I.
Co w poprzedzających rozdziałach mówiliśmy o skutkach miłości Bożej, to samo i o jej oznakach powtórzyć możemy; za pomocą czego, nie dla próżnej chwały, ale dla większego uwielbiania dobroci Boga, rozpoznać będziemy mogli, czy i w jakim stopniu tę miłość posiadamy.
Miłość, która się ogranicza na zewnętrznych religijnych oznakach, zostawiając serce zimnem i nieczułem, wcale nie zasługuje na nazwę miłości; jest to raczej przyzwyczajenie,wszczepione najpierw przez chrzest święty, później przez religijne wychowanie; gdy jednak dusza sama przez się oziębła i leniwa, nie pracuje i nie stara się rozbudzić w sobie czynnych i gorących uczuć miłości, to w końcu niezawodnie i te słabe zewnętrzne oznaki utraci.
Iluż to jest chrześcijan, którzy odczytują, lub też odmawiają z pamięci niektóre ustne modlitwy, bez zastanowienia i bez najmniejszej uwagi; którzy słuchają Mszy św., przystępują do Sakramentów świętych Pokuty i Ołarza, bez żadnego nabożeństwa! którzy w ogóle nigdy nie myślą ani o Bogu, ani o Chrystusie Panu! Czyż ludzie tego rodzaju mogą pochlebiać sobie, że wypełniają dokładnie przykazanie miłości? Czyż im choć na myśl kiedykolwiek przyjdzie obaw a lub niepokój, w tej, tak nieskończenie ważnej sprawie, od której ich wieczne zbawienie zawisło?!
Żyją spokojni, oddani swoim ziemskim zajęciom i rozrywkom, nie myśląc wcale, iż każdej chwili grozi im utrata, przez grzech śmiertelny, tego najcenniejszego skarbu miłości Bożej; a często choć go i utracą nawet, nic sobie z tego nie robią, i żyją dalej bez zastanowienia, zwykłym, codziennym trybem życia.
Jeżeli kiedyś i ja należałem także do smutnej liczby tego rodzaju ludzi, jakżeż powinienem dziękować Bogu, że mnie z tego stanu oziębłości wyprowadzić raczył i starać się zarazem, abym już nigdy więcej w podobny stan nie popadł!
W to nieszczęście wpadają zazwyczaj, powoli i nieznacznie, dusze w gruncie poczciwe i pobożne, szczególniej w młodym wieku, jeżeli się nie mają na baczności, jeżeli się opuszczają i nie starają rozbudzać w sobie gorącości ducha. Nasza nędzna, zepsuta natura skłania się zawsze więcej ku oziębłości i lenistwu; nieustannie walczyć i zwyciężać ją potrzeba, bo gdy na chwilę tylko ustaniemy; natychmiast nad nami górę bierze; a ogień miłości zaniedbany i niepodsycany — słabnie, i wreszcie zupełnie przygasa.
Zachowaj mnie miłosierny Boże od tego nieszczęścia, które już pochłonęło tyle innych dusz pobożnych i świątobliwych, w łasce i służbie Twojej daleko wyżej posuniętych ode mnie. Spraw, abym był bacznym i czujnym na najmniejszą oznakę oziębłości: w sprawie tak wielkiej wagi, każda rzecz, na pozór drobna, nie jest bez znaczenia, i wszystko niepokoić, wszystko pod tym względem zatrważać mnie powinno.
II.
Miłość, która się zasadza na uczuciach, przyrzeczeniach i oświadczeniach, a w uczynkach nie widać jej wcale, jest zwodniczą i złudną mrzonką.
Dusza takiej miłości oddana, karmi się jedynie uczuciami, ciągle Boga o nie prosi, sili się i wszystkich starań dokłada, aby te uczucia wywołać; a jeśli je z łaski Bożej otrzyma, rozkoszuje się niemi i swoją miłość własną niemi zasyca; a gdy Bóg łaskę Swoją usunie, odbierając jej tę wewnętrzą słodycz, wówczas wpada w rozpacz, niecierpliw i się, zżyma i w końcu gdy to doświadczenie trwa dłużej, jej złość, zaciętość i pycha równie się potęgują, aż w reszcie przychodzi do tego, że rozmyślnie wszystkie swoje religijne praktyki porzuca.
Dusze chwiejne i zmysłowe, rozkoszujecie się uczuciami miłości, ponieważ znajdujecie w nich słodycz i zadowolenie wewnętrzne; na uczynki jednak i dowody tej miłości zdobyć się nie możecie, bo te są czasem przykre i trudne. Krzyże i cierpienia dla miłości Bożej, trwożą was, i uciekacie przed nimi, bo są gorzkie i trzeba je dźwigać z zaparciem się siebie!
Czyż taka to ma być miłość nasza ku Bogu, abyśmy nieustannie otrzymywali dary, ciągle o nie prosili, a w zamian nic nie chcieli Mu ofiarować i nic cierpieć dla Niego?! Osądźmy sami to wstrętne i samolubne uczucie: czyby nam to sprawiło jakąkolwiek przyjemność, gdyby nas kto w ten sposób ukochał?
Dodajmy jeszcze, że częstokroć na domiar nieszczęścia, szatan jest sprawcą tej złudnej i fałszywej pobożności; on to niweczy działanie łaski, podsuwa zręcznie tkliwe uniesienia i uczucia, które jednak nie z serca, ale raczej z rozgrzanej wyobraźni pochodzą, on to tym samotnym duszom dostarcza i przynosi te złudne słodycze, podsycając tym sposobem ich zmysłowość, głęboko ukrvte poważanie samych siebie i ich miłość własną. Bóg dopuszcza czasem to nadużycie, aby te niewierne dusze ukarać za to, że się więcej do Jego darów jak do Niego samego przywiązują.
Czasem też, źródłem tej fałszywej pobożności, jest nasza miłość własna, oszukujemy sami siebie, wynajdując w sobie jakieś nadzwyczajne dary, podczas gdy te tkliwe uniesienia są po prostu wynikiem naszych usiłowań, które wyszły wymęczone jakby z pod prasy, pracujemy i silimy się na to, aby się zdobyć koniecznie na łez kilka, lub na jakieś tkliwsze uczucie, a potem wyobrażamy sobie, żeśmy już dostatecznie spełnili święte przykazanie miłości.
Miłość uczuciowa jest dobra sama w sobie; Bóg nam jej udziela w tym celu, aby nas od stworzeń oderwać, a tem samem więcej zbliżyć do siebie; aby nas wstępujących na drogę doskonałości, słabych jeszcze i niedoświadczonych, tem uczuciem zachęcić; i jak częstokroć matka, drobne swe dzieci za pomocą cukierka, do spełnienia swej woli nakłonić; wreszcie w tym celu, aby nam dopomóc do wykorzenienia złych nałogow i do zamiłowania cnoty.
Nigdy jednak w tem życiu, nie udziela nam tych słodyczy swoich, abyśmy się niemi bezpożytecznie rozkoszowali tylko; dlatego też nie wolno nam zbytecznie do nich się przywiązywać; a tem mniej brać z nich miarę naszej miłości ku Bogu; jakby ta miłość zależała jedynie na objawach uczuciowych, co jest w prost błędnem mniemaniem.
Zresztą uczucie jest absolutnie niezależnem od naszej woli; Bóg Sam tylko niem rozporządza według Swego upodobania, daje nam je i odbiera, o ile to uzna za stosowne, i byłoby to bardzo szkodliwem dla dobra dusz naszych, gdybyśmy się nadto do tych uczuć przywiązywali.
III.
Prawdziwa miłość jest taka, która chętnie i radośnie oddaje Bogu wszystko, jakkolwiek natura sprzeciwia się temu i radaby tę hojność na własną korzyść obrócić; która pragnie coraz więcej i więcej czynić dla Boga, uważając to wszystko, co dotąd uczyniła, jako nędzne i niedoskonałe, w porównaniu do niezrównanych zalet i doskonałości Boskich i wobec Jego niezliczonych a olbrzymich względem nas darów. Prawdziwa miłość wyzuwa się bez wahania ze wszystkiego, co jej najdroższe, jeśli tylko przypuszcza, że to mogłoby być miłem Panu Bogu, i nie znajduje spokoju, aż pokąd tego niewypełni, jeśli zawaha się chwilę, lub też w ofierze swojej jakieś małe zrobi zastrzeżenie, coś na własną korzyść wyłączy, wówczas gorzko ten błąd odczuwa, wyrzuca go sobie i wszelkich starań dokłada aby go naprawić, oddając Bogu ochotnem sercem wszystko, całkowicie i niepodzielnie. Wtedy dopiero w uczuciu prawdziwej radości, czuje się zupełnie szczęśliwą; jak gracz, na którego stronę szala szczęścia się przechyliła, winszuje sobie pomyślnego zakończenia sprawy.
Kto prawdziwie kocha Boga, ten chętnie dla Niego znosi wszelkie cierpienia, czy to od ludzi pochodzące, czy od szatana, czy też z dopuszczenia Bożego; jak tego nam w życiu Swojem, Chrystus Pan najdoskonalszy przykład zostawił. Z równą cierpliwością przyjmuje utratę majątku, sławy, jak i wszelkie cierpienia fizyczne i moralne, i ogołocony ze wszystkiego, radośnie na krzyżu spoczywa, powtarzając w raz ze świętym Franciszkiem: „Boże mój! Ty mi starczysz za wszystko!”
Miłość Boża jest tym ogniem, który pochłania i niszczy wszelkie naleciałości zepsutej, ludzkiej natury i wszelkie poruszenia miłości własnej; dobrowolne a nieustanne ofiary, mniejsze lub większe, stosownie do okoliczności, są najlepszym materjałem do podsycania tego ognia, o którym ciągle pamiętać trzeba i rozżarzać go o ile w naszej mocy.
Miłość w początku jest słodka i cicha, lecz z biegiem czasu coraz więcej nabiera gwałtowności i siły, aż wreszcie dochodzi do olbrzymich, nadzwyczajnych rozmiarów; najpierw nieznacznie ogarnia wolę, opanowuje ją i porywa powabem swoim; następnie żąda i wymaga od tej woli, aby jej dobrowolnie wszystko oddała w ofierze; na koniec sama potęgą uczucia wydziera i odbiera jej wszystko cokolwiek najskrupulatniej w tajnikach duszy ukrytem być mogło a czego słaba natura ludzka nie byłaby w stanie dobrowolnie poświęcić; czyni to jednak w sposób tak delikatny a skuteczny, że wola nie spostrzega się nawet, że jej najzupełniej ulega i działa w przekonaniu, że w szystko co czyni z jej własnych pobudek pochodzi.
Nie zależy tu bynajmniej, abym dochodził i badał czy te ofiary miłości Bożej w najwyższym stopniu posiadam ; ale czy chociaż w słabych odcieniach zdołam je odkryć w sobie; czy zacząłem przynajmniej choć w części przynosić Bogu ofiarę z tej miłości własnej, z tej nieustannej myśli o sobie, jednem słowem z tego „ja”, które Bóg ściga i pragnie zniszczyć doszczętnie?
Zasadą życia naszego powinno być niewybieganie naprzód z zamiarami rozmaitych ofiar, zanim tychże Bóg od nas zażąda; ale silne postanowienie nieodmawiania nic nigdy Panu Bogu i gotowość w spełnieniu tego wszystkiego, czego kiedykolwiek od nas żądać będzie.
Pozostałe części Rozmyślań o miłości Bożej: TUTAJ
Ks. Jean Nicolas Grou T. J. – Rozmyślania o miłości Bożej. Warszawa 1910.


Skomentuj