Strobosfera nr 97. Młodzi i integralny katolicyzm rzymski: uwaga na złudzenia (część pierwsza)


autor: Piergiorgio Seveso

Korzystając z atmosfery względnego odrętwienia tego późnego i oślepiającego sierpnia 2026 roku, w dwóch częściach zajmę się w naszej drogiej Strobosferze relacją między młodymi a integralnym katolicyzmem rzymskim.

Osobiście nigdy nie ulegam nieporadnej retoryce, skłonnej do łatwych uproszczeń, pewnego rodzaju tradycjonalizmu, który sugeruje, że „tradycja katolicka”, a może jeszcze lepiej „katolicyzm integralny”, wywiera wielką, fascynującą atrakcyjność na młodych pokoleniach. W ślad za tym pojawiają się niezliczone zwycięskie peany na temat „starego i podupadającego modernizmu” oraz Tradycji, która natomiast jest zawsze „świeża i zielona”, z nowymi szczepieniami i dopływem nowych soków.

Żyjąc i niemal oddychając jednym rytmem z młodymi pokoleniami w środowisku akademickim, mogę zapewnić, że ten entuzjazm jest niewłaściwie ukierunkowany: nowe pokolenia nie są takie jak te z XIX wieku, kuszone przez demona buntu czy zmysłowości, ani jak te z XX wieku, kuszone przez wielkie polityczne mitologie oparte na sile i romantycznej wizji człowieka panującego nad własnym losem i tworzącego nowy porządek.

Młode pokolenia (w swojej ogromnej większości) unoszą się w wielkich basenach NICOŚCI, złożonych z absolutnego hedonizmu, ciężkiego i powszedniego materializmu, fałszywego i okazjonalnego spirytualizmu, w wielkich monadach pozbawionych tych drzwi i okien, które być może mogłyby otworzyć się ku Transcendencji, Prawdom, a ostatecznie, w konsekwencji, ku chrześcijańskiemu Objawieniu.

Język stanowczości, niepodważalnej prawdy, racjonalnej i apologetycznej argumentacji, praeambula Fidei, jest dla nich mroczny, nieczytelny, a w każdym razie niestrawny. Ostatecznie panuje powszechna dyktatura subiektywizmu, tyranizującego odczuwania oraz żądzy, która staje się prawem i wszędzie to prawo ustanawia.

Neomodernizm, który kształtuje nasze kościoły zajęte przez piratów i awanturników „Vaticanum II”, zupełnie nie jest w stanie naruszyć wielkich murów tego doskonałego ateizmu (który przyprawiłby o bladość lewicę heglowską i pewien „rozpuszczający się judaizm” szkoły frankfurckiej), co najwyżej dostarcza niektórym mniejszościom bladych substytutów wspólnotowych wraz z dołączonymi pseudoteologiami (których znakomitym przykładem jest słynny późnoletni Meeting w Rimini), które niemal w niczym nie różnią młodego „chrześcijanina” od młodego „człowieka światowego”.

Chodzi o dramat „anonimowego katolicyzmu”, o rezygnację z katolickiego zaangażowania (nawet jeśli miałoby ono być okaleczone i zniekształcone), o odrzucenie wszelkiej próby konstantyńskiej rekonkwisty społeczeństw i państw (istnieją także państwa, które należy katolicyzować: przypominam o tym naszym rodzimym paleokonserwatystom, siedzącym na swoich fotelach bujanych na wsi).

Katolicyzm neomodernistyczny kieruje tych młodych ludzi w ślepą uliczkę, neutralizuje ich, gasi namiętność tych młodych serc, przemieniając ich w liczby i statystów podczas „papieskich” wizyt czy Światowych Dni Młodzieży, będących polskim wynalazkiem. A młody człowiek pełen dobrej woli, pragnący Prawdy i rzeczywiście pragnący stać się katolikiem, któremu szczęśliwym trafem udałoby się uciec z tych niebezpiecznych sideł, nadal znalazłby się w obliczu nowych wielkich zagrożeń.

Pierwszym z nich jest przede wszystkim dobrze myślący i pacyfikujący konserwatyzm, znajdujący się na prawicy soborowego parlamentu. Temu młodemu człowiekowi, podobnie jak Pinokio i Lucignolo w krainie zabawek, oferuje się bogaty katalog „świętych rozrywek”: msze i pontyfikalne liturgie z purpuratami o długich trenach, pazikami, lokajami, marszałkami, a następnie eleganckie poczęstunki i vin d’honneur, albo skromniejsze i bardziej odizolowane msze vetus ordo, z mniejszym przepychem, lecz z tymi samymi założeniami teologicznymi i eklezjalnymi, choć okrytymi homiletyką w starym stylu, albo zakony rycerskie („bez konia”), czy nawet zakony monastyczno-rycerskie, które przekazują tym młodym ludziom sugestię, że są prawdziwą elitą gotową działać na rzecz zachowania katolicyzmu rzymskiego.

Ostatecznie różnica między młodym człowiekiem, który hula przy basenie w jakiejś nadmorskiej dyskotece, a paziem tej „dworskiej kontrrewolucji” okazuje się (pomijając nerki i serca, które zna tylko Bóg) bardziej przypadkowa niż zasadnicza. Złota droga ku integralnemu katolicyzmowi rzymskiemu okazuje się jednak nadal najeżona kolejnymi niebezpieczeństwami i zwodniczymi odgałęzieniami.

(ciąg dalszy w drugiej i ostatniej części, która ukaże się w przyszłym tygodniu)

Cor Jesu, fac cor nostrum secundum Cor tuum.


ZASADY PUBLIKOWANIA KOMENTARZY
Prosimy o merytoryczne komentarze. Naszym celem jest obnażanie kłamstwa, a nie przyczynianie się do potęgowania zamętu. Dlatego bezpodstawne opinie zaprzeczające obiektywnej prawdzie publikujemy wyłącznie, gdy zachodzi potrzeba reakcji na fałszywe informacje.

Dodaj komentarz