Droga na Górę Karmel – Św. Jan od Krzyża (15)-Wyobraźnia (rozważanie) nie może być środkiem, ale etapem pośrednim do zjednoczenia z Bogiem.

ROZDZIAŁ XI.

W którym jest mowa o pojmowaniach wyobrażalnych i natu­ralnych. Określa czym są i uzasadnia, iż nie mogą być odpowiednim środkiem dojścia do zjednoczenia z Bogiem, tudzież wskazuje szkodę, jaką sprawia nieumiejętność oderwania się od nich w porę.

Zanim mówić będziemy o wizjach wyobrażalnych, które w sposób nadprzyrodzony zwykły przedstawiać się zmysłom
wewnętrznym, którymi są wyobraźnia i fantazja, należy dla porządku poruszyć tutaj sprawę pojmowań naturalnych, po­chodzących od tych zmysłów wewnętrznych cielesnych, abyśmy od mniejszego przejść mogli do tego, co większe i od zewnętrzniejszego do tego, co bardziej wewnętrzne, aż do głębokiego skupienia, w którem dusza jednoczy się z Bogiem. Tej bowiem metody trzymaliśmy się dotąd. Bo najpierw mówiliśmy o ogołoceniu duszy z obrazów naturalnych, odnośnie do rzeczy zewnętrznych, a w związku z tym o naturalnych siłach pożądań, co stanowiło treść księgi pierwszej, gdzieśmy mówili o Nocy zmysłów. Na­stępnie zaczynaliśmy ogołacać ją w szczególności z pojmowań zewnętrznych nadprzyrodzonych, podpadających pod zmysły zewnętrzne, (jak to podaliśmy w rozdziale poprzednim ) w celu wprowadzenia duszy w Noc ducha w tej księdze drugiej.

Pierwsza tedy z nasuwających się obecnie kwestii dotyczy zmysłów cielesnych wewnętrznych, wyobraźni i fantazji. Z nich bowiem również musimy usunąć wszystkie formy i pojęcia wyobrażalne, które w sposób przyrodzony mogą się w nich znajdować, jako też dowieść, że niepodobna, by dusza doszła do zjednoczenia z Bogiem, zanim działać w nich nie przestanie, ponieważ nie mogą one być właściwym i bezpośrednim środkiem takiego zjednoczenia.

 

Wiedzieć zaś trzeba, że zmysły, o których szczegółowo tutaj mówimy, to dwa zmysły wewnętrzne: tak zwana wyobraźnia i fantazja (1). Zwyczajnie służą one jeden drugiemu, albowiem jeden rozmyśla, wyobrażając, a drugi przez fantazję obraz wyobrażony formuje. W naszym przedmiocie nie ma żadnej różnicy między działaniem obydwu. Dlatego, skoro zgodnie z tym, cośmy tu powiedzieli, nie będziemy wymieniać ich z osobna, należy rozumieć, że co o jednym powiemy, odnosi się też do drugiego, bo o obydwu mówimy nierozdzielnie. Wszystko, co owe zmysły przyjąć i wytworzyć mogą, nazywa się wyobrażeniami i fantazjami, albowiem formują to, co pod obrazem i kształtem ciała zmysłom tym się przedstawia.

Obrazy te mogą być dwojakie: jedne nadprzyrodzone, kiedy te zmysły, zawieszając własne działanie, przyjmują je biernie i dlatego nazywamy je wizjami wyobrażalnymi, przychodzącymi drogą nadnaturalną, o których później mówić będziemy. Drugie zaś przyrodzone, gdy zmysły owe zdol­nością własną czynnie wytwarzać je mogą, pod postacią form, kształtów i obrazów.

Do tych dwu władz należy me­dytacja, która jest czynnością zmysłową, dokonywaną przy pomocy obrazów, form i postaci, wytwarzanych przez wspom­niane zmysły, jak na przykład będzie wyobrażanie sobie Chrystusa Pana naszego ukrzyżowanego, lub przywiązanego do słupa, lub w innym momencie męki. Tak samo przed­stawić sobie można Boga w majestacie wielkim na tronie, albo też wyobrażać sobie chwałę niebios pod postacią prze­pięknej światłości lub inne jakiekolwiek rzeczy podobne ludzkie i Boże, które podlegać mogą wyobraźni.
Z tych to więc wszystkich wyobrażeń i pojęć dusza ma się opróżnić, zostając w ciemnościach odnośnie do tegoż zmysłu, ażeby dojść do Boskiego zjednoczenia, ponieważ w żadnym nie mogą być stosunku do bezpośredniego środka zjednoczenia z Bogiem; tak samo jak nie ma go w rzeczach materialnych, które są przedmiotem pięciu zmysłów zewnętrznych.

 

Uzasadnieniem tego jest ta okoliczność, że wyobraźnia nie może stwarzać ni wyobrażać żadnych rzeczy, poza tymi, których zmysłami zewnętrznymi doświadczyła, a mianowicie: które widziała oczyma, słyszała uszyma i t. d. Co najwyżej zaś może tworzyć podobieństwa tych rzeczy widzianych, słyszanych lub odczutych. Podobieństwa te jednak nie osią­gają bardziej wartościowej istności, ani nawet takiej, jaką otrzymać można za pomocą zmysłów wspomnianych. Bo chociaż wyobraża sobie pałace z pereł i złote góry dlatego, że widziała złoto i perły, w rzeczywistości mniej znaczy to wszystko, niźli prawdziwy kawałeczek złota czy perły, cho­ciażby w wyobraźni było ich mnóstwo, tak co do rodzajów, jak i ilości.

 

Ponieważ zaś wszystkie rzeczy stworzone w żad­nym (jak powiedziano) nie mogą stać stosunku do bytu Boga, znaczy to, że zarówno nic wyobrażonego na ich po­dobieństwo nie może służyć za bezpośredni środek zjedno­czenia z Nim, i raczej, jakośmy powiedzieli, oddala.

Stąd ci, którzy wyobrażają sobie Boga pod jakąś z owych postaci, czy to pod postacią wielkiego ognia, czy blasku, czy pod innymi jakimi bądź formami i myślą, że coś z tego będzie doń podobne, daleko bardzo odchodzą od Niego.

Bo choć początkującym potrzebne są te rozważania i formy i sposoby medytacji, iżby szli z duszą rozmiłowaną i karmioną uczuciem (jak to następnie powiemy), są to dla nich tylko środki pośrednie, które przygotowują do zjednoczenia z Bogiem.

Zazwyczaj dusze muszą przejść przez nie, zanim dojdą do celu i przystani spoczynku duchowego. Jest to jednak tylko przejście; nigdy zaś nie powinny zatrzymywać się na nim na zawsze, bo w takim razie nigdy nie doszłyby do celu, który nie jest jako te pośrednie środki, ani żadnego z nimi nie ma podobieństwa, równie jak stopnie schodów żadnego nie mają podobieństwa z mieszkaniem, do którego prowadzą. Służą one tylko jako środki, a ów, co po nich wstępuje, jeśli nie zostawiłby za sobą wszystkich schodów bez wy­jątku, a zatrzymałby się na którymkolwiek, nigdy nie przy­byłby ani się dostał do jasnej i miłej przystani, ich celu.

Dlatego dusza, która by miała w tym życiu dojść do zjedno­czenia, do owej najwyższej szczęśliwości i dobra, przejść musi wszystkie stopnie rozważań, form i poznawań i skoń­czyć z nimi, żadnego bowiem nie mają podobieństwa ni ustosunkowania z celem, do którego prowadzą, a którym jest Bóg.

Stąd w Dziejach Apostolskich powiada św. Paweł: Non debemus aestimare auro, aut argento, aut lapidi sculpturae artis, et cogitationis hominis Divinum esse simile, — nie mamy rozumieć, aby złotu, albo srebru, albo kamieniowi, rycinie rzemiosła i wymysłu człowieczego Bóstwo miało być podobne (Dz. Ap. XVII, 29).

W tym właśnie błądzi bardzo wiele osób duchowych, które ćwiczą się w dążeniu do Boga przez formy, obrazy i rozmyślania — co dobre dla początkujących, — gdy tym­czasem Bóg chce je podnieść do dóbr bardziej duchowych, wewnętrznych i niewidzialnych, odbierając im upodobanie i smak w medytacji myślnej.

One jednakże nie zaprzestają, ani nie mają odwagi, ani nie umieją oderwać się od tych namacalnych sposobów, do których się przyzwyczaiły i tru­dzą się dalej, by je zatrzymać, pragnąc iść przez rozważanie i medytację formalną jak dawniej, sądząc, że tak zawsze być powinno. Wiele wkładają pracy a mało lub nic zgoła nie znajdują smaku, a raczej zwiększa się i wzrasta oschłość, znużenie i niepokój duszy, im bardziej starają się o ten smak stracony, którego już bezwarunkowo dawnym sposobem znaleźć nie mogą. Dusza bowiem już nie podoba sobie w owym pokarmie (jakośmy rzekli), tak zmysłowym, a tylko w innym subtelniejszym wewnętrznie, który się nie zasadza na pracy wyobraźni, ale na odpoczynku duszy i na pozo­stawieniu jej we własnym jej spokoju, co niewątpliwie jest bardziej duchowe.

Im bardziej bowiem dusza staje się du­chowa, tym bardziej ustaje działanie jej władz w czynnościach szczegółowych, ponieważ oddaje się jednej jedynie czynności ogólnej i czystej, gdy działania władz ustają i nie wiodą już dalej duszy drogą pierwotną, którą dotąd postępowała. Po­dobnie stają i zatrzymują się nogi wędrowca u kresu swej podróży. Albowiem, gdyby dążenie było wszystkim, nigdy nie doszłoby się do mety, i gdyby środki były wszystkim, nigdy nie można by się cieszyć osiągnięciem końca i celu.

Dlatego żal zbiera, gdy się widzi, iż jest wielu, którzy pragnąc dla duszy swojej tej szczęśliwości wewnętrznego uspokojenia, w którym napełnia się ona pokojem i orzeźwie­niem Bożym, niepokoją ją i ciągną do tego, co raczej zewnętrzne i chcą, aby wróciła do bezprzedmiotowego dążenia, a opuściła cel ostateczny, w którym już wypoczywa, przez wzgląd na środki, jakie doń prowadzą, którymi są roz­ważania.

Nie dzieje się to bez wielkiego niesmaku i wstrętu duszy, która pragnęłaby zostawać w owym pokoju, którego nie pojmuje, jako w stanie sobie właściwym, — jak ten, co z trudem doszedł do miejsca spoczynku, czuje przykrość, gdy go ktoś ciągnie z powrotem.
Ponieważ zaś nie znają tajemnicy swego nowego stanu, wyobraźnia podsuwa im, że to lenistwo i próżnowanie: a przeto nie pozwalają sobie spocząć, usiłując rozmyślać i rozważać, i stąd pochodzi, iż popadają w oschłość i zmęczenie dla zdobycia smaku, któ­rego przez to zdobyć nie mogą. Można by do nich zastoso­wać przysłowie „im większy mróz, tem większa bieda “ : im bardziej bowiem upierają się przy tym spo­sobie, tym gorzej się czują, bo bardziej wyrywają duszę ze spokoju ducha; a znaczy to: opuszczać większe dla mniej­szego i cofać się do tego, co przebyte i wracać do pełnienia tego, co spełnione.

 

Takim ludziom powiedzieć trzeba, by się uczyli zosta­wać w Bogu w owym uspokojeniu, z uwagą pełną czci i miłości, a nie starali się o wyobraźnię i jej działanie, bo  tutaj (jakośmy powiedzieli), władze odpoczywają i nie dzia­łają. Jeśli zaś niekiedy działają, to nie z wysiłkiem pilnego rozpamiętywania, tylko ze słodyczą miłości, więcej poruszane przez Boga, niźli przez samą zdolność duszy, jak się to dalej wyjaśni.
Na teraz bowiem wystarcza zrozumieć, że ci, którzy pragną iść naprzód, powinni umieć odrywać się od tych wszystkich przyzwyczajeń, sposobów i działań wyobraźni, w czasie i porze, których wymaga i żąda poziom stanu, do jakiego się wznoszą.

Aby zaś wiedzieć, kiedy i w jakim czasie ma to nastąpić, podamy pewne znaki, które zauważyć ma w sobie człowiek duchowy, by mógł z nich poznać porę, i czas, kiedy swobodnie używać może wspomnianego celu a przestać dążyć do niego przez rozmyślanie i pracę wyobraźni. By zaś nie spowodować tą nauką zamieszania, potrzeba będzie wyjaśnić, w jakim to czasie i porze człowiek duchowy zaniechać ma pracy medytacji myślnej, odbywanej za pomocą pomienionych wyobrażeń, obrazów, form i postaci, ponieważ nie wolno mu opuścić ich ani za wcześnie ani za późno, lecz wtedy, kiedy duch tego żąda.

Jak bowiem należy uwolnić się od nich w czasie wła­ściwym, iżby w drodze do Boga nie przeszkadzały, tak równie koniecznym jest nie opuszczać wspomnianej myślnej medytacji przedwcześnie, ażeby wstecz się nie cofnąć. Chociaż bowiem pojmowania tych władz nie stanowią bezpo­średniego środka dla doświadczonych, to jednak dla początkujących służą one jako środki pośrednie tak dla w pro­wadzania i wzwyczajania ducha w to, co duchowe, za pomocą zmysłów, jak i ze względu na drogę, wiodącą przez opróż­nianie go z wszelkich form i wyobrażeń niskich, doczesnych i przyrodzonych.

 

W tym celu podamy tutaj pewne znaki i wskazówki, które zauważyć ma w sobie człowiek duchowy, by mógł poznać, czy w danym czasie należy lub nie należy ich opuszczać.

Znaków, wskazujących, kiedy należy opuścić medytację myślną, które może zauważyć w sobie człowiek duchowy, jest
trzy:

Pierwszy stanowi stan, w którym człowiek nie może już rozmyślać ani pracować wyobraźnią, ani podoba w niej sobie, jak zwykł był dawniej; lecz raczej znajduje już oschłość w tym, w czym pierwej zasilał uczucie i doznawał smaku. O ile by jednak znajdował smak i mógł rozmyślać podczas medytacji, nie ma jej opuszczać, wyjąwszy chwile, w których dusza doznawałaby pokoju i uciszenia, o jakich mowa przy znaku trzecim.

Drugim znakiem jest stan, w którym żadnej nie sprawia mu przyjemności przywiązywanie wyobraźni i uczucia do jakichkolwiek szczegółów, tak zewnętrznych jak i wewnętrznych. Nie mówię, by ustawała i zanikała (bo to zaledwie w wielkim skupieniu zwykło mieć miejsce), lecz że dusza nie podoba sobie w rozmyślnym przywiązywaniu się do jakichkolwiek rzeczy.

Trzeci zaś i najpewniejszy zauważyć się daje wówczas, gdy dusza podoba sobie jedynie tylko w zostawaniu przy Bogu z czcią i miłością, bez szczegółowego rozważania, w wewnętrznym pokoju, uciszeniu i spoczynku, bez aktów i ćwiczeń władz, a to: pamięci, umysłu i woli, bynajmniej nie działających, to jest nie porozumiewających się wzajemnie, a tylko ze świadomością i ogólną, wspomnianą wyżej uwagą pełną miłości, bez pojmowania oddzielnie jakichkol­wiek szczegółów.

 

Trzy owe znaki razem złączone zauważyć musi w sobie człowiek duchowy, by mógł śmiele i bezpiecznie opuścić sferę rozmyślania i zmysłów a wejść w stan kontemplacji i ducha.

I nie wystarcza mieć jedynie pierwszy znak bez dru­giego; albowiem mogłoby i tak być, że już nie można z pomocą wyobraźni rozmyślać o rzeczach Bożych, jak dawniej, z powodu roztargnienia swego i niedostatecznego skupienia. Dlatego człowiek duchowy musi w sobie zauważyć również i znak drugi, mianowicie, iż nie doznaje przyjemności ani smaku w myśleniu o innych rzeczach obcych; o ile bowiem owa niemożność zasilenia wyobraźni i uczucia rzeczami Bożymi pochodzi z roztargnienia i oziębłości, natychmiast znajduje przyjemność i smak w przywiązywaniu ich do rzeczy innych, odmiennych i powód do odchodzenia od tamtych.

Co prawda, początkowo w tym stanie nie daje się zau­ważyć owej miłosnej świadomości, a to dla dwu powodów: po pierwsze, że początkowo zwykła być ona bardzo subtelna i nieznaczna i prawie nieuczuwalna; po drugie, że dusza, przyzwyczajona do innego ćwiczenia w medytacji, które jest całkowicie zmysłowym, nie zauważa ani uczuwa tej niezmysłowej nowości, która jest już czysto duchową, tym bardziej, kiedy nie rozumiejąc jej, nie zadowala się nią i stara się o wrażenia, bardziej zmysłowe; przy czym, chociażby we­wnętrzny pokój pełen miłości był obfitszy, nie zdaje sobie z niego sprawy ani też się nim nie raduje.
Ale im bardziej dusza przyzwyczai się nim zadowalać, wzrastać w niej będzie owo coraz bardziej odczuwalne, miłosne poznanie Boga ogólne, w którym dusza podoba sobie bardziej, niźli we wszystkim innym, ponieważ ono powoduje w niej pokój, spoczynek, smak, i rozkosz bez trudu.

Ażeby zaś lepiej wy­jaśnić to, co powiedziano, podamy przyczyny i uzasadnienia tego w rozdziale następnym, gdzie się okaże, jak konieczne są wymienione trzy znaki na drodze ducha.

Droga na Górę Karmel – Św. Jan od Krzyża (14) -Dlaczego nie wolno dopuszczać objawień choćby były od Boga


Św. Jan od Krzyża- Wnijście na Górę Karmelu. We Lwowie. Nakładem i drukiem Towarzystwa „Bibljoteka Religijna” im. X. Arcybiskupa Bilczewskiego 1927.

1) Św. Tomasz nie czyni różnicy między temi dwoma zmysłami; przeciwnie, mówi, że fantazja i wyobraźnia są jednem i tern samem. (Phantasia sive imaginatio idem sunt. Est enim phantasia sive imaginatio quasi thesaurus quidam formarum per sensum acceptarum. Sum. Theol. II, q. LXXV, a. 4). Św. Jan od Krzyża, jak widać z kon­tekstu, zdaje się określać mianem „fantazji” wyobraźnię twórczą, a czyni to rozróżnienie dlatego, ażeby czytelnik mógł zrozumieć to, o czem właśnie mówi, to jest wizje wyobrażalne naturalne, stwo­rzone przez fantazję. W rozdz. XIV mówi on zgodnie ze św. Toma­szem: „Zmysł fantazji razem z pamięcią jest jakby archiwum”. (Uwaga tłum. przekładu francuskiego kryt. wyd. Hoornaert’a I, str. 99).

Skomentuj