Żywot św. Jana od Krzyża – mistyka doktora Kościoła (Cz. 1)

ROZDZIAŁ I.
WSTĘP, — Rodzice i młodzieńcze lata Świętego. Studia.

 

Czasy obecne, przesiąknięte materializmem, wywołują same przez się reakcję, wiele dusz nie mogących znaleźć w obecnych prądach zaspokojenia swych dążeń, szuka w koło siebie i poza sobą czegoś, co by im mogło dać spokój myśli i serca Iskra Boża, pomimo wszystkich wysiłków mocy zła, nie da się zgasić i pożąda tej siły, która by ją w płomień zamieniła. Jednak i w tych idealnych dążeniach łatwo o spaczenie, jakiego objawem jest teozofia z jej wszystkimi gałęziami i błędami. Duch ludzki zapomina o wiecznie prawdziwych słowach św. Augustyna: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.

W krótkości podany tu życiorys wielkiego idealisty i mistyka katolickiego, a przy tym reformatora jednego z najbardziej po dziś dzień żywotnych zakonów w naszym Kościele, niech będzie dla tych zastępów dusz i u nas w kraju drogowskazem, którędy droga do szczęścia.

Skromna ta praca oparta na ostatnim wydaniu francuskim O O. Karmelitów Bosych w Paryżu z r. 1922 czerpie z niej wszystkie zasadnicze myśli i polega na jej dokumentach.

Hiszpania jest ojczyzną wielkich Świętych, ludzi o bohaterskich cnotach i serc gorejących miłością Boga i bliźniego. Wydała ona św. Ignacego Loyolę, założyciela zakonu O O . Jezuitów, św.  Teresę, reformatorkę żeńskiego klasztoru sióstr Karmelitanek i św. Jana od Krzyża, którego życiem, cudami, świętością zajmować się będziemy. Dzieje ludu hiszpańskiego w średnich wiekach złożyły się na wydanie wielkich ideałów chrześcijaństwa. Całe te wieki Hiszpania toczyła walkę z Maurami, walkę o podłożu religijnym i ziemia jej cała przesiąknięta jest niejako krwią synów męczenników.

Już tu na ziemi Bóg często wynagradza ofiarne wysiłki swych wiernych dzieci, tak w życiu jednostek, jak i całych narodów* Hiszpania otrzymała oprócz wielu innych darów łaskę wydania Świętych, należących do największych chwał Kościoła katolickiego. Oni to wybłagali jej u tronu Boga, że reformacja zupełnie ją ominęła, a św. Ignacy wystawił całą armię cichych mądrych, a świętych zakonników , którzy niemało się przyczynili do pokonania jej w innych krajach. Duch wielkiej św. Teresy i głębokiego św. Jana od Krzyża dziś jeszcze przenika ich rodaków . Dar modlitwy i rozmyślania, tak trudny do wybłagania u Boga, jest niejako chlebem codziennym ich dusz. Nabożeństwa majowe w cichych kościółkach parafialnych Hiszpanii, odbywają się w ten sposób, że kapłan u stóp ołtarza czyta punkty rozmyślania — nastaje cisza i wszyscy wierni, często bardzo maluczcy mądrością świata, wnikają w sfery świetlane, prowadzeni wzorem swych wielkich mistyków Teresy i Jana od Krzyża.



Cała Hiszpania jest pokryta kościołami, a to dlatego, że pobożni jej mieszkańcy, kochając Boga całym sercem, sta­rali się przede wszystkim o najliczniejsze i najpiękniejsze dla Niego świątynie. Idealnym typem tej miłości wiecznie dawnej, a zawsze nowej jest św. Jan od Krzyża.

Św. Jan od Krzyża urodził się w r. 1542 w małym miasteczku Fontibros. Ojciec jego Gonzalgo z Ypes, pocho­dził z niewielkiego miasteczka w Kastylii. Rodzina była za­cną i dość znaną. Szczyciła się pokrewieństwem biskupa z Tarasony, późniejszego spowiednika św. Teresy.

Gonzalgo, z dopuszczenia Opatrzności, stracił za mło­dych już lat całe swoje mienie. Widząc się zmuszony do zarabiania na życie, udał się jako młodzian do Toledo, do swego wuja, bogatego kupca i pomagał mu w prowadzaniu licznych interesów. Jeżdżąc w rozmaitych sprawach handlo­wych do Medyny, w drodze zatrzymywał się w Fontiveros na nocleg u biednej wdowy. Spotykał się tam z córką owej pani, panienką wprawdzie ubogą, ale bogato uposażoną we wszystkie dary umysłu i serca. Gonzalgo postanowił pojąć ją za małżonkę. Niskość stanu, do którego należała i brak majątku wywołały sprzeciw u całej rodziny młodzieńca. Mu­siał się więc Gonzalgo chwycić rzemiosła i został tkaczem. My­ślał zapewne, że skromność obranego zawodu wzruszy serca opornej rodziny i że go z powrotem zawezwą do Toledo.

 

Inne jednak były zamiary Boga, który chciał, aby nad kolebką św. Jana od Krzyża zaświeciła gwiazda ubóstwa Betlejemskiego. Bogata rodzina zupełnie zapomniała o ubo­gim tkaczu, który po kilku jeszcze latach ciężkiej pracy, pe­łen wiary i poddania się odwiecznym wyrokom Opatrzności, skończył skromnie swój żywot.

Została się po nim biedna wdowa obarczona trojgiem dzieci. Najstarszy z nich Franciszek, doczekał się sędziwych lat, był zawsze szanowany przez św. Teresę, a ukochany przez św. Jana od Krzyża — tym więcej, że ubóstwo brata, dawało mu sposobność do częstych upokorzeń. Drugi z rzędu Ludwik, umarł jako dziecię, nie zaznawszy ani cierpień ani radości tego łez padołu. Najmłodszym z rodzeństwa był św. Jan od Krzyża. Na chrzcie otrzymał imię Jan — miało ono być pełne znaczenia. Ostrością swego życia pokutniczego, pokorą i światłem Bożym dla siebie i drugich stał się podo­bny św. Janowi Chrzcicielowi — a ze względu na miłość ku Panu Jezusowi i Matce Najświętszej porównać go można do św. Jana Ewangelisty.

 

Szczególnie Matka Najświętsza od najmłodszych lat ota­czała go opieką prawdziwie macierzyńską. Po dziś dzień opo­wiadają o nim w Hiszpanii, że mając 5 lat, bawił się z rówieśnikami nad brzegiem stawu. Wpadłszy przez nieuwagę do wody, poszedł na dno i trzy razy wypłynąwszy na wierzch, już się więcej nie pokazał. Przerażeni towarzysze zabaw, myśląc, że utonął, pouciekali w popłochu. Tymczasem dzie­cię znowu wypłynęło i zobaczyło przed sobą panią przecu­dnej piękności, która ku niemu łaskawe swe ręce wyciągała. Św. Jan widząc swą dłoń tak czarną i błotem powalaną, wolał nawet życie stracić, aniżeli dotknąć się tej przecudnej ręki jasnej panienki. Chwilę trwało wahanie, aż na brzeg przybył wieśniak, może, jak powiadają, niebieski posłaniec, który za pomocą tyczki pomógł dziecku do wydobycia się z bagniska. Matka Najświętsza, rozczulona delikatnością uczuć chłopca wzięła św. Jana od tej chwili, pod szczególną swą opiekę, którą go otaczała aż do śmierci.

 

W Karmelach hiszpańskich przechowuje się także le­genda, że św. Jan wraz ze swym bratem, idąc dnia pewne­go drogą, został napadnięty przez jakiegoś potwora, a ten rzucił się w ich stronę, chcąc dzieci pożreć. Św. Jan od Krzyża, choć bardzo jeszcze mały, wcale się nie nastraszył, a zrobiwszy wielki znak krzyża św., odpędził widziadło, stwierdzając już w zaraniu życia, że niczego się bać nie potrze­bują ci, co ufają Panu. Już jako dziecię zaczął się św. Jan oddawać umartwieniom ciała, a to zanim się jeszcze jakiekolwiek w sercu obudziły namiętności. Matka go w nocy nieraz na twardym zastawała łożu, chciał bowiem przez te niewygody okazać swą miłość Zbawicielowi.

 
Wiedziona macierzyńską intuicją, matka św. Jana prze­czuwała, że jej dziecię musi być do wielkich od Boga przeznaczone rzeczy i choć bardzo uboga postanowiła kształcić Jana w naukach. Został więc on oddany do szkół. Zajaśniał tu wszystkimi cnotami, jakie ozdabiają życie ucznia wzoro­wego. Był pilny, posłuszny, pokorny, czysty, uprzejmy, a obo­wiązki wypełniał sumiennie bez wielkiego natężenia. Patrząc na jego cnoty, wszyscy stawiali Jana na wzór rówieśnikom.
Jednak już w 14 r. życia odebrała go matka ze szkoły, bo, nie mając żadnego utrzymania, musiała go oddać do rzemio­sła, aby wyzwoliwszy się na majstra, mógł jej być pomocą w życiu. Św. Jan rozumiał, że wola rodziców i przełożonych jest wolą Bożą, to też, choć z wielkim żalem, porzucił na­uki i wziął się do rzemiosła. Pomimo całej jednak pilności, z jaką się do tej pracy przykładał, nie robił żadnych postę­pów, nie mając do tego zdolności. Bóg wyraźnie wskazywał, że inną mu drogę w życiu przeznacza.
 
 
 

ROZDZIAŁ II.
Młodość. Powołanie do zakonu. Przyjęcie święceń kapłańskich.

Cnota, jaką jaśniało życiu świętego młodzieniaszka, ścią­gała mu nie tylko łaskę Bożą, ale miłość i szacunek u ludzi. Do grona najbardziej mu życzliwych i oddanych przyjaciół należał bogobojny i świątobliwy zarządca szpitalu Don Alfonso Alvares de Toledo, Widząc trudności, z jakimi św. Jan już w tak młodym wieku walczyć musiał, zapropono­wał mu pod wpływem natchnienia Ducha św. miejsce infirmjera w szpitalu, z tą myślą, aby w chwilach wolnych od zajęć, przy chorych oddawał się nauce, Z czasem pragnął wychować z niego wzorowego kapelana szpitalnego. Młodzieniaszek z wdzięcznością przyjął ofiarowane sobie miejsce. Chorymi zajmował się z największą miłością i serdecznością, a sam widok jego dobroci i cierpliwości był im już ulgą w cierpieniach.

 
I tu też okazała się opieka Matki Najświętszej nad wier­nym swym sługą. Opowiadają w kronikach szpitalnych, że św. Jan, uległszy wypadkowi wpadł do głębokiej studni. Wszystkim obecnym zdawało się, że musiał się już utopić. Tymczasem, ku ogólnemu zdziwieniu, znaleziono go siedzą­cego na powierzchni wody, a tylko zmoczone ubranie świadczyło, że był na jej dnie. Pytany, co też się z nim stało, odpowiedział z prostotą, że gdy wpadł do studni, ukazała mu się śliczna Pani, która podawszy mu łaskawie swą rękę, uchroniła go od utonięcia. To też zaufanie bezgraniczne do Matki Bożej, która go dwukrotnie od zguby ocaliła, stało się charakterystyczną cechą życia św. Jana od Krzyża.
 
 
 
Mieszkając w szpitalu, oddawał się młodzian i w dal­szym ciągu ostrościom ciała. Sypiał na twardym posłaniu i tak krótko, że cudem było, że miał dość sił, by sprostać wszystkim obowiązkom. Jadał mało, często pościł. Oprócz tego używał różnych innych umartwień zwyczajnych i nad­zwyczajnych. Nigdy nie próżnował. Czas wolny od posług dla chorych, poświęcał nauce, w które/ robił znakomite po­stępy. Z łatwością przyswoił sobie nauki świeckie i oddał się studiom filozofii pod światłym kierunkiem OO. Jezuitów.
Filozofia Arystotelesa i innych pogańskich mędrców nie za­ćmiła mu umysłu i nie sprowadziła na bezdroża niewiary. Przeciwnie, była mu dowodem, że rozum ludzki, także po­gański, poszukuje wokoło siebie Boga i śladów Jego. Św. Jan odczuwał całą gorącością czystego serca szczęście łaski bożego światła i obcowania duszy z Bogiem, jakie znajdo­wał w Kościele katolickim.
 
Zbliżała się chwila wybrania ostatecznego zawodu w ży­ciu. Innymi jednak, okazały się myśli ludzkie, a innymi — jak to często bywa — drogi Boże. Dyrektor szpitala i do­broczyńca, który ułatwił św. Janowi kształcenie się, gorąco go namawiał, aby przyjął święcenia kapłańskie i objął kapelanię przy szpitalu. W przyszłości zaś, obiecywał wyrobie­nie stanowiska wyższego i korzystniejszego. Matka Święte­go również się do tego projektu skłaniała, przedstawiając, że będąc świątobliwym kapłanem, równocześnie dopomoże i jej w utrzymaniu na stare lata.  Św. Jan nie mógł od razu się zdecydować na tak wielki i stanowczy krok. Uważał się w swej głębokiej pokorze za niegodnego święceń kapłańskich i prosił o czas do namysłu.
 
Pewnego dnia, po gorącej modlitwie o światło na dro­gę życia, usłyszał wyraźny głos w duszy, mówiący: „Będziesz mi służył w zakonie, w którym pierwotną na nowo zapro­wadzisz regułę”. Święty zrozumiał, że to natchnienie Boże, podziękował więc serdecznie swemu opiekunowi za otrzyma­ne od niego dobrodziejstwa i zaczął się rozglądać za owym zakonem, w którym miał, stosownie do woli Bożej, resztę swego życia spędzić. Wybór jego padł na zakon Karmeli­tów, niedawno w Medynie osiadły, pod wezwaniem św. Anny Matki Najświętszej Panienki. Prosił więc św. Jan, przełożo­nego klasztoru, o łaskę przyjęcia.
 
Z radością wliczono go do grona zakonników, bo da­wno słyszano o świętości młodzieńca i uważano, że wszelkie próby, stwierdzające prawdziwość powołania, byłyby już zby­tecznymi. Przyjęcie do klasztoru tak ucieszyło św. Jana, że zdawało mu się, że jest drugim św. Maciejem, wybranym na apostoła na miejsce Judasza. A że dzień wstąpienia do zgromadzenia obchodzono właśnie w święto tego apostoła, otrzymał imię zakonne:„ Jana od św. Macieja”. Później w chwili przyjęcia reformy, zmienił je na „Jan od Krzyża”.
 
Życie klasztorne św. Jana można streścić w trzech głó­wnych zasadniczych punktach: modlitwy, umartwienia i samotności, tj. odsunięcia się od świata. Największym szczę­ściem dla św. Jana było służenie do Mszy św. mawiał, że przy każdej z nich doznaje nowych, a niewypowiedzianych wewnętrznych pociech. Usposobienie wewnętrzne, ciągłe sku­pienie i zjednoczenie z Bogiem, musiały się odbić na całej zewnętrznej postaci Świętego. Czczono go też ogólnie w za­konie. Wolne chwile dnia spędzał w swej celce na rozmy­ślaniu i modlitwie. Pokazują do dziś dnia izdebkę przez Świę­tego wówczas zajmowaną. Jest ona bardzo małą, z okien­kiem na kaplicę z Przenajświętszym Sakramentem — a tak ciemną, że Święty musiał sobie zrobić u góry otwór, aby móc czytać książki do nauki potrzebne.
 
Umartwieniom oddawał się nieustannie, pościł prawie codziennie, spał na gołej desce, używając wyżłobionej kłody drzewa za poduszkę. Nosił rodzaj włosienicy, utkanej z sito­wia, pełnej guzów i prawie jej nigdy ze siebie nie zdejmował. Dyscypliną częstą i krwawą karcił swe niewinne ciało. Jednak i w tych umartwieniach nie wychodził poza granice posłu­szeństwa, które uważał za świętą wolę Bożą, Za wzór życia zakonnego postawił sobie Chrystusa Pana, by więc iść w te święte ślady, starał się ciągłem rozmyślaniem wniknąć w życie Zbawiciela. Przy każdej też sposobności, zapytywał samego siebie, jakby Jezus w tym lub owym wypadku postąpił i według otrzymanego światła, bez względu na wymagania natury, działał. Zmysły doprowadził do zupełnej obojętności.
Wszystkiego tego, co było niekoniecznym, np, rozmowy, wiadomości ciekawych i t, p, zupełnie sobie odmawiał, a w rzeczach niezbędnie do życia koniecznych nie chciał odczuwać żadnej przyjemności — tak, że duch brał zawsze górę nad ciałem.
 
Przełożeni, widząc tyle i tak pięknych cnót u młodzie­niaszka, postanowili przeznaczyć go do święceń kapłańskich. Święty Jan i teraz, jak przedtem, starał wymówić się swą zupełną niegodnością. Przełożeni jednak orzekli, że dobro zakonu tego wymaga i św. Jan z posłuszeństwa oddał się studiom teologicznym.
Przygotowując się do pierwszej Mszy św„ z gorliwością prawdziwie anielską, prosił Boga, aby go zechciał uchronić w całym życiu od grzechu ciężkiego, ale równocześnie oświadczył gotowość znoszenia wszystkich kar, jakie by spełnienie grzechów mogło na niego sprowadzić.
 
Dla odprawienia prymicji udał się do Medyny, aby tam w klasztorze, do którego był w stąpił i w obecności swej matki mógł złożyć Panu pierwszą ofiarę Mszy św., W czasie jej odprawiania usłyszał znowu głos Boży, zapewniający go, że prośba jego została wysłuchaną. Faktycznie stwierdzono w procesie beatyfikacyjnym, zupełną niewinność jego życia.
Utwierdzenie w łasce, otrzymane przy pierwszej Mszy św., nie byłoby z powodu wielkiej pokory Świętego przedostało się do wiadomości ogółu, gdyby nie objawienie udzielone w tej sprawie karmelitance bosej, czcigodnej matce Annie od Jezusa, Pewnego dnia, czekając na swą kolej spowiedzi u św. Jana, otrzymała dokładne objawienie co do łaski, otrzymanej przez Świętego, Po skończonej spowiedzi zeznała św. Janowi swoje widzenie, a ten, widząc w tym zajściu wolę Bożą, potwierdził prawdziwość jej mniemania.
 
 

 

ROZDZIAŁ III.
Dalsze doskonalenie się Świętego. Spotkanie się ze św. Teresą.
Wprowadzenie w życie pierwotnej reguły karmelitańskiej.

 

Świecenia kapłańskie pobudziły Świętego do jeszcze większej gorliwości w doskonaleniu się w służbie Bożej. Była chwila, w której zapragnął dla większego umartwienia się, przejść pod surową regułę Kartuzów i odciąwszy się zupełnie od świata, resztę życia przepędzić na modlitwie, umartwieniu i milczeniu.

Bóg jednak czuwał nad spełnieniem swoich zamiarów. Prawie równocześnie z opowiedzianą powyżej działalnością św. Jana, przeprowadzała św. Teresa reformę w żeńskim kla­sztorze karmelitanek bosych, a to przez powrót do pierwotnej ostrości reguły. Założywszy taki klasztor w Awili, bła­gała usilnie Boga, aby i O O . zakonu karmelitańskiego do po­dobnej natchnął reformy. Z tern gorącem pragnieniem, zwie­rzyła się, przystępując do fundacji drugiego domu w Medynie, ojcu Antoniemu, przełożonemu O O. Karmelitów w tym mie­ście. Ten natychmiast ofiarował się sam na usługi reformy w klasztorach męskich. Gorliwość jego bardzo ucieszyła pło­mienne serce wielkiej reformatorki. Znając jednak delikatne zdrowie przełożonego, nie śmiała, wiedziona roztropnością, na nim opierać dzieła tej reformy, a Opatrzność Boża już była sobie wybrała najodpowiedniejsze ku temu narzędzie w osobie Ojca Jana od św. Mateusza.
 
 
Św. Teresa, zanim spotkała się z Ojcem Janem, już wiele była o nim słyszała i pragnęła, aby on się stał ka­mieniem węgielnym pod gmach wiekopomnej reformy. Św. Jan, dowiedziawszy się o wielkich zmianach, w prowadzonych u SS. Karmelitanek w Awili i Medynie, pragnął rozmówić się sam ze św. Teresą. Uradowana tym reformatorka noc, poprzedzającą dzień spotkania się jej z Ojcem Janem, spę­dziła na modlitwie, kornie błagając Boga i mocując się z Pa­nem, jak drugi Jakób, o tego ojca i syna zreformowanej re­guły.
 
Wymiana pierwszych myśli utwierdziła ich w powziętym postanowieniu i św. Jan z największą gorliwością pod­jął się przeprowadzenia na sobie reformy. Postawił jeden tylko warunek, aby jak najrychlej mógł przystąpić do dzieła.
 
 
 
Jak przy wszystkich dziełach, ręką Bożą kierowanych, znalazły się zaraz środki materialne do urzeczywistnienia planów. Bogaty właściciel ziemski don Velasquez ofiarował św. Teresie małą i skromną osadę wiejską. Fundatorka widząc w tym  zrządzenie Opatrzności, z wdzięcznością przyjęła ofiarę, przeznaczając ją dla Ojca Jana. Dom znajdował się w bardzo biednej wiosce Durvelo. Ubóstwem swym i odda­leniem od większych miast radością napełnił serce pokornego zakonnika. Porównując go z ubóstwem lichej stajenki Betle­jemskiej, uważał tę chatkę za prawdziwy pałac. W tym samym czasie udawała się św. Teresa do Valladolid, aby swój czwarty dom otworzyć. Za towarzysza przeznaczono jej Ojca Jana.
Na nowej fundacji nie było jeszcze przepisanej klauzury, bo dom dopiero budowano, więc mogli się oby­dwoje reformatorzy ze sobą swobodnie widywać. Sw. Jan wniknął wówczas dokładnie i głęboko w ducha wielkiej Teresy i w szczegóły już wprowadzonej reformy w żeńskich klasztorach karmelitańskich. Tak więc św. Jan był w początkach uczniem i synem duchownym św, Teresy, aby się później stać ojcem i kierownikiem jej duszy i wielu innych zakonnic zreformowanej reguły. Należy oddać tu hołd wiel­kiej pokorze kapłana, który nie wzgardził radami i wska­zówkami cichej niewiasty, widząc w jej poczynaniach dzia­łanie Opatrzności Bożej.
 
Powróciwszy z podróży, postanowił od razu objąć w po­siadanie domek ubożuchny. Jako zaopatrzenie na nową fundację otrzymał od św. Teresy ornat, rękom a jej sióstr zakon­nych wyszyty, wszystkie przybory do Mszy św. potrzebne i habit kroju i materii tej samej, jaką po dziś dzień noszą Karmelici bosi.
 
Przed wyruszeniem prosił Ojciec Jan św. Teresę i jej zebrane córki o modlitwę i błogosławieństwo. Wzruszający znowu obraz niewymownej pokory i prostoty, w niczym zadowolenia swej miłości własnej nie szukającej.
Głębsze też znaczenie kryło się pod tym zewnętrznym aktem wyniszczenia się; św. Jan chciał przez to zaznaczyć, jak
wielki udział w reformie zakonu męskiego miała św. Teresa.
 
Za towarzysza wziął sobie robotnika, mularza, często przy klasztorze pracującego, który miał mu pomóc w niektórych nieodzownych robotach nowej fundacji. Po przybyciu do Durvelo zrobiono plan mieszkania. Kościół umieszczono u wejścia, w bramie przyległego domu. Ozdobą jego było kilka krzyżów powiązanych z gałęzi, a na złączeniach opa­trzonych w trupie główki. Pobożni sąsiedzi, którzy odwie­dzali kapliczkę, byli przerażeni, ale i zbudowani widokiem tego rodzaju jeszcze niewidzianych krucyfiksów . Chór był na strychu, a tak bliski dachu, że tylko czołgając się na kolanach, można było wejść do niego. Zamiast okien, zro­biono otwory w dachu, a zasuwano je źle dostosowaną dachówką, przepuszczającą nie tylko światło, ale deszcz i śnieg.
Na dwóch końcach dachu były dwie pustelnie z widokiem na kościółek, a tak niskie i małe, że tylko leżąco lub klęcząco można było w nich przebywać. Zamiast łóżek złożono garść siana, mającego przypominać prostotę betlejemską, za poduszkę służył kamień; na ścianie krzyż bez wizerunku, aby zakonnik sam zajął w duchu miejsce Ukrzyżowanego, u stóp jego trupia głowa, obraz samego zakonnika po śmierci i oto całe umeblowanie równie proste, jak i ciekawe. Poniżej chóru była sypialnia, złożona z trzech celek, a umeblowana w ten sam sposób, co i poddasze, Kuchnię z dawnego domu rozdzielono na dwie części, jedna miała być refektarzem, a druga właściwą kuchnią, W refektarzu kłoda nieociosanego drzewa zastępy wała stół — zbity dzbanek karafkę, a kawałki czerepów szklanki. Promienna miłość biesiadników tego dziw­nego stołu miała przekształcać obtłuczone i nędzne naczynia stołowe w konchy cudnych kryształów o niezmiernej war­tości. Kuchnię również bogato zaopatrzono, bo aż w dwa stare rondle, które do tego miały być jak najrzadziej w uży­waniu.
 
Gały dzień zeszedł tak prędko na urządzaniu owego „pałacu”, że noc zapadła, a ani Ojciec Jan, ani jego pomoc­nik nie pomyśleli o posiłku, 'Wieczorem posłał Święty swego towarzysza do pobliskiej wioski, aby tam, w imię Jezusa Chrystusa, poprosił miłosiernych ludzi o trochę chleba. Spo­żyli wspólnie tę skromną kolację, chwaląc i błogosławiąc
Pana, który nawet o najmniejszym stworzeniu nie zapomina.
 
Większą część pierwszej nocy spędził św. Jan na mo­dlitwie. Prosił gorąco Boga, jednocząc się najściślej z Jego najświętszą wolą, o błogosławieństwo i wytrwanie na obra­nej drodze. Rano, gdy dzień zaświtał, poświęcił nowy swój
habit, otrzymany z rąk św. Teresy. Po Mszy św. z anielską pobożnością odprawionej, włożył na siebie to nowe ubranie, obiecując ponadto Bogu, że będzie chodził bez obuwia i na­wet bez sandałów. Rozumiał Święty, że gruby ten habit ma być tylko ciągłem przypomnieniem doskonałości, świętości i zaparcia samego siebie, do czego dążył. To też wszystkie dawne postanowienia z wielką gorliwością i pokorą przed Bogiem ponowił.
 
W zupełnej samotności i rozmowie z Bogiem przepędził św. Jan dwa miesiące. Zanim ojciec Antoni, dawny jego przełożony, mógł się z nim połączyć, był więc św. Jan pierw­szym karmelitą bosym, który przyjął pierwotną regułę Ojców z góry Karmelu, w jej całej ostrości, sam ją w życie w pro­wadzając i najgorliwej praktykując.
 
 
 

ROZDZIAŁ IV.
Fundacja nowych domów. Św. Jan naznaczony spowiednikiem zakonnic w Awili.
Błogie skutki jego działalności. Uwięzienie.

 
 
Ludność okoliczna, widząc jakie życie, ponad zwykłą miarę umartwione św. Jan prowadził, pospieszała do Durvela we wszystkich potrzebach, a wszyscy odchodzili pocie­szeni i podniesieni na duchu. Po dwóch miesiącach przyłą­czył się do św, Jana Ojciec Antonio, Oddawanie urzędu prze­łożonego w ręce prowincjała opóźniło jego przybycie do Durvelo, Przywiózł ze sobą brata Józefa, na pomocnika w służbie Bożej, a na zaopatrzenie ubóstwa domowego kil­ka klepsydr, które umieszczono we wszystkich izdebkach, miały one wołać do zakonników, że chwila obecna jest mo­że dla każdego z nich ostatnią dla miłowania Boga przed wejściem do wieczności.
Wszyscy trzej zakonnicy przebyli pierwszą noc na modlitwie, obdarzeni hojnymi łaskami i po­ciechami od Pana, W porannej Mszy św. złożyli profesję zakonną, przyrzekając Ojcu Generałowi służyć Bogu we­dług pierwotnej reguły zakonu karmelitańskiego, a wyrzeka­jąc się wszelkich ulg, z czasem przyznanych. Idąc w myśl życzeń św. Teresy i chcąc zaznaczyć, że rozpoczynają no­wy rodzaj życia, przybrali nowe imiona. Ojciec Antoni nazwał się od Jezusa, Ojciec Jan od Krzyża, a brat Józef, od Chrystusa. Jezus Chrystus ukrzyżowany, oto zdanie, które te słowa razem tworzyły, W jakiś czas później odwiedził pustelnię prowincjał zakonu. Alfons Gonzalez, Cnoty prakty­kowane w Durvelo i świętość zakonników napełniły go ra­dością i zbudowaniem, Ojciec Antoni, jako najstarszy wie­kiem, został mianowany przełożonym domu, nasz święty ojciec jego zastępcą i mistrzem nowicjatu, a brat Józef mi­nistrem, czyli zawiadowcą całego ubogiego domu.
 
 
Święty Jan od Krzyża, przejęty świętą gorliwością, ni­czego Bogu nie odmawiał. Z heroizmem umierał codziennie samemu sobie z chwilą przywdziania habitu doskonałość było mu koniecznością i obowiązkiem. Umartwienia jego pokutne stały się tak ostrymi, że wydawał się być katem dla swojego ciała. Włosienice, o ile mu nie rozdzierały ciała, były tylko dziecinną zabawką; łóżko, to kąt w chórze, z kamie­niem pod głową, o północy wstawał, aby odmawiać Jutrznię, a potem zatopionego w modlitwie zastawał go brzask po­ranny. Nieraz śnieg, padający przez spojoną nieszczelnie dachó­wkę, zasypywał ubranie świętego tak że całkiem zaprószony schodził na Mszę św. Rozgrzany miłością Bożą, nie czuł zimna ziemskiego.
 
 
Kochany i szanowany przez wszystkich, katechizował ludność z okolicznych wiosek. Rano zaraz po Mszy św. wybierał się na swoje apostolskie wędrówki i wracał po po­łudniu zmęczony i zgłodniały, bo zwyczajnie jeszcze na czczo. Wtedy to powtarzał za swym boskim Mistrzem : „Pokar­mem moim jest czynić wolę Ojca”. Pewnego dnia proboszcz wioski, w której uczył, poprosił go na śniadanie do stołu obficie zastawionego. Św. Jan serdecznie podziękował, ale odmówił przybycia. Gdy zdziwiony towarzysz zapytał Świę­tego. dlaczego zaproszenia nie przyjął odpowiedział mu Oj­ciec; „Pracuję dla samego Boga, nie chcę więc aby mi ludzie dziękowali ani płacili”. Wielka odpowiedź, godna wielkiego Świętego.
 
 
 
Gdy Ojciec Antoni od Jezusa, musiał na czas dłuższy dom opuścić, św. Jan w jego zastępstwie zajął się urządze­niem życia wewnętrznego w klasztorze i dał dowody praw dziwie Bożej roztropności. Zaraz w pierwszych czasach po przyjeździe Ojca Antoniego i brata Józefa zgłosiło się dwóch nowicjuszy. Staranie o ich wyrobienie duchowe i zakonne stało się przedmiotem usilnych zabiegów Ojca Jana od Krzyża, a że dar rozeznawania duchów był mu w wysokim stop­niu od Boga udzielony, więc mógł łatwo i pewnie kierować młodymi duszami. Uczył ich więc zupełnego oderwania się od świata, pokonania zmysłów i samych siebie, a oddania się Bogu na zupełną i wyłączną Jego służbę.
 
 
W kilka miesięcy później przeniesiono ten zaczątek O O. Karmelitów Bosych do Mancery. procesji bardzo uroczystej, odprowadzono ojców i nowicjuszów do nowego do­mu. Sława ich świętości tak szerokie zataczała kręgi, że wielu przybywało aspirantów, proszących o przyjęcie do Zgromadzenia. Wyszkoliwszy nowicjuszy w Durvelo i Mancerze, został Ojciec Jan od Krzyża przeniesiony w połowie października r. 1570 do Pastrany na wikariusza tego domu. Zastał tam 14 młodzieńców pełnych dobrej woli, ale nie zna­jących podstaw owych zasad reguły zreformowanej karmelitańskiej. Św. Jan pouczył ich i wyćwiczył. Nowicjat ten stał się niebawem wzorem gorliwości i wszystkich cnót przykładem.
 
Krótki był pobyt św. Jana w Pastrana, bo już w na­stępnym roku został rektorem kolegium w Alkalii. Była to jedna z pierwszych i największych wyższych uczelni w za­konie O O. Karmelitów. Rektor wprowadził zaraz równowagę między pracą naukową a ćwiczeniem się w cnotach, tym jednak zawsze dawał pierwszeństwo. Podziwu godnym był widok tych ludzi pełnych życia i młodości, a tak wiernie zachowujących przepisy ostrej reguły. Spędzali długie go­dziny na modlitwie, która im dawała siły w umartwieniach, czuwaniach i w walce z namiętnościami.  Mistrzem i wzorem im był ukochany ich rektor św. Jan od Krzyża. Komisarz apostolski, który z ramiena Ojca św. zwiedzał kolegium w Alkalji, porównał je do wzorowego monasteru, opisanego przez św. Jana Klimaka w swym dziele p. t.; „Święta drabina”. Z Alkalii też wyszło przysłowie, do dziś dnia w uczelniach karmelitańskich powtarzane: „Zakonnik i stu­dent, zakonnik przede wszystkim”.
 
W tym czasie mianowała Stolica Apostolska św. Teresę przełożoną klasztoru wcielenia Pańskiego w Awili; zgromadzenie to nie przyjęło reformy św. Teresy, a potrzebowało odnowienia duchowego. Reformatorka, rozumiejąc odpowie­dzialność zadania, niechętnie i tylko z posłuszeństwa przy­jęła naznaczone jej stanowisko. Zastrzegła sobie jednak przed objęciem domu i bardzo prosiła, aby jej dano do pomocy św. Jana od Krzyża. Przychylono się do jej słusznego żąda­nia i św. Jan wraz z drugim towarzyszem zreformowanej reguły, udali się do Awili. Zamieszkali oni w ubożuchnym domku, obok klasztoru.
 
 
Św. Jan od razu zaczął swą pracę nad ożywieniem gor­liwości w oziębłych sercach tych dusz zakonnych. Ufność swą całą położył w Bogu. Przede wszystkim starał się wpły­nąć własnym przykładem życia umartwionego i pomagał so­bie ciągłą i gorącą modlitwą. Jadał to samo, co w Durvelo, ale przyjmował wszystko, co mu zakonnice przysyłały, bo one ojców wiktowały, nigdy się o nic nie upominał i nie zwracał żadnej na to uwagi, czy potrawy były lepiej lub gorzej przyprawione, czy też, co się  czasem zdarzało zupeł­nie o nim zapomiano.
 
W stosunku do sióstr zakonnych zachowywał łagodną powagę. Na twarzy jego malowała się skromność i niczym niezamącona pogoda. W uczynkach i słowach roztropność nadprzyrodzona. Nic nigdy nie dawał zakonnicom, wiedząc, że w tych rzeczach granice bywają nad­zwyczajnie delikatne i że to, co się zaczęło duchem, łatwo na zmysłach skończyć się może. Siostrom okazywał równą uprzejmość, użyczając każdej tyle czasu, ile potrzeby jej duszy wymagały. Nauki, poparte modlitwą i żywym życia przy-kładem, musiały obfity przynieść plon. Najoporniejsze i najozięblejsze miedzy zakonnicami uznały wielkość i świętość ducha Ojca Jana od Krzyża i wszystkie z ochotą poddały się jego kierownictwu. Ogień miłości Bożej, opromieniający wszelkie poczynania Świętego, udzielał się mimowolnie i sio­strom zakonnym, zdawało się, że wszystkie goreją wprost miłością Bożą.
 
 
Nie tylko jednak dusze zakonne były przedmiotem stara­nia i troski dla ojca Jana od Krzyża; każdy najniżej nawet upadły grzesznik był dla jego gorliwości łupem godnym pracy i cierpienia. Głośnym było w Avili nawrócenie się pewnej osoby bardzo lekkiego prowadzenia się, którą jej przyjaciółki, ale dobre, namówiły do wyspowiadania się u Ojca Jana od Krzyża. Po długiem wahaniu się, trapiona wyrzu­tami sumienia, poszła wypłakać swą duszę u stóp św, za­konnika. Przyznawała później, że gdy klękała u stóp kon­fesjonału, w którym siedział człowiek o wyglądzie tak asce­tycznym, o ubraniu tak grabem, o bosych nogach, myślała, że już żywą stamtąd nie wstanie. Jakież było jej zdziwienie, gdy ją św. Jan jak najłaskawiej przyjął, wskazując jej nieskoń­czone miłosierdzie Boże, które żadnego, nawet największego grzesznika nie odtrąca. Tak ją tymi pełnymi miłości słowami podniósł na duchu, że zmieniła zupełnie tryb swego życia, jedwabie na grubą tkaninę, wykwintne mieszkanie na celę o gołych murach, towarzystwo na samotność i w pokucie umarła.
 
 
Nawróciła się również i pewna upadła zakonnica, która nie tylko śluby Chrystusowi Panu złożone złamała, ale żyjąc w grzesznym światowym związku, całe miasto gorszyła. Święty pozyskał dla Boga tę duszę i tak na nią wpłynął, że niedozwolony stosunek zerwała i oddawszy się publicznej pokucie, zło zgorszeniem wyrządzone do śmierci naprawiała.
Wspólnik jej grzechu, nie mogąc darować gorliwemu ojcu odsunięcia się od niego owej osoby, zaczaił się w bramie i napadłszy na św. Jana, niemiłosiernie go pobił. Gdy o tym święty wspominał w późniejszym życiu, zawsze mawiał, że choć leżał ledwo żywy na ziemi, jednak dusza jego opływała w niebiańskich radościach, a otrzymywane razy wydawały mu się tak słodkimi, jak kamienie św. Szczepanowi.
 
 
Szatan, widząc, że św. zakonnik dokonuje tylu nawró­ceń i wyrywa mu dusze, już na wpół w piekle pogrążone, wściekał się ze złości i krążył jako lew ryczący, szukając, w jaki by sposób świętemu zaszkodzić. Opanował więc w tym celu młodą osobę, którą skusił, aby późnym wieczorem pod pozorem wyznania mu swej własnej męki odwiedziła Świę­tego, aby mu się stać pokusą. Sługa Boży, oświecony łaską, odkrył od razu całą złość szatańską i gorąco Boga błagał o pokonanie zasadzki. Bóg, który pokornych i ufających Mu nigdy nie opuszcza, wspomógł go swą mocą. Nie tylko, że święty Jan sam bez szwanku na duszy wyszedł, ale i kusicielkę oświecił. Słowami pełnymi grozy przedstawił jej cięż­kość kar wiecznych, jakie na siebie ściąga, do obowiązków ją przywołał i od w pływu szatańskiego uwolnił.
 
Żadne pokusy nie miały przystępu do serca świętego, to też szatan wziął się do innej taktyki. Wywołał przeciw osobie Ojca Jana prześladowanie. Kielich goryczy miał być pełny po brzegi, cierpień i upokorzeń bez miary. Były one tym boleśniejsze, że pochodziły od tych, którzy powinni byli go szanować, miłować i popierać.
 
 
 
Pięć lat ubiegało od czasu, jak św. Jan został spowie­dnikiem zakonnic Wcielenia Pańskiego w Awili. Pomimo ustąpienia św. Teresy z przełożeństwa, został św. Jan i nadal na skutek gorących próśb kierownikiem duchownym tych zakonnic. Fakt ten stał się bezpośrednim powodem prześladowania go przez braci jego Karmelitów, nie należących do zreformowanej reguły. Są to, bądź co bądź, dzieje z jednej strony bardzo smutne, bo świadczą, do czego ślepa nienawiść najlepszych doprowadzić może i jak wówczas łatwo skrzywdzić nawet i świętego. Z drugiej zaś strony stały się one nieśmiertelnym wieńcem chwały i zasług dla cierpliwego i cichego świętego.
 
 
Karmelici reguły „umiarkowanej” nie chcieli pozwolić, aby św. Jan od Krzyża, który przyjął pierwotną regułę Karmelu, zajmował się zakonnicami klasztoru Wcielenia Pańskiego reguły umiarkowanej. W tym celu komisarz gene­ralny zakonu Hieronim Fostado dopuścił się niesłychanego bezprawia i polecił uwięzić obu ojców, mieszkających w Awili św. Jana od Krzyża i Ojca Hieronima od św. Mateusza. Pierwszego, w klasztorze w Toledo, a drugiego u Karmeli­tów w Moreleji. Zakonnik, który miał św. Jana odwieźć na miejsce, chcąc się przełożonym przypodobać, w najokrutniej­szy sposób obszedł się ze św. Ojcem. Służący świecki, do­dany do tej wyprawy, wzruszony litością, ofiarowywał Ojcu swą pomoc w ucieczce. W gospodzie, w której stanęli na nocleg, właściciel, pomiarkowawszy, o co chodzi, również chciał się przyczynić do uwolnienia cnotliwego więźnia. Ale św. Jan podziękował za wszelką pomoc, cierpienie bowiem uważał za dobrodziejstwo, a spotęgowanie jego za pomno­żenie szczęścia.
 
 
W Toledo, u Karmelitów umiarkowanych, przyjęto Ojca jako zbuntowanego i nieposłusznego zakonnika. Od­czytano mu wyrok komisarza generalnego i kapituły reguły umiarkowanej, rozwiązujący klasztor reguły zreformowanej. Bezprawnie w całej pełni, bo św. Jan i jego towarzysze, przyjmując regułę pierwotną przestali tym samym podlegać umiarkowanym. Św. Jan od Krzyża miał zupełną pewność w duszy, że przyjmując regułę pierwszych ojców, w niczym zakonowi nie zaszkodził, ani przełożonym nie ubliżył.  Z dru­giej zaś strony, uważał sam siebie za tak wielkiego grzesznika, że przyjmował wszystkie cierpienia jako sobie nale­żne i sprawiedliwe. Błogosławieństwo tego cierpienia stało się rosą ożywczą dla ziemi Karmelu, wydającą po dziś dzień najwonniejsze kwiaty w Kościele katolickim. Zakonnicy w Toledo wkrótce się spostrzegli, że ich perswazje, rozkazy, namowy, nie odnoszą żadnego skutku. Argumenty i powody, jakie św. Jan ku swej obronie przytaczał, były wystarcza­jącemu aby każdego człowieka dobrej woli przekonać. Je­dnak zacietrzewieni bracia zakonni postanowili na własną rękę ukarać Świętego jako zbuntowanego i opornego mnicha.
 
 
Wtrącono go do więzienia, dręczono okrutnymi dyscy­plinami i niesłusznymi wyrzutami, wycieńczono postami o chlebie i wodzie i nękano wszystkimi możliwymi plagami. Cierpienia te miały być w mniemaniu tych zakonników pokutą za reformę, — jaką na sobie św. Jan przeprowadził. W oczach Boga stały się wielką zasługą i ozdobiły koronę chwały nieśmiertelnej Świętego.
 
Pierwszą karą było uwięzienie. Zamknięto św. Jana w celce na 10 stóp długiej, a 6 szerokiej, beż żadnego okna; powietrze dostawało się otworem na 3 palce szerokim u sa­mego stropu. Światło przedzierało się tamtędy tak skąpo, że Święty, aby brewiarz odmówić, musiał wychodzić na ławkę. Pokoik ten dla tego był pozbawiony okna, że zwykle służył za schowek dla niepotrzebnych i starych sprzętów domowych. Zamiast łóżka dano mu dwie gołe deski, a na przykrycie stare płaszcze. Drzwi zamknięto na kłódkę, a salę, przylegającą do owego kąta, również zamknięto, tak, aby więźnia zupełnie od wszelkiego kontaktu z ludźmi odciąć.
Wieczorem każdego dnia sprowadzano go do refektarza, gdzie po posiłku, zakonnicy kolejno go dyscypliną biczowali. Ze wszystkich cierpień, jakie św. Jan w tym czasie znosił, bi­czowanie należało do najcięższych i najbardziej upokarzają­cych. W pierwszych czasach po uwięzieniu otrzymywał tę pokutę codziennie, później zredukowano ją na trzy razy tygo­dniowo, dalej tylko w piątki. Wreszcie sami zakonnicy, zmę­czeni zadawaniem tylu razów, które św. pokutnik zawsze gotów był przyjmować, tylko od czasu do czasu je wymie­rzali.
 
W późniejszym swym życiu mawiał św. Jan żartując, jednak zgodnie z prawdą, że większą ilość razów otrzymał w tym czasie, aniżeli sam św. Paweł. A że zadawane uderzenia nie były lekkie, o tym świadczyły blizny, które po upływie długich lat zawsze jeszcze nosił Święty na swych zbolałych ramionach. Jeden z braci, pielęgnując go w cho­robie, odkrył te blizny i tak długo prosił i nalegał, aż chory mu wyznał pochodzenie owych znaków. Jedzenie, jakie otrzymywał, było dlań również wielkim umartwieniem. W tych dniach, w których sprowadzono Świętego do refektarza, podawano mu na ziemi trochę chleba i wodę.  W innych dniach przynoszono mu resztki pozostałe z jedzenia, czasem sardynkę, nie dodając nigdy nic poży­wniejszego.
 
Jako odzienie, gdy zdarto z niego habit zreformowanych, otrzymał habit reguły umiarkowanych, a że koszulę wełnianą, w Której go uwięziono, ani razu przez dziewięć miesięcy nie zmieniono, więc ogromna ilość robactwa w niej się namno­ży; a, co również było cierpieniem nie do opisania.
 
Dodajmy do tego udrękę moralną w formie najprzykrzejszych i najbardziej upokarzających wymówek, a oto słaby obraz tej zewnętrznej „nocy zmysłów”, jaką Święty wówczas przechodził. Pod drzwiami jego więzienia nieraz zbierali się zakonnicy wołając: „O to pseudo-reformator, który w spo­sób głupi i ekstrawagancki chciał wprowadzić niesnaski mię­dzy braćmi zakonu Najświętszej Panny i to w zgromadze­niu, z którego wyszło tyle dobrych i światłych sług Bożych i kapłanów. Nie jesteś reformatorem, ani nawet i cieniem dobrego zakonnika, furtianem być nie potrafisz”.  Po takich przemówieniach zraniwszy mu duszę i serce, kaleczono dy­scypliną ciało. Święty wyznał później, że te upokorzenia niewymownie słodkie mu były dlatego, że tak umartwiały jego miłość własną. Pomimo ostrości otrzymywanych razów wzdychał za tymi chwilami, w których mógł, cierpiąc i znosząc te zniewagi, okazywać Bogu swą miłość. Gdy nie sprowadzono go do refektarza, upominał się o to sam u klucznika pytając, dlaczego mu tej wielkiej łaski od­mówiono.
 
Nie powstawał też nigdy w jego sercu gniew na prze­śladujących go braci. Uważał ich tylko za narzędzie w ręku Bożym. Przez nich, tak myślał Święty, pozwala mu Bóg najmiłosierniejszy odpokutować już tu na ziemi za grzechy i daje mu możność zbierania zasług. Na żadne wyrzuty ni­gdy nie odpowiadał, W swoim zdaniu był niewzruszony, a nic nie mogło zamącić jego pogody, co niezmiernie gnie­wało jego przeciwników. Przezywali go hipokrytą, wodą stojącą i obrzucali innymi obelgami. Słyszał też często roz­mowy, umyślnie pod jego drzwiami prowadzone, w których, aby zniechęcić go do reformy mówiono, rzeczy wprost nieprawdziwe, Z tych słów wynikało, że św. Jan z rozkazu nuncjusza papieskiego został uwięziony, że reformowani oj­cowie już się rozeszli, wreszcie na św. Matkę Teresę rzu­cali najohydniejsze potwarze i paszkwile. Przypisywano jej w tych rozmowach takie uczynki i zamiary, jakie tylko sa­memu Lutrowi można by było udowodnić, Wyśmiewano również tak reformę, jak i jej twórców. Myśl, że reforma, ukochane dzieło św. Jana, spełzła na niczym, przeszywała bólem serce Świętego.
 
Dla dopełnienia obrazu dodajmy jeszcze wewnętrzne cierpienia w głębi duszy odczuwane: oschłości, ciemności, uczucie opuszczenia, — a przedstawi się nam ten stan nad wyraz bolesny, który przez 9 miesięcy przepędzonych w więzieniu, oczyszczał na wskroś duszę wiernego sługi Ukrzyżowanego. Chwilami wydawało mu się, że jest zupełnie od Boga opuszczony i zapomniany, zakosztował więc w całej pełni tych wszystkich cierpień, jakie Bóg zwykł zsy­łać na dusze do wielkiej świętości powołane, Najcięższą zaś ofiarą, jaką musiał w swym więzieniu składać, była niemo­żność odprawiania Mszy św. jako też zupełne oddzielenie od swych braci reguły zreformowanej, Czasami myślał, że na­prawdę zgorszył innych swym postępowaniem, a wtedy drę­czyła go obawa, że Bóg pociągnie go za to do odpowie­dzialności.
 
 
Męki te jednak — nie ciągle trwały. W niektórych dniach nawiedzał Bóg Świętego niebieskimi pociechami i wówczas obficie wynagradzał mu doznane cierpienia. Po ­korny nasz Ojciec ukrył większość łask nadzwyczajnych w owym czasie otrzymanych, niektóre jednak przedostały się do wiadomości ogółu. W chwilach, gdy ciemność wię­zienia i brak światła dziennego najbardziej więźniowi doku­czały, Bóg mu zsyłał w sposób cudowny tę światłość z nieba.
 
Pewnego dnia brat, który miał pilnować Świę­tego, wszedłszy do celi, ujrzał ją całą światłem zalaną. Prze­raził się myślą, że ktoś z zewnątrz pomimo zamknięcia, do­stał się do środka. Pobiegł czym prędzej zawiadomić o tym przełożonego. Ten zaraz w towarzystwie kilku innych oj­ców do celi pospieszył, lecz gdy wchodził do sali, prowadzącej do pokoiku Świętego, światłość zgasła, a ciemności zaległy. Za ciemne były ich serca nieludzkie, aby światłość miłości Bożej mogła im zaświecić. Myśląc, że się bratu tylko przewidziało, powrócili do swych zajęć. Jednak światłość to była prawdziwa — bo czyż trudno Panu i ciemności naj­głębsze przemienić w jasność, aby swych przyjaciół pocie­szyć?
 
Innym razem, gdy św. Jan w gorącej modlitwie skar­żył się przed Bogiem, że zraniwszy go swą miłością, ukry­wał się przed nim, usłyszał głos wewnętrzny, który mu w duszy mówił: „Nie bój się niczego Janie, jestem tutaj i wnet cię wyswobodzę”. Podniesiony tymi słowami, odczuł przedsmak rozkoszy niebiańskich, a największe cierpienia znosił z radością przyswajając je sobie jako skarb naj­droższy.
 
Z tego czasu datuje się pieśń Świętego, zaczynająca się od słów : „Gdzieżeś się ukrył itd.”, która do dziś dnia przechowała się w pismach Świętego.
 
 
Matka Najświętsza również nie zapomniała o wiernym swym słudze. Pewnego razu, gdy zatopiony w modlitwie, nie usłyszał wejścia do celi przełożonego, a z powodu wy­niszczenia sił, nawet nie mógł powstać przeor, uważając to za brak uszanowania, brutalnie go kopnął i ostrą mu zrobił wymówkę. Święty z wielką pokorą prosił go o przebacze­nie. Przełożony, rozbrojony tą heroiczną cnotą, zapytał, w ja­kich to myślach tak głęboko był zatopiony, gdy on do niego wchodził, „Myślałem, rzekł św. Jan, że to jutro dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny i że ja tak niezmiernie bym pragnął odprawić ku jej czci Mszę św.”. „Nigdy”, twardo odpowiedział przełożony „dopóki ja tu będę” — i wyszedł, Św. Jan w zniósł swe biedne serce do Matki Najświętszej i całą resztę dnia składał jej ofiarę ze swych serdecznych pragnień. W nocy odwiedziła go Najświętsza Panienka w oto­czeniu aniołów i pocieszała, że się to więzienie niebawem skończy i że wtedy będzie mógł odprawiać Mszę św.
 
Cdn.
 
 
 
 
 

MARIA BOCHEŃSKA – „ŻYWOT ŚW. JANA OD KRZYŻA MISTYKA I WSPÓŁREFORMATORA REGUŁY KARMELITAŃSKIEJ”. WE LWOWIE. NAKŁADEM WŁASNYM AUTORKI. 1925.

Ilustracje z książki :Album św. Jana od Krzyża, doktora mistycznego : życie w 68 obrazach

Skomentuj