Panie… Ty wiesz że Cię miłuję (2) – Zapewnienia i chwilowe porywy nie stanowią jeszcze miłości


IV.
CHARAKTERYSTYCZNE CECHY MIŁOŚCI.

Do przyjaźni Chrystusowej wszyscy bez wyjątku jesteśmy powołani. Ale nie wszyscy w tym samym stopniu. Dlaczego nie wszyscy? Jest to dla nas tajemnicą.
Ale jak Bóg dał nam świętych, aby swoim przykładem pociągali nas za sobą, tak też objawił nam miłość Swoją wobec dusz, abyśmy Go całym sercem kochali i z dzie­cięcą ufnością powierzyli Mu wszystko, co nas boli i co nas cieszy.

Dlaczego jednak tak niewielu staje się uczestnikami tej miłości? Dlaczego i my tak rzadko i słabo odczuwamy tę tkliwość Serca Jezusowego, pomimo, że Go często przyjmujemy w Komunii św.?

Przyczyna jest ta, że nie dbamy nale­życie o to, aby podobać się Jezusowi, a przede wszystkim, że nie usuwamy starannie te­go, co przeszkadza Jego miłości i przyjaźni.

Musimy dla Jezusa to czynić, co tu na ziemi czynimy dla każdego z przyjaciół.
Przytaczam tylko niektóre najważniejsze obowiązki.

  1. Pomiędzy przyjaciółmi potrzebna jest pewna zgodność myśli, charakteru. Ser­ca muszą być dostrojone do siebie. Im wię­cej podobieństwa, zgodności, tern głębsza i trwalsza będzie przyjaźń.
  2.  Przyjaciele chętnie się widują, pra­gną być razem.
  3. Współczują z sobą. Współczucie może najwięcej charakteryzuje prawdziwą
    przyjaźń.
  4. Przyjaciel gotów jest dla przyjaciela się poświęcić, nawet życie oddać dla niego.
  5. Przyjaciel pragnie pozyskać innych dla przyjaciela, będzie popierał jego zamia­ry, szerzył jego myśli i dla niego pracował.

Co do Jezusa, to spełnia On wszystkie te warunki przyjaźni po Bożemu, w sposób najdoskonalszy. Dla nas przyjął postać ludzką i stał się podobnym do nas we wszystkim — jak mówi apostoł — wyjąw­szy tylko jedno — to jest grzech. Dzielił z nami wszystkie trudy i dolegliwości tego życia ziemskiego. Pracował jak my, trudził się, cierpiał, dźwigał krzyż swój i umarł na krzyżu, oddając za nas Krew Swoją Najśw. aż do ostatniej kropli. A gdy cho­dzi o serce, czy znajdzie się serce przyja­ciela, które tak kochało jak Serce Jezusa?
Jezus był cały miłością dla wszystkich. Wszystkim się udzielał, szczególnie ubo­gim, chorym i grzesznikom. Wszystkim czynił dobrze, jak mówi ewangelia — pertransiit benefaciendo.

Pan Jezus jest ten sam i dziś. Posia­damy Go w naszych kościołach. Pod postaciami chleba ukryty w Najśw. Sakramen­cie Ołtarza, spełnia i teraz wszystkie warun­ki prawdziwej miłości. Jest nam całkiem bliski, mieszka wśród nas, a w Komunii św. ściśle z nami się łączy. Jest pełen dla nas współczucia, dzieli z nami nasze troski, wspiera nas w potrzebie i pociesza nas jak dobry przyjaciel. Abyśmy nie wątpili o Je­go dobroci i z całą ufnością do Niego się zbliżali, objawił On się tyle razy w Najśw. Sakramencie pod postacią człowieka z ser­cem pełnym miłości i współczucia dla nas.

Znane są objawienia Najśw. Serca Je­zusa, dane św.  Marii Małgorzacie Alacoque. Przeznaczone są one szczególnie dla naszych czasów. Jakże dziękować powinniśmy Jezusowi, że w ten sposób i nas w szczególniejszy sposób zaprasza i zachę­ca do Swej miłości.

Ale nie potrzeba mi jeszcze więcej przytaczać dowodów, że P. Jezus spełnia obowiązki przyjaźni. Ważniejsze, czy my je spełniamy.

1. Musimy stać się podobni do Jezusa.

Ideałem byłoby, gdyby nasze serce cał­kiem było podobne do Jego Serca. Niestety, jest to dla nas, biednych grzeszników, niemożliwe Podobna do Jezusa była tylko Najśw. Panna, niepokalanie poczęta. Jej serce najświętsze mogło na sposób możli­wie najdoskonalszy spełnić wszystkie wa­runki przyjaźni. I święci, których Kościół wywyższył na ołtarze, uczynili to w wyso­kim, a niektórzy w bardzo wysokim stopniu.
Ale dla nas, biednych dzieci Adama, ten ideał trudny jest do naśladowania. Musimy jednak wiedzieć, że prawdziwa przyjaźń może i wtedy istnieć, gdy do tego ideału przynajmniej sumiennie dążymy, to znaczy, gdy szczerze i wytrwale nad tym pracujemy, aby stać się coraz więcej podobnymi do Je­zusa.

Przyjaciel zadowala się dobrą wolą. Pan Jezus tak samo, szczególnie, jeżeli Go za nasze uchybienia zaraz przepraszamy.

„Względem tych, którzy Zbawiciela miłują i którzy po każdym najdrobniejszym upad­ku rzucają się w Jego objęcia, Pan Jezus jest pobłażliwy” — mówi tak pięknie św. Te­resa od Dzieciątka Jezus.

Gdy więc chodzi o zgodność i równość serc, musimy zadowolić się szczerym pragnieniem — Jezusowi upodobnić się coraz więcej. Ale nie poprzestańmy na poboż­nych myślach, na słowach i postanowie­niach. Nasze podobieństwo do Jezusa mu­ si uwydatnić się w czynach, musi nabrać wyraźnych form, osiągnąć i posiadać to, co jest koniecznie potrzebne do upodobnienia się z Nim..

Najprzód musi dusza posiadać stan łaski poświęcającej, to znaczy, musi być przynajmniej wolna od grzechu ciężkiego. Grzech ciężki wyklucza wszelkie podobień­stwo z Jezusem i czyni je zupełnie niemożliwym.

Potem unikaj wszelkich dobrowolnych grzechów powszednich. Są grzechy powszednie, popełniane z nieuwagi, z ułomno­ści,  z powodu słabości charakteru itd. W tych grzechach zwykle niewiele, albo żadnej nie mamy winy. Sami może najwięcej nad nimi ubolewamy. One nie bę­dą wielką przeszkodą w przyjaźni z Chry­stusem. Inaczej, gdy popełniamy grzechy powszednie z całą świadomością, gdyż one w intencji w zasadzie bardzo podobne są do grzechów ciężkich. Takich grzechów powin­niśmy się wystrzegać nieomal tak samo, jak grzechów ciężkich, a jeżeli je lekkomyślnie popełniamy, mogą one się stać poważną przeszkodą w przyjaźni z Chrystusem. Nie niszczą one jej całkiem, ale odbierają jej wszelką świeżość i delikatność. Dzieje się to samo, co wśród przyjaciół, gdy sobie lekceważą wzajemne usługi, albo nie dotrzy­mują wierności.

I jeszcze jedno jest potrzebne: stała i szczera praca nad własnym uświęceniem. Nie jest to praca jednego dnia, ani jednego roku. Ale i tu Pan Jezus zadowala się dobrą wolą. Będzie miał cierpliwość w sto­sunku do ciebie i, jak dobry przyjaciel, po­cieszy cię Swoją miłością i umocni cię ła­ską Swoją.

Dwie są drogi do upodobnienia duszy z Jezusem. Jedna to droga miłości niewinnej. Szczęśliwi ci, co nigdy nie zgrze­szyli, i mogą ofiarować Jezusowi serce czyste. Druga — to droga miłości pokutnej. I ona jest szlachetna i miła w oczach Bo­żych. Pod krzyżem widzimy je uosobione w św. Janie apostole i w Marii Magdalenie. Oblubieniec dusz chciał, umierając, mieć obie przy Sobie — pod krzyżem.

2. Musimy z Jezusem przebywać.

Przyjaciele lubią być razem i odwie­dzają się często. Jak z tobą? Czy twoje serce chętnie zwraca się ku Jezusowi? Czy odczuwasz potrzebę być z Nim razem i odwiedzać Go?

Aby odnowić ofiarę krzyżową, aby być pokarmem duszy naszej, wystarczyłoby, gdyby Jezus był obecny w kościołach na­szych przez pewien czas, może przez 1 lub 2 godziny. Jeżeli zaś jest obecny zawsze — dzień i noc — uczynił to dla miłości, jak dobry przyjaciel. W tej miłości chciał od­dać się wszystkim, a każdemu z nas jeszcze z osobna. Chciał być dostępnym w każdej porze i dlatego taki wybrał sposób przeby­wania między nami, że łatwo możemy Go znaleźć i do Niego się zbliżać.

Serca kochające zawsze też lgnęły do Jezusa w Najśw. Sakramencie Ołtarza. Co prawda nie wszyscy mają kościół w takiej bliskości, że łatwo mogą Jezusa odwiedzać. Ale i tu sprawdza się słowo, — że miłość jest przemyślna. Ona przynajmniej zawsze podąży do Jezusa w dzień niedzielny i świą­teczny, a gdzie stosunki są dogodniejsze, tam Pan Jezus nigdy nie będzie osamotnio­ny w przybytkach swoich. (…)

Powstał też pobożny zwyczaj odprawiania tak zwanej „Godziny świętej“ w godzinach wie­czornych albo nocnych z czwartku na pią­tek.

Najściślejszym węzłem przyjaźni z Chry­stusem, ostatecznym jej potwierdzeniem i uzupełnieniem, jest Komunia św. Kto raz do roku albo rzadko tylko przystępuje do Komunii św., ten w żaden sposób nie może zaliczać się do serdecznych przyjaciół Chry­stusowych.

Warunki częstej i codziennej Komunii św. są te same, jakie podałem w poprzednim rozdziale: wolność od grzechu ciężkiego, unikanie dobrowolnego grzechu po­wszedniego i sumienne dążenie do dosko­nałości.

3. Musimy współczuć z Jezusem.

Czy Jezusowi potrzeba współczucia? Czy On — Syn Boży znajduje się w takim położeniu, że możemy Go pocieszyć, dzielić z Nim poniekąd troski i cierpienia? Na te pytania odpowiem trochę dokładniej, ponie­waż współczucie jest jednym z najważniejszych znaków prawdziwej przyjaźni.
Cierpienia są dwojakie: cielesne i du­chowe. Chrystus, będąc tu na ziemi, po­siadał w zupełności naturę ludzką, a posia­dał ją tylko na to, aby móc dla nas cierpieć. Cierpiał więc co do ciała: ubóstwo niedosta­tek, mękę i śmierć bolesną na krzyżu. Ale cierpiał też sercem. Wszystkie uczucia serca ludzkiego i On posiadał: uczucia radości, smutku, bólu etc. Chrystus Pan też po ludzku wyraził swoje cierpienia: wzruszył się nad grobem Łazarza, płakał nad Jerozolimą, w Ogrójcu szukał pociechy u apostołów, na krzyżu, umierając, skarżył się, gdy był opu­szczony od wszystkich.

W Najśw. Sakramencie jest ten sam Pan Jezus — Bóg i Człowiek. Posiada więc i tutaj całą naturę ludzką. Ciało jed­nak jest uduchownione jak w chwale niebie­skiej. Dlatego ciało Chrystusowe w Najśw. Sakramencie cierpieć już nie może. Ale pozostaje Serce, a to Serce jest żywe i czułe. Nie może więc być obojętne na to, co my czynimy. Jest też żywy kontakt pomiędzy sercami naszymi i Jezusowym — taki, jaki istnieje pomiędzy osobami, które łączy sto­sunek wspólnej miłości.

Herezje spowodowały pod tym wzglę­dem wielkie zamieszanie. Luter całkiem odrzucił wiarę w Najśw. Sakrament. Niebez­pieczniejszym jeszcze był poniekąd Jansenjusz, który wprawdzie zachował wiarę w obecność P. Jezusa w Najśw. Sakramen­cie, ale widział w Sakramencie tym tylko Boga, do którego można, jak twierdził, tyl­ko rzadko i po długiem przygotowaniu się zbliżać.(…) Ostygło nabożeństwo do Najśw. Sakramen­tu, a w sercach za­marła miłość do Jezusa, ta miłość, która z Nim żyje, współczuje i współcierpi.

Pan Jezus bardzo boleśnie to odczuwał. Jego Serce Najśw . nie mogło pogo­dzić się z tern zimnem, nieczułym zachowa­niem się wobec Niego, nie mogło znieść takiego osamotnienia. Otworzyły się tedy drzwi tabernakulum i On sam okazał się
w postaci człowieka. Pierś Jego jaśniała jako słońce, a na piersiach widniało Jego Serce, jak nam to dobrze znane jest z figur i obrazków Najśw. Serca Jezusa, rozpowszechnionych dziś po całym świecie. Stało się to we Francji, w miejscowości Paray le Monial, w kaplicy Sióstr Nawiedzenia Naj­świętszej Marii Panny, gdzie właśnie przed ołtarzem klęczała gorąco Jezusa kochająca siostra, św. Maria Małgorzata.

Słowa, które Pan Jezus do niej powie­dział, są takie, jakie każdy człowiek wypowiada, gdy czuje się opuszczony i szuka po­ciechy. Chrystus skarży się, prosi, obiecuje, tak zupełnie po ludzku, po naszemu, jakby nie był Bogiem, tylko wyłącznie człowie­kiem. Tak też trzeba to rozumieć i taka też jest intencja Jezusa. Jak za czasów życia swego ziemskiego okazał się człowiekiem, a rzadko tylko objawiał swoją moc Bożą, tak i teraz w Najśw. Sakramencie chce i pragnie być dla nas przede wszystkim —człowiekiem, chce być naszym bratem, przy­jacielem, oblubieńcem.

Stąd Jego słowa do św. Marii Małgo­rzaty, pełne bólu i skargi:

Oto Serce, które tak bardzo ludzi uko­chało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w obja­wach miłości; — a jaką nagrodę odbieram? Od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwo w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia, to to, że serca szczególniej mi poświęcone w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy pią­tek w oktawie Bożego Ciała szczególną był uroczystością ku czci Serca Mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano celem wynagradzania tych wszystkich zniewag, które Serce Me spoty­kają, kiedy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mie­rze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.”

Objawienia Najśw Serca, skargi, proś­by zmieniły powoli ten smutny i zimny stosunek dusz do Jezusa. Nastał — rzec moż­na — nowy czas, nowy okres w współżyciu Jezusa z nami. Myśl, aby Go nie zostawić samego w naszych świątyniach, aby Go po­cieszyć i miłością wynagrodzić wszystkie wyrządzone Mu zniewagi — pociąga dziś niezliczone serca do Jego ołtarzy. Nabo­żeństwa do Najśw. Sakramentu stały się po­wszechne, ulubione, a szczególnie te, które mają za cel współczucie z Jezusem, jak ado­racje Najśw. Sakramentu, Komunia św. wynagradzająca, pierwszy piątek każdego mie­siąca, godzina święta, częsta i codzienna Komunia św., wczesna Komunia dzieci.
W r. 1928 obecny Ojciec św., Pius XI, wy­dal jeszcze osobną encyklikę „Miserentissimas Redemptor“, aby zachęcać do miłości współczującej z Jezusem. Uczynił to ze względu na czasy obecne, gdy Pan Jezus nie tylko odczuwa pogardę, którą Mu okazu­je nowoczesne pogaństwo, gdy również cier­pi w członkach swoich, t. j. w tych wiernych, którzy są dziś prześladowani, torturowani i w okrutny nieraz sposób umęczeni przez wrogów Kościoła św., jak np. w Rosji i w Meksyku.

Jeżeli Jezusa rzeczywiście kochamy, nie możemy pozostać wobec tego obojętni. Ba­dajmy serca nasze. Jeżeli miłość nasza jest taka słaba, że nie czujemy potrzeby Go po­cieszyć i w jaki bądź sposób okazać Mu swo­je współczucie, to brak jej tego, co stanowi jej właściwą delikatność, szlachetność i pięk­ność.

4. Musimy być gotowi poświęcić się dla Jezusa, nawet życie oddać dla Niego.

Miłość i ofiara są nierozdzielnie z so­bą złączone. Dziecko, kochające matkę, zbiera dla niej kwiatki na łące i przynosi jej jagody, które znalazło w lesie. A gdy dorośnie, to z dojrzewającą miłością i ofia­ra będzie większa i doskonalsza.

Miłość do Jezusa też bez ofiary istnieć nie może. Mimo woli dusza odczuwa potrzebę ofiary, a Pan Jezus do tego zachęca, wspiera wolę i daje siły, gdy duszę nawie­dza w Komunii św. On ofiarował się dla nas na krzyżu, a gdy zagości w sercach na­szych, to i nam udziela cośkolwiek tej mi­łości ofiarnej i usposabia nas do krzyża, do ofiarowania siebie samego. Dlatego puka do serc naszych, prosi i nakłania do ofiar, tak, iż trudno temu się oprzeć. Już serce dziecka potrafi On uczynić skłonne i goto­we do ofiar, i dzieją się rzeczy, na które pa­trzymy się ze zdziwieniem.

Przytaczam tu, co pewien misjonarz w Chinach opowiada o 4-letniej dziew­czynce:
„Przygotowywałem do pierwszej Ko­munii św. dziewczynki chińskie. Były ich dwie grupy. Jedna składała się z dzieci od lat 7 do 12, które po ukończeniu nauki miały przystąpić do Komunii św.; druga grupa składała się z 20 bardzo jeszcze ma­łych dzieci, które miały się tylko przysłu­chiwać nauce dzieci starszych, aby tym le­piej poznały główne prawdy naszej świętej wiary.
— Wiecie, dzieci, — tak powiedziałem raz do mojej gromadki, — że w tabernakulum, w złotej puszce, pod postacią chleba —jest obecny Pan Jezus. On was kocha i ocze­kuje was z niecierpliwością, bo chce w ser­cach waszych zamieszkać. On kocha ma­luczkich, a wy przecież wszystkie jesteście maluczkimi.

W drugiej grupie, wśród najmniej­szych, było dziecko czteroletnie. Po lekcji pobiegło do siostry i rzekło: „Proszę, pozwól mi pójść do ojca, bo chcę mu coś powiedzieć“ . Gdy siostra na to się zgodziła, przyszło do mego pokoju i zapukało do drzwi.
— No, i cóż nowego, moje dziecko?
Ojcze, chciałam ci coś powiedzieć.
Powiedziałeś nam, że Pan Jezus mieszka na ołtarzu, że oczekuje tam i miłuje szcze­gólnie małych. To musi On kochać mnie więcej, niż drugich, bo jestem najmniejsza. A ja również kocham Go bardzo. Nie trze­ba, aby Pan Jezus czekał, daj mi Go. Byłem zaskoczony.
— To prawda — rzekłem nareszcie — Pan Jezus oczekuje małych, ale nie tych, co
są jeszcze za mali.
— Ojcze, ja umiem katechizm jak wszystkie inne dzieci.
I znowu nie wiedziałem, co powiedzieć.
Pytam tedy dziewczynkę:
— Ile masz lat?
— Ja nie wiem.
— Pokaż mi ząbki. Zobacz, masz tyl­ko same mleczne — jesteś więc za mała.
Dziecko zamilkło, ale po chwili namy­słu rzekło znowu:
— A czy dasz mi Jezusa, gdy już tych zębów nie będę miała?— Tak, na pewno ci to przyobiecuję.
— I dasz mi Go wtenczas co dzień?
—Tak.
Dziewczynka wyszła, a po kilku mi­nutach wraca, ale, o Boże, w jakim stanie! Oczy ma zalane łzami, a usta pokrwawione. Kamieniem wybiła sobie przednie ząbki.
Rozpłakałem się sam i przytuliłem dziecko do siebie.
— Gdyby było rano, dałbym ci Jezusa zaraz. Ale przyjdź jutro do kościoła, a otrzymasz Go.
— Ale dasz mi Go teraz co dzień?
— Tak, dziecko kochane, odtąd otrzy­masz Go co dzień.
Na drugi dzień bardzo raniutko było maleństwo w kościółku. Główkę miało obwiązaną, lecz oczy jaśniały radością. Do ust niewinnych, zbolałych jeszcze z miłości dla Jezusa, kładłem Najśw. Hostję — Boga Zbawiciela, który powiedział: „Pozwólcie dziatkom przyjść do mnie, albowiem ich jest królestwo niebieskie^.

Co tu działo się w serduszku tego dziewczęcia, to w wielkich rozmiarach działo się i dzieje się po dziś dzień w Koście­le św.

Pierwsi chrześcijanie ofiarowali wszyst­ko dla Jezusa. Rozdawali swój majątek ubogim, wyrzekali się stanowisk, swych godno­ści, swej sławy po przodkach. Tysiącami i setkami tysięcy składali życie Jezusowi w ofierze.

Gdy prześladowania minęły, zjawili się wielcy założyciele zakonów: św. Benedykt, św. Franciszek, św. Bernard, św. Dominik i św. Ignacy. Oni wszyscy z miłości do Jezusa wyrzekli się wszystkiego, co posiada­li, żyjąc w ubóstwie, czystości i posłuszeń­stwie, a przykładem swoim nie tylko w swo­jej rodzinie zakonnej, ale też w całym Ko­ściele budzili gorącą miłość do krzyża, do ofiar.

Całe średnie wieki tym się odzna­czają. Po nich następują zakony i stowarzy­szenia misyjne, wnosząc w życie Kościoła właściwego sobie ducha praktycznej ofiary, obja­wiającego się w całkowitym poświęceniu się dla sprawy Chrystusowej.

Przedstawicielem i wzorem tych bohaterów Chrystusowych jest św. Franciszek Ksawery, ożywiony pragnieniem coraz to nowych prac i ofiar dla Jezusa. Jego duch ofiary, jego miłość krzy­ża nie wygasła. (…)

Jaką jest tedy nasza miłość, jakiem pragnienie poświęcenia się dla Jezusa?
To pewna — dzieje naszego narodu są bogate, gdy chodzi o ofiary, złożone dla sprawy Chrystusowej. Nasi rycerze przez cale wieki walczyli dla wiary i w długich, krwawych walkach krew i życie ofiarowali dla Chrystusa. Nosimy zaszczytne miano „przedmurza chrześcijaństwa”. Czasy upadku naszego i długie lata niewoli osłabiły
jednak bardzo tę ofiarność i wywarły ujemny wpływ na nasze życie religijne.
Jesteśmy narodem katolickim. Obcy podziwiają naszą pobożność. Ale, gdy cho­dzi o ofiarę, a szczególnie o ofiarę własnej osoby, własnego zdrowia i życia dla Jezu­sa i Jego świętej sprawy, wtedy nie dorów­nywamy innym narodom katolickim. Ma się wrażenie, jak gdyby nasza miłość dla Je­zusa była wygodna, samolubna, jak gdyby była za słaba, aby umierać dla Niego. A jed­nak tylko miłość silna, jak śmierć, jest jedy­nym dowodem prawdziwej miłości Chrystu­sowej.

Do tej miłości ofiarnej powinniśmy dą­żyć całą siłą. Wspomniany o. Mateo tak dobitnie i w sposób sobie właściwy potrze­bę jej zaznacza. Niech jego słowa posłużą dla zachęty:
Nie chcemy naśladować poetów, co śpiewają o miłości, lecz nie myślą o tym, by ją zastosować w życiu. Zapewnienia, chwilowe porywy, nie stanowią jeszcze szczerej miłości. Nie mogą one zadowolić Zbawiciela. On żąda od nas rzeczywistej, żywej miłości“.

„Nie można miłować bez cierpienia. Nie powinno się cierpieć bez miłowania”.

„ Miłuję krzyż ze względu na boskie­go Zbawiciela, a Chrystusa kocham dla Je­go krzyża. Przede wszystkim zaś miłuję Go w krzyżach swoich”.

„Gdy w Komunii św. Chrystus ukazu­je mi zranione Serce Swoje, jakże zapewnię Go, że Go miłuję, jeśli mi braknie cierpień, które bym Mu ofiarował dla zbawienia dusz?”

„Miłość należy potwierdzić krwią i ofia­rą. Tylko ofiara rodzi prawdziwy owoc”.

„Jam ziarnko Chrystusowe, mawiał św. Ignacy. Potrzeba, aby zmełły mnie kły lwów,
żebym stał się chlebem godnym Boga”.

„Bądźmy i my mąką ofiarną, by stać się ofiarą miłości — amoris victima”.

„Walczmy zawzięcie przeciw współcze­snemu wychowaniu zbyt miękkiemu, bezbarwnemu, zniewieściałemu, blademu, prze­ciw wychowaniu, które uczy drżeć przed cierpieniem. Ewangelia uczy zupełnie coś innego. Najlepsi ludzie są dzisiaj zbałamu­ceni tym fatalnm uprzedzeniem i ze zgrozą odpychają od siebie kropelkę żółci lub ukłu­cie igły. W tej niegodziwej szkole znajdu­je się, niestety, młodzież nasza, a przecież życie nasze gotuje nam, czy chcemy, czy nie, walkę zażartą, zwłaszcza w środowiskach przejętych duchem pogaństwa”.

Oby te słowa gorącego apostoła miłości Chrystusowej znalazły posłuch w naszej oj­czyźnie! (…)

5. Musimy pracować dla Jezusa i pozyskać innych dla Niego.

Trzykrotnie zapytał się P. Jezus św. Piotra, czy Go miłuje. A gdy św. Piotr zapewniał Go o swojej miłości i za trzecim razem jeszcze dodał: „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię miłuję“, usły­szał z ust swego Mistrza te słowa: „Paś baranki moje, paś owce moje“ . Pan Jezus domagał się od św. Piotra nie tylko wyzna­nia miłości, ale miłości czynnej.

Nadeszła chwila ostatecznego pożegna­nia Jezusa z apostołami. Jakie będzie ostatnie Jego słowo do nich? Nie będzie to słowo upomnienia, przestrogi albo czułości, jakby się można było spodziewać, tylko prośba, rozkaz: „Idźcie na cały świat i nau­czajcie..” I tu domaga się Chrystus Pan miłości czynnej.

To, co się stało ze św. Piotrem i z apo­stołami na górze Oliwnej, powtarza się ciągle. Pan Jezus jest ten sam, miejscem jest ołtarz, a uczniami-apostołami wszyscy ci, którzy Go szczerze miłują.

Ile to razy jeszcze dziś stawia Pan Je­zus to pytanie: „Miłujesz mię?“ . A gdy serce Jemu ofiarujemy, to nieomal zawsze usłyszymy tę prośbę: „Idź, czyń coś dla mnie, idź do winnicy mojej, pouczaj, zachę­caj, napominaj, bądź moim kapłanem-misjonarzem.

Już do małego dziecka przemawia Pan Jezus w ten sposób — do ministranta, który służy do Mszy św., do dziecięcia, które po raz pierwszy przyjmuje Go w Komunii św.

Mały Gwidon Fontgalland i nasz Henio Żuchniewski chcieli zostać kapłanami. ŚwTeresa z Avili, będąc jeszcze dzieckiem, opuściło po kryjomu dom rodzinny, aby gło­sić Ewangelię niewiernym. Głos Zbawicie­la był tak silny, że dziecko oprzeć się mu nie mogło.

Do czynu — do czynu, ciągle wzywa Pan Jezus. Przez wszystkie czasy idzie Jego głos: „Żniwo wielkie, a robotników mało, proście tedy pana żniwa, aby przysłał robotników na żniwo swoje“ .

Kto policzy tych wszystkich, co za tym głosem podążyli? Są to ci, którzy dla miłości Jezusa opuścili rodzinę i krewnych, oj­czyznę i wszystko, co tu na ziemi posiadali; młodzieńcy i panienki, bogaci i ubodzy, uczeni i prostaczki, ludzie wysokiego pocho­dzenia i proste dzieci z ludu, jak św. Jan Vianney, proboszcz z Ars.

Miłość — to ogień. Ogień nieczynnym być nie może. I miłość bez czynu jest czymś niemożliwym — nienaturalnym .

„Czy można kochać Jezusa — woła o. Mateo — miłością wielką, prawdziwą, a jednocześnie pozostawać obojętnym dla interesów Jego? Czy mogę wyznawać Jezusowi miłość, a jednocześnie spoglądać obojętnie na tłumy dzieci, z których wyrosną przyjaciele Jezusa lub bluźniercy, którzy po dojściu do lat dwudziestu, staną na terenie społecznym i narodowym za Bogiem lub przeciw Bogu? Czy mogę pozostawać obo­jętny, czy mogę pozwolić, by ogniska domo­we stały się szkołą serc nienawistnych lub obojętnych dla Boga? Czy powtórzę za Kainem: „Kto mię postawił stróżem brata mego?“ (Ks. Rodz. 4, 9).

Nie, tak rozumują bezbożnicy — wro­gowie Chrystusa! Patrzcie, jak wytrwale czuwają, jak apostołują gorliwie — zawsze na żołdzie przeklętego Sanhedrynu, gotowi użyć talentów, wpływów, pieniędzy, byle tyl­ko usunąć, wypędzić Jezusa. Oni wciąż czynni, zdecydowani, gotowi do ofiar. My zaś, dzieci Jezusa, świadkowie cudów Jego miłości, chcielibyśmy porzucić Go na łup nieprzyjaciół? Przenigdy.

W obecnych czasach domaga się Pan Jezus jeszcze o wiele więcej tej miłości czynnej.
Europa idzie szybkim krokiem ku po­gaństwu. Zbliża się ostateczna walka pomiędzy Chrystusem i szatanem. Tworzą się dwa obozy! Po jednej stronie gotują się wierni żołnierze Chrystusowi, po drugiej stronie szereguje się wojsko szatana.

Jeże­li miłujesz Jezusa, musisz stanąć po Jego stronie, dla Niego pracować i walczyć.

Pan Jezus żąda dziś więcej czynu, bo stoją przed nami otworem wszystkie kraje ziemi, a w tych krajach ogromna ilość pogan oczekuje od nas nauki Chrystusowej.
Nowoczesne środki komunikacyjne ułatwiają przystęp do tych narodów i tym samem umożliwiają ich nawrócenie. Wybiła obecnie dla nich go­dzina laski, a dla nas godzina, w której Bóg wzywa nas do współpracy w wielkim dzie­le zbawienia dusz. (…)

Prawdziwa miłość Jezusa nie może pozostać bezczynną. W jaki sposób miłość nasza do Jezusa ma ujawnić się w czynach?

Gdy chodzi o pracę wśród nas i wśród nowoczesnego pogaństwa, to powstał w Ko­ściele nowy ruch, znany pod nazw ą Akcji Katolickiej, czyli czynu katolickiego. Zada­nie tego ruchu znane już jest wszystkim. Ono wymaga od nas przede wszystkim, żebyśmy byli katolikami czynu, to znaczy katolikami praktykującymi, a nie tylko katolikami z tra­dycji albo z metryki, jakich u nas w Polsce jest bardzo wielu. Przykładem życia prawdziwie chrześcijańskiego, gorliwym uczę­szczaniem do kościoła i przystępowaniem do Sakramentów św. mamy przeciwdziałać oziębłości w wierze i odstępstwu od wiary.
Oprócz tego, oznacza Akcja Katolicka, że każdy powinien być w jakibądź sposób czyn­nym dla sprawy Chrystusowej: modlitwy, słowem czy pracą wśród swego otoczenia, w swojej parafii, albo, gdzie stanowisko i stosunki są po temu, i w szerszym za­kresie.

Panie… Ty wiesz że Cię miłuję (1) – „Można, niestety, wierzyć, nie miłując.”


PANIE TY WIESZ, ŻE CIĘ MIŁUJĘ. – Ks. Alojzy Majewski P.S.M. Wydawnictwo Księży Pallotynów. Warszawa. 1935.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: