Rozmyślania o miłości Bożej (33 – ost.) – O cierpieniach i krzyżach.

Krzyże są zazwyczaj najskuteczniej­szym i najpewniejszym środkiem, za po ­mocą którego Bóg wyniszcza w nas wszel­kie poruszenia miłości własnej, budując wspólnie z nami, na ruinach i szczątkach tejże, wspaniały gmach Swej świętej mi­łości.
Dzieło to wymaga bez wątpienia niezmiernych wysiłków, ustawicznej i ciężkiej pracy, której koroną bywają najczęściej wielkie cierpienia i krzyże; jest to rzecz nieunikniona, inaczej to dzieło nie mogłoby osiągnąć stopnia prawdziwej doskonałości. Nasze własne „ja“ samo sobie śmierci zadać nie jest w stanie; trzeba koniecznie aby cios ostatni wyszedł z innej ręki, a nasze „ja“ aby zachowywało się w tej sprawie biernie i spokojnie. Pokąd działamy, i choćby w najdrobniejszych rzeczach własnymi kierujemy się uczuciami, potąd naturalnie są w nas zawsze jeszcze objawy życia; i choćbyśmy jak najcięższym poddawali się umartwieniom, nigdy nie dokażemy tego, abyśmy o własnych siłach zdołali zadać sobie śmierć duchową. Możemy zewnętrznie oderwać się od wszystkiego, co nam jest drogie; ale rozdzielić się, odłączyć się od siebie samych, wyrwać z serca to, co nam jest najdroższe, — nie w naszej to mocy! Tutaj nieodzownie Bóg działać musi; On to ostatni cios wymierza, i On ogniem Swojej miłości ofiarę pochłania i przeistacza. Do nas należy jedynie, poddać się bezwarunkowo działaniu łaski, zgodzić się z wolą Bożą i spokojnie wyczekiwać spełnienia złożo­nej Bogu z nas samych ofiary. Tak uczynił Izaak; zgodził się chętnie być poświęconym Bogu, przez własnego ojca swojego, i leżał nieruchomo na stosie, oczekując tylko uderzenia i ostatniej chwili w której dopełni się ofiara.

Krzyże są tak rozliczne i tak rozmaite­go gatunku i miary, że niepodobna ich wszystkich wyliczyć: a jedne i te same krzyże stosownie do okoliczności, podle­gają tysiącznym odmianom; zależy bar­dzo wiele, od charakteru i usposobienia osób, od stopnia ich wewnętrznego uspo­sobienia i tkliwości uczucia; a także i od tego, o ile Bóg w niedocieczonych za­miarach Swoich, Sam krzyże które nam zsyła, czyni cięższe, lub lżejsze.
Jedne są wprost bolesne tylko; inne upokarza­jące; niektóre zaś łączą zarówno upoko­rzenie obok nadmiernego cierpienia. Są, które dotykają ludzi w utracie majątku, lub najdroższych im istot, w ich wlasnym zdrowiu, w honorze, a nawet czasem grożą utratą życia. Inne natomiast od­noszą się czysto do spraw duchownych, dotyczących stanu sumienia i przyszłego zbawienia duszy; i te są dotkliwsze nad wszystkie inne i najcięższe do przetrwa­nia.
Jedne pochodzą od ludzi; inne na­tomiast od złego ducha, w skutek do­puszczenia Bożego; a niektóre bezpośred­nio od samego Boga. Wszystkie jednak dążą do jednego celu; i jeśli tylko, współdziałając z łaską Bożą przyjmujemy je ochotnie, lub choćby tylko bez oporu, wtedy przynoszą nam bez porównania większe korzyści, niżby to uczynić zdoła­ły, jakiekolwiek najsroższe umartwienia, z własnej poniesione woli; i one to są nieodzownym i koniecznym środkiem do doprowadzenia nas do wysokiego stopnia doskonałości, do której wszyscy powinniśmy z upragnieniem dążyć.

Cierpie­nia i krzyże posiadają dwie nader do­datnie strony, jako najlepszy sposób tępienia naszej miłości własnej.

Pierwszym jest to, że są niezależne od naszej woli i nie wchodzą w zakres naszego własne­go wyboru. Miłość własna ma prawie zawsze jakąś cząstkę w tych umartwie­niach zewnętrznych i surowości obycza­jów , jakie sami sobie nakładamy. Ponieważ godzimy się na nie, w prawdzie z pomocą łaski, lecz głównie z własnej naszej woli, ona też poniekąd wspiera nas i utrzymuje w naszym przedsięwzię­ciu: stąd wyrodzić się może łatwo, pewne ukryte w nas samych upodobanie; pewne zadowolenie wewnętrzne, że przy­nosimy Bogu zasługi i ofiary. Choćbyśmy i nie chcieli tego nawet, mimo woli w sercu odzywa się głos miłości własnej: „To ja, z własnej woli, ofiaruję Ci mój Boże, to umartwienie, ten uczynek; dla Ciebie pozbawiam się tej przyjemności, poddaję się temu cierpieniu; nikt mnie do tego nie przymusza, lecz czynię to jedynie dla Twojej miłości, dając Ci tern dowód moich szlachetnych względem Ciebie uczuć; przez co niezawodnie, przypodobam się tobie!” Tego rodzaju zwroty miłości własnej, zdarzają się, lub łatwo zdarzyć się mogą, w ćwiczeniu się w cnotach i umartwieniach z własnego wyboru.

Tymczasem przyjmując krzyże, które nam Opatrzność zsyła, wprost przeciwne włada nami uczucie. Najczęściej spadają one na barki nasze w chwili, kiedy naj­mniej się tego spodziewać możemy. Nie tylko że w cale nie mieliśmy zamiaru tych właśnie wybierać; lecz nadto pod pierwszym wrażeniem, radzibyśmy je zrzucić z siebie i gdyby to było możli­we, jak najdalej uciekać przed mimi, a ooddajemy się im tylko w skutek nie­zbędnej konieczności. Stąd też nie grozi nam pokusa, abyśmy w nich próżną znaj­dowali chwałę i szczycili się miml przed Bogiem; ponieważ przyjmujemy je z pewnym rodzajem przymusu i wbrew naszej woli. 
Przeciwnie, zazwyczaj służą nam one raczej ku upokorzeniu, z powo­du naszej niecierpliwości, braku odwagi, utyskiwań i skarg, które wymykają się z ust zbolałych, a nad którymi zepsuta natura, dostatecznie panować nie umie, i wstyd nam potem tej naszej niewierności wobec Boga, pomimo tylokrotnych za­pewnień i obietnic, że wszystko dla Nie­go jesteśmy gotowi ponosić.
Co więcej, ponieważ te krzyże, nie są z naszego wyboru, nie znajdujemy tez w sobie żadnej siły do ich dźwigania; musimy też z konieczności uciekać się do Boga i w głębokiej pokorze o pomoc Go bła­gać, widząc w Nim jedynie cały nasz ra­tunek. A gdy z pomocą Bożą, uda się nam wyjść z walki zwycięsko i ciężkie przetrwać chwile; znów czujemy potrzebę zwrócić się do Boga, aby Mu złożyć hołd i pokorne dziękczynienie za otrzymaną łaskę.

Tym to sposobem, w tego ro­dzaju cierpieniach i krzyżach, które Bóg wbrew naszej woli na nas zsyła, mi­łość własna żadnej dla siebie korzyści ani zdobyczy znaleźć nie może.

 

Drugą stroną dodatnią tych cierpień przeciwnych naszej woli, jest to: że czy je Bóg bezpośrednio Sam na nas zsyła, lub też dopuszcza, abyśmy ponosili udręczenia od złego ducha, albo wreszcie od ludzi; zawsze te krzyże tak są obli­czone i wybrane, aby nas w najsłabszą dotknąć stronę. Operacja bez wątpienia jest nader bolesna; lecz Bóg sam zagłę­bia skalpel we wnętrze dusz naszych o tyle, o ile to w miarę naszej miłości własnej uzna za konieczne; i potąd rani i wycina, pokąd dzieła Swego w zupeł­ności nie ukończy.
Błogosławiona ta rę­ka Boża, która po ojcowsku obchodzi się z nami; i byleśmy tylko wyraźnym oporem, przeszkód Mu nie stawiali, Bóg żadną miarą pomylić się nie może, a działanie Jego łaski niezawodnie naj­pomyślniejszy skutek odniesie.

Bóg niezawodnie, lepiej wie od nas co nam jest potrzebne; a że zazwyczaj w naj­słabszą naszą uderza stronę, najlepszym jest tego dowodem , że zawsze prawie wolelibyśmy każdy krzyż inny, od tego, który On dla nas wybrał i przeznaczył; i że natura żywo nim dotknięta, szarpie się i wyrywa, narzeka; lub też pod ogro­mem ciężaru, jakby martwa pozostaje.
Stąd wniosek oczywisty, że cios był jak- najlepiej obmyślany, i właśnie to miejsce a nie inne, najodpowiedniejsze do przeprowadzenia potrzebnej operacji; tutaj natura w pełni życia się objawia; i gdy­by było dozwolone miłości własnej mieć jakikolwiek głos doradczy, byłaby nie­zawodnie inny, większy na pozór krzyż przyjęła, który by jednak w rzeczywistości mniejsze jej sprawiał cierpienie. Na tern ograniczamy rozważanie nasze co do krzyżów zwyczajnych.

Co do tych, które nie w chodzą w za­kres zwykłego rzeczy porządku, i które tym samym rzadko kiedy się zdarzają: są one objawem jakichś szczególniejszych wobec wybranej duszy zamiarów Bo­żych. Jedną tylko zwrócić musimy uwagę, że najczęściej te doświadczenia Boże zasadzają się na strasznych prze­ciw cnocie czystości pokusach, albo też przeciw wierze, nadziei i miłości; przy tym zazwyczaj dusze tymi pokusam i tra­pione, doznają jednocześnie niezmierne­go ucisku ze strony złego ducha. Jak już wyżej wspominaliśmy, Bóg przezna­cza tego rodzaju krzyże, dla dusz uprzywilejowanych, które szczególniejszą ukochał miłością: tępi On w nich, wy­niszcza, i ściga z nieubłaganą wytrwa­łością, najlżejsze odcienia miłości własnej; zsyła na nich w tym życiu jeszcze, pewnego rodzaju ogień czyścowy; bo chce aby serca, które Jemu wyłącznie mają być oddane najzupełniej były wolne od wszelkich osobistych skłonności.

Ponieważ krzyże i cierpienia prze­ciwne naszej naturze, są najskuteczniejszym środkiem do wytępienia w nas miłości własnej, i nic bardziej w miłości Bożej utwierdzić nas nie jest w stanie: jestem przeto obowiązany kochać je, szanować, a nawet przyjmować z uprag­nieniem, jeśli Bóg uzna za stosow­ne mnie nimi doświadczać; albo przy­najmniej bez obawy i z zupełnym we­wnętrznym spokojem oczekiwać tychże.

Gdy zaś Bóg mi je zsyła, powinienem poddać się w pokorze Jego świętej woli, dźwigać je mężnie i ochoczo, tak długo, i jak się to Bogu podobać będzie i wi­dzieć w tym szczęście moje, że cierpiąc w milczeniu, staję się podobnym do Zbawiciela mojego Jezusa Chrystusa.

Amen.

KONIEC

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

 

Skomentuj