Rozmyślania o miłości Bożej (27) – O zasadach w praktyce miłości czynnej

I.

W praktyce miłości czynnej są jeszcze trzy zasady i warunki, które wiernie wy­pełnić trzeba, a które stanowić będą przedmiot tej medytacji.

Pierwszą za­sadą jest, aby nigdy nie sądzić Boskiego względem nas postępowania. Oddawszy się raz Bogu, przyjęliśmy zarazem na siebie ten obowiązek, wobec nieskoń­czonego Majestatu Boskiego, aby nie badać Jego zamiarów, nie zastanawiać się i nie zgłębiać przyczyn i powodów , dlaczego w ten a nie w inny sposób, Bóg te zamiary Swoje względem nas przeprowadza. Obowiązani jesteśmy zaufać Jego nieskończonej mądrości i wierzyć mocno, że Bóg żadną miarą mylić się nie może, co do sposobów działania; a które w każdym razie zmierzają do powiększenia Jego chwały a naszego uświątobliwienia. Powinniśmy wreszcie bezwzględną ufność w dobroci Jego po­kładać, uważając jego pozorną czasem względem nas surowość, jako konieczny i nieodzowny warunek, który ma dobro i szczęście nasze na celu.

Gdy się oddajemy Bogu, cóż Mu wtedy przynosimy w daninie? Największą nędzę, słabość i wszelkiego rodzaju niedoskonałości, które On jeden uleczyć potrafi; a których my nawet po najwięk­szej części wcale nie znamy, ani ich źródła, ani też ich ilości i siły; przynosi­my Bogu niezliczone błędy, usterki i na­łogi, do których bezwiednie przywiązani jesteśmy, i w gruncie rzeczy za nic w świecie nie chcielibyśmy się ich pozbyć.

Tego rodzaju chorzy na duszy, gdyby choć chwilę zastanowić się chcieli, sami uznaliby z łatwością, że powinni bez­zwłocznie na choroby swoje szukać ra­tunku i lekarstwa u takiego lekarza je­dynie, którego wiedza, mądrość, dobroć i miłosierdzie są bez granic. Takim leka­rzem jest naturalnie Bóg tylko; z całem też zaufaniem do Niego udać się należy; On najskrytsze tajniki duszy przeniknąć potrafi; powinniśmy Mu zostawić pod tym względem, najzupełniejszą swobodę działania; niechaj nędzę naszą zgłębi aż do dna, niechaj użyje ognia i żelaza, i choćby jakichkolwiek najostrzejszych narzędzi, byle wytępił z korzeniem wszelkie złe nasiona, które wrosły głęboko w duszę naszą. Tego rodzaju kuracja, bez wątpienia nad wyraz bolesną bywa; lecz innego sposobu niema; musimy z zamkniętemi oczyma poddać się Boskim wyrokom i zgodzić się na wszyst­ko, co Bóg względem nas postanowi; a gdy za łaską Jego odzyskamy zdrowie, wtedy inaczej o wszystkiem sądzić będziemy.

Droga miłości, jest drogą wiary, więc tem samem drogą zaciemnioną i nieraz trudną: i to właśnie całą jej zasługę stano­wi. Postępujemy po niej z zawiązanemi oczyma, nie wiedząc gdzie jesteśmy i dokąd nas Bóg prowadzi. Rozum nasz nic tutaj odkryć ani zbadać nie może; od początku aż do końca, musimy nie­ustannie składać Bogu ofiarę z naszych pojęć i zapatrywań. Pod koniec życia dopiero i to zazwyczaj aż w godzinie śmierci poznajemy i widzimy jasno, dla­czego Bóg prowadził nas przez życie całe tą, a nie inną drogą.

Gdy Bóg rozkazał Abrahamowi, aby Mu jedynego syna poświęcił, to dziecię ukochane, z którego szczepu miał się podług danej obietnicy, Mesyasz urodzić, zamiary Boże były przed nim zakryte; ten święty patryarcha nie wiedział i nie przeczuwał wcale jaki obrót weźmie ten na pozór straszny rozkaz Boski. Gdyby był Abraham zastanawiał się nad tym, wprost przeciwnym prawom natury rozkazem Boskim; gdyby był szukał sposo­bów pogodzenia tego rozkazu, z daną mu poprzednio obietnicą; gdyby był słuchał głosu swego ojcowskiego serca; gdyby był na koniec wołał i pytał się Boga, za co Izaak na tak straszny wyrok został skazany i przez co on sam zasłużył na tak wielką karę, że tego wyroku musi być wykonawcą: wtedy ta wielka ofiara jego nie miałaby była wartości, nie byłaby wcale miłą Bogu i nie przymnożyłaby Mu tej chwały, jaką Bóg odnosi z bezwzględnej naszej ufności w Jego miłosierdzie i wszechmoc.

Bóg przyjął mile tę ofiarę Abrahama, opartą na gorą­cej ku Niemu miłości i w nagrodę ochot­nego posłuszeństwa,, tejże samej chwili na miejscu zamierzonej ofiary, potwierdził świętemu Patryarsze daną mu obietnicę, szczególniejszej opieki i błogosławieństwa Swojego, względem jego pokolenia.

Gdyby był Abraham ociągał się z tą swoją ofiarą, i jak wyżej powiedzieliśmy, szukał naturalnych sposobów niepoddania się woli Bożej; byłby się stał nie­godnym wspaniałego tytułu, „Ojca wierzących”: byłby się rozminął z drogą miłości i wiary, po której wiernie do tej pory kroczył; i nigdy nie byłby osiągnął tego stopnia doskonałości, który mu Bóg przeznaczył; któż zdoła w reszcie przewidzieć i obliczyć te wszystkie fatalne skutki, które byłoby ściągnęło jego nieposłuszeństwo, tak na niego samego jak i na jego pokolenie,—nieposłuszeństwo i rozumowania, w równej mierze próżne i fałszywe, jako też szkodliwe, niebezpiecz­ne i złudne. Oby ten piękny i znakomity przykład, nigdy nie wychodził z pa­mięci naszej, i oby nam służył w potrzebie do zwalczania i przytłumiania nierozumnej ciekawości, w badaniu skry­tych sądów i zamiarów Bożych!

II.

Ten sam powód, który nam zabrania roztrząsać sprawy i wyroki Boże, zaka­zuje nam również zbytecznego zajmo­wania się samymi sobą; skrupulatnego badania według własnych poglądów, stanu naszej duszy, czy robimy postępy na drodze doskonałości i czy Bóg jest z nas zadowolony.

We wszystkich tych badaniach i pełnych niepokoju zwrotach ku samym sobie, jest zazwyczaj bardzo wiele miłości własnej; co więcej nic łatwiejszego jak pod tym względem po­paść w pomyłkę lub złudzenie; bo albo zarozumiałość zbytecznie pochlebiać nam będzie, lub też małoduszność i pewna obawa przedstawi nam stan naszej duszy w fałszywem świetle, w gorszem jak jest rzeczywiście.

Powinniśmy pod tym względem polegać najzupełniej na tych dwóch dowodach i oznakach, które ża­dną miarą oszukać nas nie mogą, a tymi są: najpierw głos Boży, który każda dusza miłująca Boga odczuwa, przez spokój wewnętrzny i pewnego rodzaju nieokreślone, lecz sercem tylko odczute wrażenie, że jest w zgodzie z Bogiem i sumieniem swojem; następnie zdanie przewodników i przełożonych naszych którzy nam pod tym względem zawsze odpowiedzą o tyle, o ile to jest potrzebne do uspokojenia naszego. Bóg, jeśli to uzna za stosowne, tysiączne posiada sposoby do uspokojenia duszy i zachę­cenia jej do postępowania w dobrem , leżeli nie oświeci jej Sam osobiście, przez wpływy wewnętrzne, to wtedy, znakiem to jest, iż chce aby ta dusza poddała się w pokorze zdaniu tych, którzy jej miejsce Jego na ziemi zastępują.

Zdarza się czasem, że dusza w pro­stocie i szczerości dziecięcej, żąda od Boga pewnego zapewnienia; takie żąda­nie pochodzi zazwyczaj z natchnienia Boskiego, i wówczas tę prośbę zawsze Bóg wysłuchuje. Najczęściej jednak jest ono wynikiem próżnej ciekawości, bra­kiem zupełnego i całkowitego oddania się Bogu i wrodzonym wstrętem, jaki przeważnie wszyscy uczuwamy, do za­pomnienia o sobie.

Dla tej to przyczy­ny te nieumartwione dusze zamęczają swoich spowiedników i dyrektorów, nieustannemi pytaniami co do stanu ich su­mienia i każą sobie niezliczone razy jedną i tęsamą rzecz powtarzać.

Pragnienia zapewnień co do stanu łaski, mają miejsce zazwyczaj, nie w początkach nawrócenia; wówczas bo­wiem zawsze prawie, Bóg te początku­jące dusze napełnia niewymowną słody­czą wewnętrznego pokoju; nie mają więc potrzeby powątpiewać czy są w zgodzie z Bogiem. Ale później, gdy Bóg te sło­dycze odejmie, gdy pozornie odsunie się od duszy na czas nieograniczony, na­wiedzając ją rzadko kiedy, i to na krótką chwilę; gdy natomiast ogarną ją pokusy, oschłości i udręczenia wewnętrzne: wte­dy mimowolnie budzi się w niej obawa czy jest na dobrej drodze, lub też czy przez, własną winę z niej nie zboczyła; wtedy to w najwyższym niepokoju rozważa i bada stan swego sumienia, nie mając odwagi wstąpić na ciasną, stromą i ciemną drogę wiary i prawdziwej mi­łości! Wszystkie bowiem jej uczucia i wrażenia, które poprzedziły jej stan obecny, prawdziwie godny pożałowania, były przygotowaniem tylko, aby ją umoc­nić do przetrwania ciężkich prób i do­świadczeń. Jakżeż niebezpieczną jest  wówczas rzeczą, własnym sądom podle­gać! i w tem usposobieniu wewnętrznego rozstroju, zamiast słuchać głosu Bożego, przełożonych i dyrektorów naszych, wie­rzyć raczej podszeptom rozbujałej wyobraźni, miłości własnej i złego ducha.

Przyjmijmy to sobie za gruntowną zasa­dę w życiu, aby nigdy nie wydawać o sobie sądu ani złego ani dobrego, w wyżej wymienionych sprawach, doty­czących stanu naszej duszy; ponieważ pod tym względem nigdy dostatecznego światła mieć nie będziemy. Bóg chce i wymaga, abyśmy podlegali zdaniu innych w tym względzie; inaczej nie znajdziemy nigdy upragnionego wewnętrznego spo­koju.

Jest to zarazem nieomylny środek trwałego utrzymania się w łasce Bożej i skutecznego wytępienia miłości własnej.

Duszom , które się tej drogi trzymają Bóg zawsze towarzyszy, pomocą Swoją wspiera i hojnie wierność ich nagradza.

III.

Trzecią zasadą jest, aby się nie trwożyć i nie przerażać żadnem niebezpie­czeństwem, żadną pokusą, ani też pozornem opuszczeniem przez Boga.

Nie ulega wątpliwości, że stokroć łatwiej jest drugim przedstawić, jak samemu wykonać tę rzecz tak niezbędną w życiu; niemniej jednak całej siły woli ku temu przyłożyć potrzeba i wierzyć, że z Bożą pomocą zawsze zwyciężymy i nic nas pokonać nie zdoła. Zresztą ta ostatnia zasada wypływa sama z siebie i jest koniecznym warunkiem i wynikiem dwóch poprzednich, o których wspominaliśmy w pierwszym i drugim punkcie tej me­dytacji; ktokolwiek więc postanowił szczerze, nie sądzić Boskich względem siebie zamiarów, ani też nic wyrokować samowolnie o stanie swojej duszy, temu wykonanie tej zasady żadnej nie przedstawi trudności; zazwyczaj bowiem główną podstawą naszego niepokoju i nieuza­sadnionej obawy, są te niewłaściwe sądy, które pozwalamy sobie wydawać tak względem Boga, jak i względem nas samych .

Trudno zaprzeczyć, że w tej walce nie brakuje nam silnych przeciwników.

W pierwszym rzędzie szatan wspólnie z naszą miłością własną, wszelkich do­kładają starań, aby nas z tej drogi za­wrócić! Przedstawiają nieustannie wyobraźni naszej, przepaści, rozmaite grzechy i świętokradztwa, na jakie tym sposobem dobrowolnie narażamy.

Szczególnie szatan, ten zacięty wróg na­szej duszy, chciałby nam wydrzeć deskę ratunku, jaką mamy w przełożonych i w przewodnikach naszych; dlatego też ile możności stara się nas ku nim uprze­dzić, wpajając w nas przekonanie, że kierując nami niewłaściwie, niezawodnie nas zgubią i na zatratę duszy narażą!

Straszne i pożałowania godne położenie jest tej duszy, która dręczona bywa rozpaczliwemi pokusami w tak silnym stopniu, że wyobraża sobie, a nawet jest prawie pewna, że na nie zezwoliła. I cóż jej wtedy czynić wypada? Gdyby na własnem polegała zdaniu, rozpacz jej przybierała­by coraz większe rozmiary; jedynym za­tem dla niej ratunkiem, jest słuchać ślepo sądu spowiednika i kierowników sumie­nia; a tem samem wbrew własnym pojęciom i własnej wyobraźni, zobowiązać się mocnem postanowieniem , nie przy­wiązywać wiary do swoich przekonań, wzgardzać i odrzucać podszepty złego ducha; który gdyby się przy własnem upierała zdaniu, tą drogą bardziej jeszcze niżeli samą pokusą, mógłby ją na wiel­kie niebezpieczeństwo narazić.

Częstokroć się zdarza, że spowiednik, pomimo nadzwyczajnych wysileń i upewnień, nie jest jednak w stanie, zupełnie tę biedną duszę uspokoić; każe jej jednak do Komunji świętej przystąpić. Tu znów nasuwa się jej obawa popełnienia świętokradztwa, i śmiertelną trwogą znękany umysł przejmuje. Trzeba przecież pomi­mo tych udręczeń, które wzmagają się coraz bardziej, aż do chwili przyjęcia Pana Jezusa w Komunii świętej, ulec woli spowiednika i przystąpić do Stołu Pańskiego. Wtedy dopiero zazwyczaj znika ta straszna pokusa, i Chrystus Pan wstąpiwszy do zbolałej duszy, napełnia ją słodyczą, spokojem i weselem. Ileż jednak walk przetrwać musi ta biedna dusza, szczególnie w pierwszych tego rodzaju doświadczeniach, zanim zdoła własne przekonania i pojęcia przełamać!

Gdyby im na nieszczęście uległa, wtedy zły duch podwójną odniósłby korzyść; skłoniłby ją do nieposłuszeństwa i zarazem odsunął od źródła wszelkiego dobra, to jest od Stołu Pańskiego; a przy tem nabrałby niesłychanej przewagi nad jej wolą, tak, że na przyszłość musiałaby mu ciągle ulegać; i czem dłużej zosta­wałaby pod jego władzą, tem trudniej by jej było z pod tego zgubnego wyła­mać się wpływu.

Również także, jest rzeczą nader nie­bezpieczną, gdy kusiciel podsuwa nam myśli, że kierownicy naszego sumienia są na błędnej co do nas drodze i że z tej strony grozi nam potępienie wiecz­ne. Wtedy to, powinniśmy podwoić nasze ku nim zaufanie i szczerze a otwar­cie wyjawić przed nimi to wszystko, co nam szatan mógł podszepnąć, choćby to nas jak najwięcej zawstydzić i upokorzyć miało; żeby zaś zupełne w tej walce ze złym duchem odnieść zwycięstwo, naj­lepiej jest podobne powziąć postano­wienie: „Bóg zesłał mi tego kierownika mego sumienia i chce abym go słuchał; a zatem słuchać go będę, choćby rze­czywiście był na błędnej drodze i choć­by groziło mi potępienie!” Tego rodzaju zaparcie się miłości własnej i własnego zdania, jest zarazem najdoskonalszem posłuszeństwem; i dusza, która z głębi serca zdobędzie się na ten akt heroicz­ny, może z zupełnym, spokojem w przy­szłość spoglądać.

Środek ten wydaje się na pozór nadzwyczajny, wszelkie przechodzący granice; a jednak często­kroć niema innego sposobu do wyrato­wania z przepaści rozpaczy dusz skru­pulatnych, lub też podlegających silnym pokusom; i Bóg chce nieraz do tej ostateczności doprowadzić dusze wzniosłe i szlachetne, a szczerze Mu oddane, aby je bardziej jeszcze od wszelkich oso­bistych uczuć oderwać i przez zupełne wyniszczenie miłości własnej więcej zbli­żyć do siebie. Wtedy to sprawdza się w całej pełni nauka Jezusa Chrystusa, w tych słowach zawarta: „Ktokolwiek dla mnie zgubi duszę swoją, we mnie ją odnajdzie!” W chwilach takich niewysłowionego cierpienia wydaje się nam, że składamy Bogu ofiarę z duszy naszej, a tymczasem jest to tylko ofiara naszych pojęć, rozumu i woli.

Czem więcej wy­rzekamy się siebie i zapominamy o sobie, tem bardziej odnajdujemy się w Bogu.

Gdybyśmy przeciwnie w skutek obawy o zbawienie naszej duszy, kierowali się własną wolą, i poddając się uczuciom rozpalonej a zbłąkanęj wyobraźni, szukali innego przewodnika, któryby ulegał pojęciom naszym i słuchając podszeptu złego ducha opuszczali Komunię świętą: wtedy najniezawodniej zeszlibysmy z dro­gi miłości, i pod pozorem zapewnienia sobie zbawienia, utracilibyśmy nie tylko najpewniejszy środek zdobycia doskona­łości chrześcijańskiej, lecz co gorsza łatwo moglibyśmy się narazić na wieczne potępienie.

Jak to wspominaliśmy wyżej, w innych medytacjach, ofiarę tego rodzaju, tylko za wyraźnem natchnieniem Bożem robić można; Bóg Sam jeśli tego po nas wy­magać będzie, postawi nas w takich oko­licznościach, że stanie się to dla nas nieodzowną i konieczną serca potrzebą Poza tem, myśli podobne są wprost bezu­żyteczne a nawet szkodliwe. Jeżeli jednak Bóg wtej chwili żąda od nas, aby­śmy Mu się całkowicie oddali, powinniśmy to bez wahania uczynić, nic nie wyłącza­jąc i żadnych nie robiąc zastrzeżen.

O! Boże mój! jedyna miłości moja, jeżeli taką jest wola Twoja, jak najchętniej się z nią godzę, i nie chcę nawet wiedzieć, czem jestem i co się ze mną stanie, i jak mną w przyszłości rozporządzić raczysz; lecz to jedno tylko mam pragnienie, aby ta moja ofiara, ta zupełna ufność w miłosierdziu Twojem , otworzyła mi drogę do Twojej świętej miłości!

Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ


Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.

Agnieszka

Zdrowa nauka Kościoła przeciw kłamstwom modernistów: „Albowiem przyjdzie czas, że zdrowej nauki nie ścierpią, ale według swoich upodobań nazbierają sobie nauczycieli, żądni tego, co ucho łechce, i odwrócą ucho od prawdy, a zwrócą się ku baśniom.” (2 Tym. 4:3-4)

Skomentuj

%d bloggers like this: