Rozmyślania o miłości Bożej (29) – O miłości własnej (cz.1)

I.

Poświęciwszy wszystkie poprzednie medytacje rozważaniu o miłości Bożej, postanowiliśmy w tych ostatnich głębszą zwrócić uwagę na miłość własną, abyś­my mogli znienawidzić ją, przy bliższym jej poznaniu, i powziąć stałe a mocne postanowienie wytępienia jej i zniszczenia do gruntu.

Każda istota rozumna i zdolna być szczęśliwą, z naturalnego rzeczy porząd­ku, musi kochać siebie. Jeżeli znajduje w sobie samej, pełnię doskonałości i wszelkiego możliwego szczęścia,—wtedy to jej upodobanie w sobie nieodzowną jest koniecznością. Nie może pragnąć żadnego dobra, ponieważ na niczym jej nie zbywa, nic jej szczęścia przymnożyć nie może, bo sam a w sobie znajduje źródło wszelkiego dobra. Taką to Istotą jest Bóg tylko; i Jemu jedynie przysłużą prawo do ukochania siebie tego rodzaju miłością.

Wszystkie zaś inne stworzenia powsta­łe z nicości, które wszelkie swoje dobro i w szelką możliwą doskonałość Bogu mają do zawdzięczenia, i nie są w sta­nie same sobie wystarczyć i same przez się być szczęśliwe: nie mają naturalnie najmniejszego prawa, znajdować w sobie upodobanie i kochać się bezwzględną miłością; przeciwnie, całe uczucie swoje zwracać powinny ku Temu, od którego wszystko otrzymały i od którego, jako od najwyższego Dobra, spodziewają się w wieczności pełnię szczęścia otrzymać.

„Ktobykolwiek nie kochał Boga, mówi święty Augustyn — ten i siebie kochać nie umie!” Taką to miłością nie tylko wolno nam, ale i powinniśmy nawet ukochać siebie; to jest abyśmy przede wszystkim całą gorącością naszej duszy ukochali Boga, nieskończenie godnego najwyższej miłości; a w Nim, i przez Niego dopiero siebie; bo On jest początkiem i końcem wszelkich cnót, zalet, słowem —wszelkiego dobra, jakie mogli­byśmy odkryć w sobie; i w Nim jest źródło najwyższego szczęścia, jakiego spodziewać się możemy tak w tym jak i w przyszłym życiu. Taka to więc jedynie miłość samych siebie, jest nam dozwolona; nie ma w niej nic w spólnego ze zwyczajną miłością własną: ponieważ Bóg jest jej podstawą i jej ostatecznym celem.

Miłość  własna natomiast polega na tem, gdy stworzenie, wpatruje się w siebie i myśli o sobie z upodobaniem , przy­właszczając sobie dobra tak wewnętrzne, jak i zewnętrzne, które ma, lub też zdaje mu się, że posiada; szczyci się niemi jakby swoją własnością; podziwia i wiel­bi swą doskonałość; bez względu i pa­mięci na Boga, wynosi się niemal nad Niego samego. Podobna miłość jest wprost błędną i  w całym słowa tego znaczeniu występną; ona to jest powodem i przyczyną wszystkich upadków , grze­chów i zbrodni całego świata!

Miłość własna sprzeciwia się w naj­wyższym stopniu miłości Bożej; jest jej nieprzejednaną i najzaciętszą nieprzyjaciółką. Jawnie i otwarcie przeciwko Bogu występuje i narusza Jego prawa w najpierwszym i najważniejszym punk­cie.

Bóg żąda i wymaga koniecznie, aby Go stworzenie kochało nie ze względu na osobiste korzyści, ale dla Jego nie­zrównanych, Boskich zalet. Gdy zaś przeciwnie, zamiast zwracać ku Bogu ca­łą potęgę swego uczucia, siebie kocha, i w sobie samem upodobanie znajduje: wtedy naturalnie ściąga na siebie słuszny gniew Boży, ponieważ przywłaszcza sobie, w części przynajmniej miłość, która wyłącznie i jedynie Bogu się tylko nale­ży.

A gdy w tym występnym względem siebie uczuciu, posunie się aż do otwarte­go buntu i nieposłuszeństwa, to rzecz oczywista, że przez tę zbrodnię zasługu­je już nie tylko na gniew Boży, ale na zupełne odrzucenie: ponieważ tym sposobem gwałci i obala, nienaruszone naj­świętsze prawa Boże, kochając siebie i stawiając się wyżej nad Boga samego.

Święty Augustyn tego rodzaju występne uczucie tymi określa słowy:

„Zbrodnicza miłość własna posuwa się niekiedy do pogardy Boga; podczas gdy miłość Boża, powinna nas do pogardy nas samych pobudzić”.

Miłość własna jest zatem wyraźnym pogwałceniem, najważniejszego i święte­go przykazania miłości Bożej. Jeżeli je przełamuje w rzeczach małej wagi, bez zastanowienia i bez wyraźnej intencji naruszenia praw Bożych, jako też nie rozważywszy w całej pełni złośliwości czynu: wtedy jest to tylko grzech powszedni, czyli największe zło i nie­szczęście, jakie po grzechu śmiertelnym, człowieka spotkać może. Jeżeli zaś od­waża się przełamywać prawo Boże w rzeczy ważniejszej, z pełnym namysłem i rozwagą, wówczas popełnia grzech śmiertelny.

A ponieważ Bóg z porządku rzeczy nienawidzi i brzydzi się wszelkim grzechem, stąd wynika, że nie może żadną miarą na grzechy nie zważać i przebaczać grzesznikowi, jeżeli on sam nie żałuje i pokuty za nie nie czyni.

Jak grzechem, tak też i miłością własną która jest jego źródłem, zarówno Bóg się brzydzi; i pokąd najlżejsze tejże oznaki, piętnują duszę, zresztą pod każdym względem szlachetną, świętą i prawą: nie dopuści jej do nieba, aż się najzu­pełniej i do szczętu z tej miłości własnej oczyści, podczas życia na ziemi, lub też w ogniu czyścowym.

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Skomentuj