucieństwa więzienia, cu­downą ucieczkę i oddała go jego opiece. Don Pedro z naj­większą czcią i miłością zajął się Świętym i otoczył najtroskliwszym staraniem. Po kilku dniach odpoczynku, ode­słał go pod zaufaną strażą do jednego z klasztorów męskich reguły zreformowanej.

 

Wiadomość o powrocie św. Ojca, napełniła radością wszystkich członków Karmelu zreformowanego.  Św. Matka Teresa, razem z córkami, gorąco Bogu dziękowały za cudowne uwolnienie. Żywym wyrazem tej radości była Kapituła, na którą niebawem się zebrali wszyscy ojcowie Karmelici Bosi, Wybrano św. Jana wikariuszem klasztoru w Kalwarii, na miejsce przełożonego, który został delego­wany w sprawach Zreformowanych do Rzymu. Św. Jan przepowiedział mu, że wyjeżdża wprawdzie Bosy, a wróci Trzewiczkowym. I tak się też stało, bo spotkawszy się w Rzymie z dawnymi braćmi reguły umiarkowanej z po­wrotem do nich przystał.

Po drodze do Kalwarii, wstąpił św. Jan do Sióstr Kar­melitanek Bosych w Veas. Przełożoną klasztoru była czci­godna Matka Anna od Jezusa, która wraz ze swymi cór­kami przyjęła go z największą czcią i radością. Chwile tego pobytu były pełne łask duchowych, tak dla Ojca Jana od Krzyża, jak i dla sióstr zakonnych. Pragnąc zrobić Świę­temu przyjemność, jedna z sióstr, na polecenie przełożonej, ułożyła wierszem i melodią opis cierpień Ojca Jana od Krzyża w więzieniu. Gdy odśpiewywała je wobec Świętego zachwyt ogarnął jego duszę. Czując, że go miłość Boża podnosi ze ziemi dał znak ręką siostrze, aby śpiewać prze­stała a sam chwycił się krat klauzurowych. Pomimo tego ekstaza jego trwała całą godzinę. Dusza jego tak ukochała cierpienie i krzyż, że samo o nich wspomnienie pozbawiało go używania zmysłów.

Po pożegnaniu zakonnic w Veas podążył św. Jan do Kalwarii. Powitał to ustronie, jak ptak do swego gniazda wracający — jak żeglarz, który po gwałtownej burzy wy­pływa na pogodne, ciche morze i przybija do portu.

Zaraz na wstępie usilnym było Ojca dążeniem, aby wprowadzić zupełną harmonię między postępowaniem a zasadami głoszonymi przez zakonników. Naukę swoją ugrun­tował na modlitwie i umartwieniu — ozdobą jej było mil­czenie, obroną samotność, celem zjednoczenie z Bogiem. Blask tej doskonałej świętości rozpromieniał na wszystkie strony. Umartwienia, które za poprzedniego przełożonego do zbyt dalekich granic posunięto, tak ze jadano same su­rowe zioła, zostały trochę złagodzone. Podawano więc go­towane jarzyny, zaprawiane czosnkiem, a wodę pozostałą z gotowania używano jako zupy. Na wielkie święta da­wano brukiew z octem, a bardzo rzadko dodawano kilka kropel oliwy. Milczenie było tak skrupulatnie przestrzegane, że gdy który z zakonników musiał przemówić, ogarniał go lęk przed wypowiedzeniem słowa. W używaniu codziennym była dyscyplina i włosienica. Duchem i wodzem tego boha­terskiego wojska był św. Jan od Krzyża, a był tak przy­zwyczajony do ofiar i cierpienia, że stały mu się one pra­wdziwą potrzebą.

Nie pozwalał braciom wychodzić za jałmużną i to nawet w chwilach największych potrzeb. Uczył i wiedział, że Bóg, najlepszy Ojciec, któremu oni się zupełnie oddali, z pewno­ścią o nich nie zapomni.

 

Razu pewnego zabrakło w domu chleba. Powiadomiono o tym Świętego, który się tym wcale nie zmartwił. Polecił na oznaczoną godzinę, jak zawsze, na obiad zwołać swych braci i przeszukać spiżarnię, czyby się w niej jeszcze jaki kawałek chleba nie znalazł. Skoro mu go przyniesiono, po­błogosławił go i zakonnicy usiedli na swoich miejscach. Wtedy wypowiedział do nich naukę o korzyściach ubóstwa, cierpienia i poddania się woli Bożej. Nauka ta była tak wzniosłą, że wszyscy powstali, wprawdzie głodni, od stołu, bo nic nie spożyli, ale napełnieni niebiańską radością. Sprawdziły się na nich słowa Chrystusa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem Bożym (Łuk. IV. 4) Zaledwie jednak rozeszli się bracia do swych zajęć, gdy zadzwoniono u furty i człowiek nieznajomy przywiózł cały zapas żywności z listem do Ojca wikariusza. Furtian zastał przełożonego zatopionego w modlitwie u stóp Przenajświęt­szego Sakramentu. Braciszek zdziwił się bardzo, spostrzegł­szy, że Ojciec Jan po przeczytaniu listu zalał się rzewnymi łzami. Zapytał więc, czyby to była jaka zła w tym liście wia­domość. Św. Jan mu na to odpowiedział: „Płaczę, bo wi­docznie mamy bardzo mało gorliwości, kiedy dobry Bóg uważa nas za niezdolnych do poszczenia choćby w ciągu jednego dnia i posyła nam pożywienie!

 

W czasie pobytu swego w Kalwarii oddawał się też św. Jan kierownictwu duchownemu Sióstr Karmelitanek w Veas. Nie baczył na uciążliwą i daleką drogę, którą mu­siał odbywać co tygodnia piechotą z Kalwarii do Veas. Spie­szył tam z wielką gorliwością i zaparciem się samego siebie z posługą duchowną. Dusze Sióstr stokrotny plon wydawały, albowiem zasiewał w nich dobre ziarno modlitwy, umart­wienia, a przede wszystkim miłości Bożej. Pan z wysokości użyźniał i błogosławił temu świętemu trudowi.

Pobyt św. Ojca w Kalwarii krótko tylko potrwał, bo już po 8 miesiącach odwołali go przełożeni, mianując rekto­rem w Baeza. Kolegium to stanęło od razu bardzo wysoko. Nauka z cnotą bratały się wspólnie — cały szereg najwybitniejszych ludzi swego czasu tak na polu nauki, jak i cnoty wyszło z pod ręki Świętego.

Bóg nagradzał jego heroiczną cnotę pociechami i zachwy­tami częstymi. Opowiadają z tego czasu, że odprawiając Mszę św., po spożyciu Komunii św. wpadł św. Jan w eks­tazę. Po długiej chwili, gdy przyszedł do siebie, wcale nie wiedział, co się z nim działo i musiano wezwać drugiego księdza, aby mu dopomógł do zakończenia Mszy św. Wierni w kościele obecni widząc świętość, bijącą wprost z całej postaci Ojca Jana, poczęli na głos wołać: „Niech Aniołowie z nieba zejdą dokończyć ofiary, przez tak wielkiego Świę­tego rozpoczętej”.

Św. Jan był gorącym czcicielem Trójcy św. i kiedy tylko przepisy liturgiczne mu na to pozwalały, odprawiał Mszę św. ku jej czci i chwale, ślicznie się przy tym tłuma­cząc, że przecież Trójca św. jest największym Świętym w niebie.

 

Dzieciątko Jezus było również przedmiotem jego gorącej miłości. W klasztorach, w których przebywał, urządzał żywe obrazy z życia Chrystusowego, jak n. p. chwilę przybycia Rodziny Świętej do Betlejem przed narodzeniem Pana Jezusa. Kilku zakonników w swych celach przedstawiało właścicieli zajazdów, którzy odmówili przyjęcia do siebie na nocleg św. Józefa z Matką Najświętszą. Św. Jan brał na siebie rolę tłumacza i pośrednika bezdomnych. Zapalał się przy tym tak wielką miłością Bożą, że właścicielom twardego serca z nie­słychaną wymową tłumaczył, kim są ci dostojni goście, — jak ich przyjmować należy — jak cieszyć się i dziękować za ich przybycie. Wreszcie, gdy wszędzie doznawał tylko od­mowy, zwracał się do Świętej Panienki i Jej Opiekuna i najtkliwiej przepraszał Ich i pocieszał. Widok tej wielkiej miłości wzruszał nieraz do łez braci zakonnych. Zdarzyło się też, że w okresie świąt Bożego Narodzenia pobiegł Święty do kapliczki, w której w żłóbku na sianku spoczywała Boża Dziecina, chwycił ją na ręce i zaczął z nią wokoło tańczyć, a to z takim przejęciem, że zdawało się, iż czyni to w za­chwyceniu.

W czasie rekreacji, aby pobudzić ogólną gorliwość, urzą­dzał przedstawienia ze scen męczeństwa pierwszych chrześcijan. Naturalnie brał zawsze na siebie rolę męczonego. Gdy za wyznanie wiary Chrystusowej skazywano go na biczowanie, zachęcał swych pseudo katów, aby go nie oszczę­dzali. Nieraz nawet używał swej władzy przełożonego, aby w imię posłuszeństwa żądać od podwładnych ostrzejszych dla siebie razów.

 

W czasie, gdy św. Jan był rektorem w Baeza, wydał Ojciec Święty Grzegorz XIII. dekret, rozdzielający definityw­nie oba zakony, a to na Karmelitów Bosych i Karmelitów reguły umiarkowanej czyli Trzewiczkowych. W marcu 1581 r. zwołano kapitułę zakonną do Alcali de Henares, aby za­rządzenia papieża w życie wprowadzić, Św. Jana wybrano jednym z czterech generalnych definitorów i z tą godnością powrócił na parę jeszcze miesięcy do Baezy.

W czerwcu tegoż roku przeniesiono go na przełożonego do Grenady. Dom ten stał pod względem duchowym niezwykle wysoko. Długoletnim przełożonym domu i poprzednikiem św. Jana był Ojciec Augustyn od Królów, uczeń i pierwszy nowicjusz w Pastranie. Św. Jan tylko miał uwień­czyć i dokonać dzieła przez swego syna duchownego tak pięknie rozpoczętego. Niewypowiedzianym szacunkiem i mi­łością otaczano świętego i unikano wyrządzenia mu najmniejszej przykrości.

 

I tu, w Grenadzie, pomimo ruchliwości wielkiego mia­sta, urządził sobie samotnię, w której mu, zdała od zgiełku światowego, najlepiej było. Współbracia, widząc, że Święty wcale z klasztoru nie wychodzi, zaczęli gorąco nalegać, aby był przynajmniej u najwybitniejszych osób, a więc u arcy­biskupa i namiestnika, Bardzo niechętnie i wbrew swemu przekonaniu, aby zadość uczynić woli swych braci, udał się do namiestnika. Gdy wszedł z drugim towarzyszem do sali przyjęć i zaczął się tłumaczyć z opóźnienia swej wizyty, —namiestnik prędko mu odpowiedział: „Ojcze, my ludzie świeccy wolimy widzieć zakonników w swych klasztorach i celach, aniżeli w naszych salonach. Gdy przychodzicie do nas, tylko nas zabawiacie, a zostając w samotności, budujecie nas swym przykładem, modląc się zaś, stajecie się pośrednikami łask, których tak bardzo potrzebujemy — a przez to zdobywacie nasze zaufanie”. Święty Jan, gdy te słowa usłyszał, które tak bardzo własnym jego zapatrywaniom odpowiadały, po­żegnał gospodarza i wprost powrócił do klasztoru. Towarzyszowi swemu zaś rzekł: „Jakim wstydem napełniły mnie słowa tego świeckiego człowieka, żałowałem tylko, że obecni tu nie byli moi bracia, zrozumieliby wtedy, czego sam świat od zakonnika żąda. Szatan nas pobudza do odwiedzania osób świeckich, a to pod pozorem koniecznej grzeczności”.

 

Jeżeli, z jednej strony, św. Jan dla siebie był niesły­chanie twardym i od dusz tego potrzebujących wymagającym, to z drugiej strony dla biednych cierpiących, a szcze­gólnie chorych swych współbraci i podwładnych był prawdziwym aniołem dobroci. Dla nich to, pomimo braków materialnych, jakich zwykle domy doznawały, niczego nigdy nie żałował. Przepisane przez doktora lekarstwa, choćby najko­sztowniejsze, zaraz sprowadza. Nieraz sam własnoręcznie dla chorych potrawy w kuchni sporządzał, aby im lepiej smakowały. Kroniki klasztorne nader miłe o tym opowiadają zdarzenie. Jeden z braci chorych stracił zupełnie ochotę do jedzenia — wszelkie potrawy w zbudzały w nim niewypo­wiedziany wstręt. Święty, widząc to cierpienie, pospieszył sam do kuchni i będąc przełożonym, ugotował kawałek kury, przyprawiwszy ją sosem, sam zaniósł choremu. Przy tym z wielką serdecznością mu powiedział, że potrawa ta z pew­nością mu będzie smakowała i z pożytkiem ją spożyje. Brat rzeczywiście natychmiast odzyskał apetyt, zjadł przyrządzone mięso i w krótce wyzdrowiał.

 

Namiętności swoje i pierwsze poruszenia natury Święty najzupełniej poskromił. U wagi, jakie musiał nieraz swym podwładnym zrobić, przybierał w formę najdelikatniejszą i najłagodniejszą. Razu pewnego upomniał jednego ze swych braci; winny, zamiast uwagę przyjąć z pokorą i wdzięczno­ścią, zaczął Świętem u gniewnie odpowiadać. Przełożony nie tylko z niewzruszonym spokojem przyjął wyrządzoną sobie obelgę, ale spuścił kaptur, u kląkł przed zirytowanym winowajcą i z pokorą ziemię przed nim ucałował. Potem, z wielką miłością i spokojem dodał: „Niechże tak będzie dla miłości Bożej.  Pokora nie tylko niebiosa przebija, ale i najtwardsze sumienie kruszy, to też podwładny głęboko został wzruszony, upadł świętemu do nóg, wyznając swoją winę i obiecując poprawę.  Św. Jan w chwili, gdy się korzył przed winnym bratem, miał wewnętrzne przekonanie, że ostre napomnienie mogło być bardzo dla tej duszy niebezpiecznym i dlatego nie wahał się nawet w stosunku do swego podwładnego dać dowodu heroicznej pokory i zaparcia się samego siebie.

 

Św. Jan, będąc w Grenadzie, sprowadził do tego mia­sta siostry Karmelitanki Bose i sam osobiście zajął się ich przesiedleniem i umieszczeniem. Miłość do swego zakonu — oto jedna z cech charakterystycznych tej świetlanej postaci. Ciekawe są szczegóły podróży sióstr, przeprowadzających się pod opieką św. Jana do Grenady. Z przełożoną, czci­godną Anną od Jezusa, jechały one wozem, a św. Jan ze swoim towarzyszem konno. W drodze odprawiano kolejno medytacje, officjum i inne modlitwy zakonne. Przy kościół­kach zatrzymywali się podróżni, św. Jan zwykle odprawiał, gdy można było, Mszę św., a siostry przystępowały do Komunii św. Na noclegi wstępowano do zajazdu, gdzie za staraniem św. Jana od Krzyża siostry otrzymywały osobne pomieszczenie, choć trochę ukochaną przypominające klauzurę.

 

Również po przybyciu do Grenady nie zapomniał św. Jan o swych siostrach i córkach duchownych. Otaczał je zawsze troskliwą opieką. Spowiadał, pocieszał i pouczał o drogach, wiodących do doskonałości. Skutki tej błogosła­wionej działalności dały obfity owoc; nie tylko, że postępy duchowe były znamienite, ale i w doczesnych sprawach i chorobach był ich rzecznikiem.

 

Światłem nadprzyrodzonym oświecony, w prawdziwie cudowny sposób nieraz pomagał swym penitentom przy spo­wiedzi. I tak przytaczają biografowie, że siostrę Mariannę od Jezusa uwolnił od wewnętrznych niepokojów i smutków, pole­cając jej odnowienie przy spowiedzi trzech ślubów zakonnych. Czcigodnej matce Annie od Jezusa przypomniał nie wyznaną i zapomnianą niedoskonałość z lat dziecinnych.

Panienka jedna, pragnąca wstąpić do zakonu SS. Kar­melitanek, doznawała silnych pokus szatańskich wstrętu do życia klasztornego. Niepokoje męczyły ją niewypowiedzianie i to nawet w obecności św. Jana od Krzyża. Nie miała jednak odwagi szczerze mu wyznać całego stanu swej duszy. On jednak orlim swym wzrokiem, pod natchnieniem Ducha św. sam jej nakreślił cały stan jej duszy i skłonił ją, aby ostateczną swą decyzję powzięła, wszedłszy za klauzurę. Przezwyciężając niewymowną trudność, posłuchała swego ojca duchownego i zaledwie przeszła próg klasztorny, wielka cisza nastała w jej sercu. Z wielką też usilnością prosiła o sukienkę zakonną.

 

Nawet odległość nie stanowiła przeszkody w udzielaniu rad i kierowaniu dusz mu powierzonych. Matka Anna od Alberta, przebywająca w klasztorze w Caravaca, dręczona skrupułami, szukając ulgi, postanowiła opisać swe cierpienia Świętemu, Siadała do pisania, gdy oddano jej list od św. Jana, w którym wyjaśniał i uspokajał jej wszystkie obawy. W klasztorach Karmelitanek Bosych, kierowanych przez św. Jana, panowało przekonanie, że on widzi ze swej celi po­stępowanie poszczególnych dusz. Uważały więc siostry na najmniejszą swoją myśl, sądząc, że wszystko jest ich spo­wiednikowi znane.

Opowiadano również o wielkiej władzy, jaką św, Jan wywierał na szatanów. I tak pewna świątobliwa osoba, mo­dląca się w kaplicy, w której on spowiadał, widziała szata­nów w nielitościwy sposób przeszkadzających obecnym w modlitwie. Wystarczało jedno spojrzenie Świętego w ich stronę, aby ich spłoszyć.

 

Mściwość złych duchów prześladowała go; do tych napaści używali osób, zupełnie nieznanych Świętemu. Razu jednego, gdy przechodził ulicą, zaczepiła go jakaś kobieta z dzieckiem na ręku. Nieszczęśliwa istota, pod wpływem szatana, zaczęła za nim głośno wołać, że on był ojcem jej dziecka. Sw. Jan ze spokojem czystego sumienia przystanął i łagodnie, a głośno, wobec już zebranej ciekawej gawiedzi, zapytał, w jakim wieku byłoby dziecko. Matka odrzekła, że ma przeszło rok życia. Święty na to wesoło i dowcipnie odparł, że musi to być cudowne zjawisko, bo niema jeszcze nawet pół roku, jak po raz pierwszy do Grenady przyjechał.  Kłamstwo okazało się w całej swej nagości, napastniczka okryła się wstydem, tłum poruszony uspokoił się, a sługa Boży poszedł w dalszą drogę.

W czasie pobytu Ojca w Grenadzie zwołano kapitułę do Lizbony w r. 1585, Prowincjałem, zastępującym nie wybranego jeszcze generała, został bardzo wybitny, przez nie­których biografów ostro sądzony Ojciec Dorja, imienia za­konnego Mikołaj od Jezusa i Marji. Chcąc sprawnie zarzą­dzać dużą już prowincją, mianował sobie do pomocy czte­rech definitorów generalnych. Każdy z nich miał domy z je­dnej części kraju sobie oddane. Jednym z definitorów zo­stał św, Jan od Krzyża i powierzono mu domy w Andaluzji.

 

 

ROZDZIAŁ VI.
Heroiczne cnoty Świętego. Jego podróże. Sprowadzenie SS. Karmeli­tanek do Malagi i Madrytu. Zostaje wybrany do konsulty.

 

Rządy św. Jana od Krzyża, jako definitora generalnego zostaną po wszystkie czasy żywym przykładem dla wszyst­kich przełożonych i dla tych, którym, Bóg władzę nad in­nymi oddaje. Jeżeli od podwładnych żądał praktykowania cnót, to sam świecił im przykładem. Roztropność kierowała zarządzeniami — polecał naukę, ale nie dawał jej nigdy pierwszeństwa nad cnotą. Przeglądając życie Świętego i ten okres czasu, w którym był definitorem, nie wiadomo, którą cnotę w Świętym bardziej podziwiać. Ze zdumieniem tylko powtarzać należy: „Że wielkim jest Bóg w Świętych swo­ich”, Święty Jan, ten wielki miłośnik Dzieciątka Jezus w żłóbeczku i Zbawiciela na Krzyżu, uczył się w tej szkole pogardy dla wszelkiej zarozumiałości, pychy i miłości własnej. Dusza jego namiętnie ukochała pokorę i poniżenie. Pewnego dnia jeden z jego braci, w obecności świętego w rozmowie, Z obcymi osobami zaczął wyliczać domy, których Święty był przełożonym. Na to pokorny zakonnik odrzekł: „Ale trzeba też powiedzieć, że w jednym z tych domów byłem ku­charzem”.

 

W Grenadzie odwiedził jednego z prowincjałów innego zakonu, człowieka wysokiego urodzenia, ale i wielkiej py­chy, W rozmowie św. Jan wspomniał, że mu w jednym z domów wiejskich było najlepiej, a to dla wielkiej samo­tności i ciszy, jaką tam znalazł. Prowincjał, podchwyciwszy te słowa, z lekką ironią podkreślił, że widocznie musi być synem wieśniaka, kiedy tak mu dobrze było w odludnej sa­motności. Św. Jan odparł na to z głęboką pokorą: „Myli się wasza przewielebność, stan mój jest o wiele niższym, bo jestem synem ubogiego tkacza”. Obecni ze zdumieniem spojrzeli po sobie, a sam prowincjał głęboko się zawstydził, bo porzucił wprawdzie zewnętrznie świat i jego marności, a przyniósł za sobą do zakonu ducha światowego pełnego pychy i zarozumiałości. Od tej chwili nawrócił się i stał się serdecznym przyjacielem św. Jana od Krzyża.

Pokora nie zasadzała się tylko na słowach, ale cecho­wała całe życie i prace Świętego. Był on najpokorniejszym ze wszystkich swych braci zakonnych. Nie było dla niego zbyt niskiej posługi, a więc zamiatał korytarze, pomywał naczynie kuchenne, nakrywał stoły w refektarzu; czytanie głośne przy stole było ulubionym jego zajęciem. Podróżnym nieraz umywał nogi i pracował przy uprawie ziemi i w ogro­dzie. Dla chorych nie szczędził nigdy sił i pracy — z wielką miłością ścielił ich łóżka, zachęcając swym przykładem tych z braci, którzy wprawdzie mieli więcej czasu i sił, ale bra­kowało im na dobrej woli. W uprzejmości nie robił żadnych różnic dla wszystkich braci, bez względu na to, czy należeli do pierwszego czy drugiego chóru, był równie serdeczny i zrównoważony. Słuchał cierpliwie zdania każdego z zakon­ników, nawet nowicjuszów. Nieraz prosił o radę tych, którzy zdawali się być najbardziej wzgardzonymi i prostakami. Obie­rał sobie stale ostatnie miejsce na zebraniach zakonnych i to siadał zwykle na ziemi. Jednym słowem, dowodził tak głę­bokiej pokory, że już ta jedna cnota byłaby wystarczyła, aby mu zjednać serca równych i podwładnych.

 

Pokora jest nieodłączną siostrą posłuszeństwa. Zalecał ją Święty nie tylko słowem, ale i przykładem. Zajęty fun­dacją domu w Bujalancji i wieloma troskami gnębiony, otrzy­mał wezwanie od generalnego wikariusza Ojca Mikołaja od Jezusa i Maryi, aby natychmiast przybył do Madrytu. Choć podróż ta była mu bardzo nie na rękę, a bracia odradzali mu wyjazd ze względu na słabe zdrowie i wielką niepogodę —on jednak zaraz nazajutrz rano po otrzymaniu rozkazu udał się w drogę: „Nie wypada — mówił — przełożonemu, żądającemu od podwładnych posłuszeństwa, tak źle samemu je wykonywać”.

 

Regułę zakonną zachowywał jak najściślej i najwierniej, a przy tym otaczał swych synów zakonnych miłością wprost granic nie znającą. Gdy przybywał na wizytację, nie przyjmował zwykle względów gościnności niekoniecznych, ale udawał się wprost do chóru i tam z zakonnikami odmawiał pacierze kapłańskie i wszystkie ćwiczenia zakonne wraz z nimi odbywał. Każdy z braci, choćby najmłodszy, dozna­wał troskliwej jego opieki. Żądał od przełożonych aby cho­rym dostarczali wszelkich środków, przynoszących ulgę w cierpieniach. Sprawy mniejszej wagi szybko załatwiał, a cały czas wolny od zajęć poświęcał na rozmowy z braćmi, pilnie się dowiadując, jakie byłyby ich potrzeby i trudności tak wewnętrzne, jak i życia zewnętrznego i wspólnego.

Posiadał w wysokim stopniu, jak już wspomnieliśmy, dar kie­rowania duszami, a że wszyscy ulegali urokowi jego świę­tości i dobroci, więc z łatwością osiągał to, do czego zmie­rzał. Wielką słodycz łączył z powagą i stanowczością, a to stosownie do potrzeb każdej duszy. Więcej go poważano, aniżeli się bano — miłością nadprzyrodzoną osładzał pole­cenia nieraz bardzo przykre. Umiał wlać w dusze, które były pod jego kierunkiem i posłuszeństwem, spokój, radość i gor­liwość w służbie Najwyższego.

 

Wiele czasu poświęcał podróżom, sam urząd wizytatora prowincji obowiązywał go do objeżdżania powierzonych mu domów, a oprócz tego często wzywał go ojciec wikariusz, chcąc nieraz w zawiłych sprawach zasięgnąć jego światłej rady. Podróże nie odrywały duszy Świętego od kontempla­cji i zjednoczenia z Bogiem i są znakom i tym przykładem dla podróżujących.

Jadąc na swym osiołku (nie znano jeszcze wówczas nowożytnych środków lokomocji) św. Jan starał się zawsze jak najwierniej zachowywać regułę zakonną. Mówił, że zakonnik, który tylko w klasztorze jest wierny przepisom, a poza jego murami staje się człowiekiem światowym, przed­stawia karykaturę mnicha. Święty byłby najchętniej pragnął odbywać swe podróże piechotą, ale z powodu wycieńczenia sił m usiał nieraz dosiadać osiołka. Jeździł wspólnie z bra­tem, czasami prowadził za uzdę osiołka, na którym towa­rzysz siedział. W czasie drogi odmawiał modlitwy, albo śpiewał psalmy. Chwilami zwracał się do swego towarzysza, mówiąc mu o Bogu i prawdach wiecznych.

Przytaczają charakterystyczną dla Świętego rozmowę z bratem Marcinem od Wniebowzięcia, towarzyszem licznych jego podróży. Zapytał brata, co by on zrobił, gdyby będąc na misjach w dalekich krajach, został przez dzikich napa­dnięty i dotkliwie zbity: „ Z pomocą łaski Bożej odparł bra­ciszek zniósłbym cierpliwie tę zniewagę i cierpienie”. „Jak możesz bracie, tak obojętnie na to odpowiadać?” — zawołał święty — „widać, że ci bardzo brakuje na gorliwości, kiedy nie czujesz gorącego pragnienia, żebyś doznał choćby poćwiar­towania dla Jezusa Chrystusa”

Puszczając się w daleką drogę nawet, nie brał nigdy żadnych ze sobą zapasów; liczył na Opatrzność i nigdy nie doznał zawodu. Zajeżdżał na noc do gospody i wyszukiwał sobie najbardziej odosobnionego kąta, aby móc się oddać modlitwie. Klęcząc odmawiał brewiarz kapłański i małe officium do Matki Najświętszej. Później dopiero spożywał posiłek przez brata przyrządzony, a zawsze odpowiedni przepi­som reguły.

 

Dalekość i uciążliwość podróży nie dyspensowały Świę­tego od ciągłych umartwień ciała. Jeździł we Włosienicy z grubego sitowia, która mu przy każdym ruchu, boleśnie raniła ciało. Gdy towarzysz nalegał, aby ze względu na niewygody na jakiś czas ją zdjął. „Nie” odpowiedział Święty i tak aż nadto wygodnie jeżdżę, siedząc na osiołku — nie mogę sobie we wszystkim dogadzać”.

Oprócz Włosienicy nosił wkoło pasa stale łańcuch że­lazny najeżony kolcami. Nikt z braci o tern nie wiedział i byłby wziął swą tajemnicę do grobu, gdyby nie choroba, która wyjawiła tajniki umartwionego serca. Św. Jan zanie­mógł ciężko i dostał silnych boleści w boku. Wezwany le­karz uznał stan zdrowia za bardzo niedobry, wyraził nawet pewne obawy o utrzymanie życia i polecił nacieranie oliwą. Brat infimiarz w swej gorliwości tak się pośpieszył z wy­konaniem polecenia, że Święty nie zdołał usunąć kolcza­stego paska. Obecni spostrzegli ze zdumieniem, że pasek od dłuższego czasu nie zdejmowany, wbił się tak głęboko w ciało że już kolców nie było widać. Rzecz naturalna, że zdejmo­wanie było niesłychanie bolesne i ciało Świętego krwią się zalało. Jednak cierpienie fizyczne grało tu tylko podrzędną rolę daleko więcej bolał Święty nad odkryciem wobec braci swej tajemnicy, dotąd tylko Bogu znanej. Zmusił brata w imię posłuszeństwa, aby milczał o tej sprawie aż do śmierci. Brat schował zdjęty pasek i pewnego dnia użył go do leczenia ciężko chorego zakonnika. Zaledwie dotknął się nim cierpiącego, ten od razu wyzdrowiał. To też już za ży­cia świętego Ojca przechowywano ten pasek jako cenną relikwię.

 

Podróże Świętego parokrotnie zostały uwieńczone cu­dami, zdziałanymi za jego pośrednictwem. Jednego razu wracając z wizytacji odległego domu, spotkał na drodze dwóch ludzi, którzy stawali do pojedynku z dobytymi mieczami. Jeden z nich już był zraniony i wściekły z gniewu i mści­wości chciał drugiemu śmiertelny zadać cios. Święty natychmiast stawał między oboma zapaśnikami i z wielką miłością i powaga w imię Jezusa Chrystusa kazał im zaprzestać zbrodniczej walki rzuciwszy im pod nogi kapelusz. Skutek przeszedł wszelkie oczekiwanie. Zapaśnicy ochłonęli z gniewu zaczęli drzeć z bojaźni i bezradni ze spuszczonymi mieczami stali naprzeciwko siebie. Wówczas święty tak serdecznie i rzewnie do nich przemówił, że rzuciwszy się sobie w obję­cia, nie tylko się uścisnęli, ale kornie się schyliwszy, jeden drugiego nogi ucałował.

Innym razem św. Jan, będąc w podróży, miał się z dwoma innymi Ojcami przeprawić przez rzekę, Po długich deszczach woda była silnie wezbraną, tak, że towarzysze jego uważali przeprawę w tern miejscu za niemożliwą. Św. Jan chciał też pójść za ich radą. Tymczasem niewidzialną siłą party, został zmuszony do wejścia w owym miejscu do wody, ale zaledwie parę kroków naprzód ujechał, gdy osio­łek zaplątał się w wodoroślach i zaczął grząść w błocie, Sw.
Jan, jak zwykle, natychmiast zwrócił się o pomoc do Matki Bożej, która też zaraz przybyła w pomoc wiernemu swojemu słudze. Okrywszy go płaszczem, na drugą stronę rzeki przeniosła. Osiołek uwolniony od swego ciężaru, wydostał się z bagniska i swobodnie przebrnął na brzeg przeciwległy, Ojciec, stanąwszy na ziemi, został natchnieniem wewnętrznym skierowany do pobliskiej gospody. Tajemnica dziwnej przeprawy miała tu się wyjaśnić. Niewyczerpane miłosierdzie Boże kierowało krokami Świętego, W gospodzie konał po­dróżny, który potrzebował dla swej duszy gwałtownie pomocy kapłana. Sprzeniewierzywszy się Bogu, złamał swe śluby zakonne i żył w kompletnej apostazji. Święty Jan przygotował go na śmierć, udzielił mu św. Sakramentów i spędził z nawróconym grzesznikiem ostatnie chwile jego życia, pocieszając go i budząc w nim ufność w nieskończoną dobroć i miłosierdzie Boże.

 

Kroniki klasztorne notują także dwa inne cudowne zdarzenia z podróży Świętego, gdy towarzyszył przy translokacjach Karmelitanek Bosych do nowych fundacji. Droga do Malagi, którą siostry przebywać musiały, była bardzo niewygodną i skalistą. Siostra Maria od Chrystusa, tak nie­szczęśliwie spadła ze swego osiołka, że uderzywszy się w głowę, doznała silnego obrażenia i leżała na ziemi, nie dając znaku życia, a krew obficie z rany spływała. Przerażone towarzyszki zwróciły się o pomoc do Świętego, Ten natych­miast schylił się do leżącej, ręką dotknął się otwartej rany, a chustką otarł płynącą krew i ta od razu wyzdrowiała, tak, że bez używania jakichkolwiek innych środków mogła udać się w dalszą drogę.

 

Przeprowadzając Siostry do Madrytu, musiał św. Jan wraz z innymi podróżnymi przeprawiać się przez głęboką rzekę. Prąd wody był tak silny, że Siostry o mało się nie utopiły; Święty zaś bez żadnego szwanku i wysiłku został przeniesiony na przeciwległy brzeg — jakby siedząc na po­ wierzchni wody — a ubranie jego nawet nie nosiło śladów zmoczenia.

Czas jego urzędowania, jako definitora generalnego, do­biegał ku końcowi, wtedy wybrano go ponownie na przełożonego w Grenadzie, Ale tylko jeden rok nim pozostał, bo na generalnej kapitule Ojców w Madrycie został powtórnie definitorem generalnym. Papież Sykstus V. żądał,, aby wy­brano ostatecznie generała zakonu. O. Mikołaj od Jezusa i Marii był dotychczas tylko wikariuszem generalnym. Rada jego przyboczna miała ostatecznie przygotować w myśl roz­porządzenia Ojca św., wszystkie sprawy zgromadzenia. De­finitorów było sześciu. Po porozumieniu się co do zewnętrz­nej formy rządów, przeniesiono siedzibę tej rady naczelnej do Segowji. Miasto to wybrano ze względu na fundację klasztoru, którą rozpoczął św. Jan od Krzyża. Dobrodzie­jami i fundatorami tego nowego domu byli Anna de Panalosa i jej brat Ludwik de Morcado, oboje najżyczliwiej dla Ojca Jana od Krzyża usposobieni. Uwzględniając więc ich gorące życzenie, przeniesiono radę z Madrytu do Segowii, aby św. Janowi w pracy nad nowym domem dopomóc. W tym czasie był on nadmiernie przeciążony, bo oprócz za­jęcia spowodowanego fundacją, musiał często przewodniczyć zebraniom konsulty w zastępstwie wikariusza. który musiał
często wyjeżdżać. Ojciec Jan pracował jak Święty, roztrop­ność cechowała wszystkie jego rozporządzenia nie było tam śladu ani względu ludzkiego, ani bojaźni, celem była chwała Boża i dobro zakonu.

 

Budowa domu wiele czasu mu zabierała — nieraz sam podawał cegły .robotnikom, zachęcał dobrotliwie do pracy, a był tak uprzejmy w obejściu, że sam jego widok był im zachętą i nagrodą. W Segowji wybrał sobie na mieszkanie schowek pod schodami, za stół służyła mu goła deska a za łóżko dwa stare płaszcze. W celi tej czuł całe szczęście do­browolnego ubóstwa i wskazał przyszłym pokoleniom za­konników ideał celki ubogiego a gorliwego zakonnika. Nie zapomniał o ćwiczeniu się w umartwieniu, a świst dyscy­pliny. jaką sobie co wieczór zadawał, rozlegał się daleko. Bracia zakonni, gdy słyszeli ostre razy. podchodzili ze świa­tłem pod drzwi Świętego, aby go do przestania nakłonić. Męka Chrystusowa i ciągła jej kontemplacja — oto pokarm, z którego dusza św. Jana czerpała swą siłę.

cdn.

Św. JAN OD KRZYŻA – Teksty

Żywot św. Jana od Krzyża – mistyka i doktora Kościoła (Cz. 1)


MARIA BOCHEŃSKA – „ŻYWOT ŚW. JANA OD KRZYŻA MISTYKA I WSPÓŁREFORMATORA REGUŁY KARMELITAŃSKIEJ”. WE LWOWIE. NAKŁADEM WŁASNYM AUTORKI. 1925.

Ilustracje pochodzą z książki  Album św. Jana od Krzyża, doktora mistycznego : życie w 68 obrazach

 

WESPRZYJ NAS

Jeśli podobają się Państwu treści które publikujemy i uważacie, że powinny docierać do większej ilości odbiorców, prosimy o wsparcie rozwoju naszej strony.
Wybraną kwotą:

10,00 PLN
50,00 PLN
100,00 PLN

Lub inną dowolną:

PLN

Dziękujemy

WSPIERAM

Skomentuj