Piergiorgio Seveso
Dotarliśmy już niemal do kresu tego niekończącego się (i niezwykle upalnego) lata, lecz pierwsze powiewy wiatru przypominają nam, że czas — zarówno chronologiczny, jak i meteorologiczny — jest jedynie dekoracją na tle świata, w którym człowiek ćwiczy się, by oddawać chwałę Bogu i poprzez to zbawić swoją duszę.
Jestem wam winien drugą i ostatnią część poświęconą młodym ludziom oraz odkrywaniu przez nich integralnego katolicyzmu rzymskiego. Kończę ją, zauważając przy tym, że pierwsza część — co pokazały niektóre z otrzymanych reakcji — ujawniła, jak często traci się z oczu fakt, iż nasze niewielkie wspólnoty stawiających opór i wiernych wcale nie są zwierciadłem współczesności, lecz przeciwnie — są jej zaprzeczeniem, jej radykalnym zaprzeczeniem.
Otoczone morzem nicości, nasze małe wspólnoty są niczym wyspy, wysepki, atole i wystające skały, oblane mrocznymi i zdradliwymi, lodowatymi i śmiercionośnymi wodami.
Pełen dobrej woli młody człowiek, o którym mówiliśmy w poprzednim tekście, gdyby przezwyciężył wspomniane przez nas zagrożenia związane ze zboczeniem eklezjologicznym i dotarł do „szczęśliwych wysp” integralnego katolicyzmu, nadal byłby jednak narażony zarówno na zwyczajne niebezpieczeństwa, jakie napotyka homo viator — człowiek wędrujący — jak i na nadzwyczajne zagrożenia wynikające z obecnego stanu „powszechnego kryzysu”.
Przede wszystkim „szczęśliwe wyspy” nie zawsze są aż tak szczęśliwe. Młodzi ludzie przybywają tam z ogromnym entuzjazmem, a mogą zastać skostniałe, niemal wykute w marmur zwyczaje kapliczne tych, którzy — poniekąd słusznie — od trzydziestu lub czterdziestu lat żyją w katakumbach i niezbyt dobrze znoszą zamieszanie, nierozważną gorliwość, obiektywny brak przygotowania czy niedojrzałość nowo przybyłych, ale także niewątpliwą świeżość młodych pędów.
„Kiedy ja walczyłem u boku Lefebvre’a albo Guérarda des Lauriers, ty przystępowałeś do Pierwszej Komunii w Novus Ordo, ergo siedź na swoim miejscu, smarkaczu”.
To tak nie działa, a dokładniej: już tak nie działa i nie będzie mogło dłużej tak działać.
Pozostawanie na swoim miejscu, uległe i pokorne zdobywanie wiedzy oraz unikanie niestosownych działań jest ważne. Zbyt wiele razy byliśmy świadkami nagłych wybuchów integrystycznego zapału, które później okazywały się jedynie błędnymi ognikami; chaotycznego i bezowocnego „aktywizmu” — w tym przypadku określenie to pasuje doskonale — oraz manii odgrywania głównej roli, pozbawionej solidnych podstaw teologicznych i osobistych.
Z drugiej strony zbyt często widzieliśmy, jak zdrową aktywność młodych ludzi świeckich brano za młodzieńczą przesadę, „chęć pokazania się” czy awanturniczą skłonność do sprowadzania kłopotów. Ergo aplikuje się im obfite kroplówki z kościelnego bromu, które mogą przemienić te wybitne młode osoby w milczących, dekoracyjnych statystów pośród naw i zakrystii.
Oczywiście nie wszyscy są powołani do tego, by zaznaczać swoją obecność i stać w pierwszym szeregu. Niektórzy słusznie wybierają ciszę, dyskrecję i życie w ukryciu. Jednak przed młodym człowiekiem, który dociera do integralnego katolicyzmu, staje konieczność dokonania swego rodzaju ignacjańskiego wyboru stanu — w dobrej walce — właśnie po to, aby uniknąć zarówno Scylli chełpliwej i niszczycielskiej aktywności, jak i Charybdy anonimowego integryzmu — zła niezwykle podstępnego, lecz bardziej rozpowszechnionego, niż można by sądzić.
Często młody człowiek, który trafia do kaplic tradycjonalistycznych lub integralnie katolickich, staje wobec mniejszych lub większych „wspólnot politycznych” działających w obrębie samej kaplicy, posiadających dodatkowe zasady postępowania i przynależności, które niekiedy próbują nakładać się na życie katolickie — albo raczej funkcjonować obok niego.
„Nie wystarczy, że tutaj przychodzisz; musisz być również «towarzyszem» albo działaczem tej czy innej organizacji”.
Wszyscy wiemy, że w minionych latach takie „pomieszanie” miało w sobie coś nieuniknionego i głęboko zakorzenionego. Obecnie jednak, w tej powszechnej postideologicznej wieży Babel, również ten tożsamościowy miecz Damoklesa zniknął — a w niektórych przypadkach został przeobrażony w coś w rodzaju „karnawałowego miecza”. Pozwoliło to Dobrej Walce uwolnić się od tandetnych cezaryzmów papieskich oraz wymuszonych i szkodliwych prób godzenia wszystkiego według modelu: „Bóg, ojczyzna i rodzina… Addamsów”.
Na koniec, parafrazując piękny tekst, który opublikowaliśmy niedawno: pozostaje jeszcze jedna, ostatnia pokusa. Być może najbardziej charakterystyczna dla tradycjonalistów.
Po dziesięcioleciach żeglugi, po utracie towarzyszy, po przetrwaniu burz i szyderstw, po wychowaniu dzieci z dala od „Kontynentu” — okupowanego Kościoła katolickiego — oraz pochowaniu ojców, którzy nigdy nie postawili na nim stopy, może wydarzyć się coś całkowicie zrozumiałego: zaczynamy kochać nasze małe wyspy.
To naturalne. Na nich przyjmowaliśmy sakramenty, tam poznawaliśmy kapłanów, tam nasze dzieci uczyły się katechizmu, tam znajdowaliśmy przyjaciół i tam zachowano rzeczy, które gdzie indziej zanikały. Wyspa ocaliła nam życie podczas burzy. Nadal jednak pozostaje tylko małą wyspą.
A gdyby pewnego dnia jej „kapitan”, przedzierzgnąwszy się w satrapę, oznajmił, że nie powinniśmy już wracać do domu, ponieważ nasza mała wspólnota jest wystarczająco przestronna, należałoby przypomnieć sobie o „Kontynencie”.
Gdyby zaś inny wierny postanowił podpalić wyspę, ponieważ przywódcy albo jedna z frakcji popełnili błąd strategiczny lub dopuścili się niewłaściwego postępowania — jak w przejmującej i znakomitej powieści Goldinga „Władca much” — należałoby przypomnieć mu, że otacza nas morze.
To właśnie jest być może najtrudniejsza postawa. Nie ubóstwiać struktury, która nas chroniła. Nie niszczyć jej dlatego, że jest niedoskonała. Nie mylić środków z celem. Nie nazywać pokoju zmęczeniem ani kapitulacją. Nie nazywać strachu roztropnością. Nie nazywać bezczynności ani małych satrapii wiernością. Nie nazywać pychy oporem. I nadal przygotowywać się do odzyskania „Kontynentu”.
Serce Jezusa, uczyń serce nasze według Serca Twego.


Dodaj komentarz