Panie… Ty wiesz że Cię miłuję (1) – „Można, niestety, wierzyć, nie miłując.”


Gdybyśmy mieli więcej wychowanków tej szkoły, która wykształciła Franciszka z Asyżu, Franciszka Salezego, Wielką i Małą Teresę, a w grancie rzeczy wszystkich świętych! O, Jezu, wszakże to Twoja szkoła!
Można, niestety, wierzyć, nie miłując.
Tysiące chrześcijan, posiadających znajomość katechizmu, przywiązanych rozumowo do zasad wiary i wierzących w Boga, w Jezusa i w Sakramenty, słowem przyjmujących cały Zakon, nie stosuje w życiu tych zasad nie z braku wiadomości, lecz z braku miłości.
Nie można miłować, nie wierząc. Ale można, niestety, wierzyć, nie miłując. Wyznawajmy zatem w apostolstwie nas ze naukę całkowitą i skuteczną, uczmy się wierzyć mocno, ale jeszcze mocniej miłować to, w co wierzymy. Najwięcej załamań moralnych, wśród dusz skądinąd pięknych, wzniosłych, szlachetnych, pochodzi z rozdźwięku pomiędzy wiarą a miłością. Wychowane w wierze Boskiej, umiały one na pamięć przepisy Zakonu, lecz nie przeżyły ich w sercu swoim.
Spotyka się czasem uczonych zimnych jak lód, mrożących otoczenie, naukowców — istne chodzące biblioteki — zagłębionych w dziełach św. Bernarda lub św. Tomasza, lecz nie umiejących miłować jak oni. Zda się, że ci zimni mędrcy, nic a nic nie pojęli miłości Chrystusowej.
Nasza teologia polega na miłowaniu.
Z taką nauką wszystko da się uczynić, bez niej nie ma nic trwałego.
Prawdziwa miłość nie polega na uczuciu, omdlewaniu, biciu serca. Nie ma nic
piękniejszego, potężniejszego na świecie nad miłość.
Miłować — to żyć bosko, po bohatersku.

O. Mateo, „Jezus Król Miłości”

I.
BÓG JEST MIŁOŚCIĄ

Dzieła ludzkie odzwierciedlają zwykle charakter tych, którzy je tworzy. One są poniekąd wyrazem ich myśli, ich usposobienia, ich istoty. Artysta wciela w dzieło sztuki siebie sam ego. Założyciele zakonów nieraz całej swej rodzinie duchownej nadali piętno swej osoby. Narody odznaczają się przez długie pokolenia charakterystycznymi znamionami swych przodków.
I Bóg, Stwórca wszechrzeczy, nadał całemu wszechświatu swój charakter.
Istota Boga — to miłość. Pism o św. mówi, że Bóg jest miłością. Toteż miłość jest główną cechą twórczości Bożej, a cały wszechświat, szczególnie człowiek, ma być wyrazem jego odwiecznej miłości.

Istnieje też tylko jedno przykazanie, które Bóg dał światu — przykazanie miłości. Wyrył je Bóg głęboko nie tylko w sercach naszych, ale też na wszystkich stworzeniach, nawet w przyrodzie i w rzeczach na pozór martwych.

Wsłuchajmy się nieco w tajemnicę Twórcy-Boga, aby jego myśl lepiej zrozumieć. W rzeczach jest pewien tryb — jakiś pociąg i siła, która nakłania je do działania, albo do udzielania się w pewnym kierunku.

Bóg dał im nie tylko byt, ale dał im coś więcej — jakby dusze, serce. Rzeczy przyciągają się nawzajem, albo odpychają. Podobne szuka połączenia z podobnym, a na odwrót, unika tego, co mu jest obce. Uczeni nazywają to prawem  grawitacji.

Podobny proces odbywa się w nas samych. I my działamy świadomie czy nieświadomie, to obojętnie, spowodowani, poniekąd zmuszeni, jakimś parciem wewnętrznym. Postępujemy według prawa, które każe posiadać to, co nam się podoba, a odrzuca, albo wyklucza, co nam jest przeciwne. Działamy pod wpływem upodobania — innymi słowy — pod wpływem miłości.
W kierunku ujemnym zmienia się miłość na nienawiść. Ale źródło obu dążności jest to samo.

Na prawie tym, na prawie miłości opiera się cały porządek w świecie.
Ziemia z innymi planetami obraca się wokoło słońca. Słońce idzie własnymi drogami przez przestworza wszechświata. Ono samo zaś wszystko przyciąga. Gdzie słońce się zjawia, tam wszystko lgnie do niego: rośliny, zwierzęta, człowiek. Kwiat otwiera mu swoje pączki, motyl migoce w jego promieniach, skowronek wzlatuje do niego, człowiek z słońcem rozpoczyna dzień. Ku słońcu dąży wszelkie poczynanie. Przyroda żyje i cieszy się, gdy ono się zjawia, ludzie zaś zaczynają i kończą z nim swoją pracę.

Wszędzie jest ruch, pociąg, miłość i w rzeczach na pozór martwych. Stal, zmagnetyzowana, przyciąga żelazo, każde większe ciało, mniejsze, a ziemia garnie wszystko do siebie. Liść z drzewa spada na nią, pion dąży do jej środka, kompas bierze swój kierunek od niej. W pracowniach fizykalnych i laboratoriach można to jeszcze lepiej poznać. Co skłania atomy do łączenia się albo odpychania? Skąd to pochodzi, że kryształy rozpadając się, przybierają zawsze te same kształty? Jest coś w rzeczach, co je pcha — poniekąd zniewala — siła wewnętrzną zmusza, do szukania właściwej sobie formy — jak zmusza kwiat do wyłonienia się z pączka, skowronka do wzlotu ku słońcu i do śpiewu w jego jasnych promieniach.

Jak w kryształach, tak dzieje się na sposób podobny we wszystkich rzeczach. Zawsze cząstki tych samych elementów mają inklinację wzajemną, tę samą sympatię albo antypatię, jak wyraża się filozof sycylijski, tę samą miłość albo nienawiść. Jest w nich jakaś wewnętrzna konieczność, która je nakłania, aby się łączyły. W nich samych leży ten pociąg.

Tę właściwość, ukrytą w głębi wszystkich rzeczy stworzonych, poznał i zrozumiał już największy myśliciel starożytności Arystoteles: „Rzeczy tego świata nie są poruszane jak części maszyny, jak instrument w ręku artysty. Stwórca i rządca tego świata nie jest mechanikiem, który porusza swoje dzieło zewnętrznem i środkami. On włożył w rzeczy poniekąd serce, które dla Niego bije i do Niego dąży. Bóg kieruje wszechświatem miłością „kynei — hos —erohm enon“ .

On ustanowił prawa nie martwe i pisane, ale żywe i tchnące miłością. Nie wiele praw, ale jedno — praw o przyciągania, prawo miłości.

Nigdzie zaś tak wyraźnie nie objawia ię miłość jako siła działająca, jak w duszy człowieka. Nie tylko w tym, co w zwykłem pojęciu nazywamy miłością. Całe życie wewnętrzne, duchowne i moralne, opiera się na miłości, w znaczeniu szerszym, na atrakcji, na wzajemnym przyciąganiu się.

Życie uczuciowe, życie serca nie jest do pomyślenia bez zamiłowania do wszystkiego, co jest dobre i piękne. Im więcej kto ma ciepła, im więcej serca, tym większy wpływ wywiera na niego wszystko, co jest doskonałe, tym więcej go przyciąga i działa nawet na jego zmysły. Jeżeli przyroda nas wabi i cieszy, to nie jest to tylko jakieś zajęcie i zainteresowanie się jej pięknością, ale ona też do nas przemawia. Odczuwamy jej dobroć, radujemy się z nią, gdy budzi się do nowego życia, a smutek ogarnia nas, gdy w jesieni zamiera. Jesteśmy smutni, gdy ona płacze, a weseli w słoneczny dzień, gdy wszystko jaśnieje.
Podobny wpływ wywierają na nas dzieła sztuki. Obraz Matejki porusza serca nasze — piękna rzeźba nas zachwyca.

Ale nie tylko serce żyje miłością. Rozum i wola tak samo jej potrzebuje,

Niespokojnym okiem śledzi już małe dziecię, co wkoło niego się dzieje. Z latami ciekawość się zwiększa. Im jest większa, im żywsza, tym więcej będzie w dojrzałym
wieku polotu i zdolności do czynu. To pewne, że w historii ludzkości potrzeba i bieda też coś zdziałały. Wielkich jednak rzeczy nigdy one nie dokonały. Do tego zdolna jest tylko miłość. O na tylko może być twórcą rzeczy prawdziwie wielkich.

A cóż mówić o woli naszej?
Człowiek tylko to może chcieć, co lubi.

Chcieć i miłować, to pod pewnym względem jest to samo. Od miłości zależna jest wartość całego życia człowieka, przede wszystkim zaś życia moralnego. Nie czyny, jako takie, stanowią o ich wartości, tylko intencja, serce — czyli miłość.

Człowiek jest głową całego wszechświata. On ma miłować wszystko, ale w tym porządku, w jakim miłuje przyroda. Atom łączy się z atomem nie dla swej korzyści,
lecz w interesie całości. Ciała drobne podporządkowują się większym, ziemia, planety krążą wokoło słońca. Tak też człowiek w swoim zakresie ma miłować rodzinę i ojczyznę — w rodzinie i w ojczyźnie całą ludzkość, w ludziach zaś i we wszystkich innych rzeczach samego Stwórcę — Boga. O ile on w tej jedności pozostaje, której celem i szczytem jest chwała Boża — o tyle jego życie mieć będzie mniej lub więcej wartości, o tyle stanie się ono szlachetniejsze i doskonalsze. Tylko ten, kto we wszystkim widzi i szuka Boga, jest człowiekiem moralnie dobrym .

Tak więc cały wszechświat i ludzkość żyją miłością. Źródłem zaś tej miłości jest miłość Boża. Dla Boga też wszystko jest stworzone i do Niego wszystko dążyć powinno. Jest to ten wielki, odwieczny zew Boga do nas miłością wyryty w stworzeniach i w sercach naszych, a wyrażony w przykazaniu Bożym, które wszystko zawiera :
Będziesz miłował Boga twego ze wszystkiego serca, ze wszystkiej duszy twojej i wszystkiej myśli twojej.

II.
SAKRAMENT MIŁOŚCI.

Trudno nam miłować, czego zmysłami dostrzec nie możemy. Działamy przez zmysły. One wywierają wpływ na usposobienie nasze, poruszają naszą wolę i serce i pobudzają do miłości. Dlatego chcemy widzieć i posiadać to, co ma być przedmiotem naszej miłości.

Bóg chce, abyśmy Go miłowali. Czy możemy Go widzieć i posiadać?

W raju tak było. Bóg obcował z naszymi rodzicami i rozmawiał z nimi, a oni mogli oglądać oblicze Jego i cieszyć się Jego obecnością. Upadek w raju zmienił ten stosunek. Bóg usunął się. Ale nie na zawsze. Po 4.000 lat pokuty i tęsknoty zbliżył się Bóg znowu ku ludziom. „Słowo, — Syn Boży — stało się ciałem i mieszkało między nami”. I widzimy Boga znowu wśród nas, widzimy Go w Nazarecie, w miasteczkach i wioskach Ziemi św., widzimy Go wśród apostołów, jak Ojca wśród dzieci. „Okazała się dobrotliwość i ludzkość Zbawiciela, naszego Boga… byśmy byli dziedzicami nadziei żywota wiecznego w Jezusie Chrystusie, Panu naszym„, mówi św. Paweł (Tyt. III, 4, 7).

Kto był dobrej woli, nie mógł oprzeć się miłości i dobroci Jezusa. Szły za Nim rzesze. Zdarzało się, że zapominali o swoich obowiązkach i potrzebach doczesnych, jak owa czterotysięczna rzesza, o której opowiada nam Ewangelia. O jaki to był czas błogi, gdy Syn Boży przebywał wśród ludzi!

A co z nami? Czy my jesteśmy bez pociechy, czy my do Boga zbliżyć się nie możemy?

Tak nie jest. Gdy Bóg kocha, to nie ogranicza się w Swej miłości do pewnego czasu, albo do pewnego kraju i narodu, ale obejmuje miłością wszystkie czasy i wszystkie serca. Dlatego odpowiada to majestatowi Bożemu, który nie zna granic, że Syn Boży ustanowił sakrament, w którym chciał przebywać wśród nas aż do końca wieków. Nie mieli posiadać Go tylko ci, co żyli, gdy On przebywał na ziemi. Miały Go posiadać wszystkie czasy i wszystkie narody — wszyscy bez wyjątku, a każdy z nich jeszcze z osobna. Tak samo odpowiada to potrzebie natury naszej, która, jak już powiedziałem, pragnie widzieć, co ma miłować, przeto Pan Jezus przyjął za formę istnienia, pewną postać, która umożliwiła Mu stałe przebywanie wśród nas. Jest to postać chleba, pod którą On się ukrywa w Przenajśw. Sakramencie Ołtarza. Możemy Go tam widzieć, odwiedzać, z Nim mówić. On jest tam obecny, żywy jako Bóg i Człowiek. Tam, pod postacią chleba, bije Jego Serce Najśw. tak wielką miłością ku nam, że nie mogło się już dłużej powstrzymać, tylko objawiło się nam otoczone znakami swej czułej miłości — w płomieniach, z raną otwartą i z krzyżem. Jest to Serce gorejące miłością, stworzone dla miłości i pragnące miłości, które się dla nas całkiem wyczerpało i wyniszczyło.

Posiadamy więc Boga wśród nas. On mieszka pośród nas, jest naszym sąsiadem, naszym współtowarzyszem, naszym przyjacielem.

Ale miłość tym się nie zadowala. Ona pragnie więcej, pragnie się z ukochaną osobą połączyć.

I temu pragnieniu uczynił Bóg zadość.
W Komunii św. łączymy się z Nim jak najściślej. Czujemy wtedy Jego obecność w duszy naszej, Jego krew płynie w żyłach naszych, Jego Serce bije w sercu naszym. Jeżeli Bóg już w St. Testamencie dał przykazanie: „Będziesz miłował Boga twego ze wszystkiego serca twego“ etc., to dopiero w Nowym Testamencie mogło to przykazanie się spełnić w całym tego słowa znaczeniu, a dzieje się to, powinno przynajmniej się dziać, w chwili połączenia się duszy naszej z Chrystusem, gdy Jego Serce łączy się z naszym sercem.

Dlatego w Nowym Testamencie o wiele silniej i poważniej odzywa się głos Boży do nas — głos miłości, domagający się o wiele więcej od nas, niż od naszych ojców w St. Testamencie. Wprawdzie przykazanie pozostało to samo. Nic się nie zmieniło co do jego treści i wyrazów. Ale w wykonaniu, w praktyce powinno ono być głębsze, doskonalsze, świętsze. Jesteśmy bowiem powołani do dziecięctwa Bożego w chrzcie św., do bliskiego obcowania z Chrystusem w Najśw. Sakramencie, w sakramencie miłości i do najściślejszego połączenia się z Nim w Komunii św.

III.
DZIAŁANIE MIŁOŚCI.

Chrystus Pan oddał się nam całkiem w Najśw. Sakramencie Ołtarza. On chce być naszym przyjacielem — oblubieńcem duszy naszej. Ale On też chce, abyśmy Go kochali.

W życiu świętych, w życiu dusz Jezusa szczerze kochających, była ta miłość nieraz taka czuła i serdeczna, że dziwić się musimy, czytając słowa, wynurzenia — rozmowy, jakimi odnosili się do Niego, i tak samo, z jaką dobrocią i poufałością Jezus im się odwzajemniał.

Znani są z takiego obcowania z Jezusem wielcy święci wieków średnich, jak św.
Bernard, Bonawentura, Franciszek z Asyżu, św. Teresa Wielka, Angela de Foligno, Gertruda, Mechtylda, Brygida i inni. (…)

Dla przykładu przytaczam tu wiel. sługę Bożą Benignę Konsolatę Ferrero, zmarłą
dopiero w r. 1916. Na rozkaz Jezusa zapisywała ona wszystkie Jego słowa do niej powiedziane. Ile w nich miłości Bożej, ile czułości, dobroci!

Czytamy tam takie ustępy:

„Potrzeba ci serca, które by cię kochało i które by cię rozumiało, a takim jest tylko Serce Boże. Mów do Mnie, jak do przyjaciela, przed którym się nie ma tajemnic. Ja cię znam, podzielam twoje cierpienia”…

„Patrz, — moje stworzenia odmawiają Mi miłości, o którą żebrzę, a za to wylewają ją na rzeczy przemijające. Jaka to boleść kochać tak bardzo a nie być kochanym”. „Nie możesz sobie wyobrazić, jakiej rozkoszy doznaję, obcując z Moimi stworzeniami! Ciągle szukam serc, które by Mię miłowały, ale tak mało ich znajduję”.

(…)

Ale — powiesz — tak postępuje Jezus tylko wobec dusz wybranych. Z pewnością. Ale On nie odmawia Swej miłości nikomu.
Mam przed sobą książkę pod tytułem: „Będziemy mieć święte dzieci“. Zawiera ona żywoty dzieci, które odznaczały się szczególnie miłością do Jezusa w Najśw. Sakramencie Ołtarza. Ciekawe są ich rozmowy z Jezusem. Przytaczam niektóre:

  • Piotr d’Airelle (1905— 1913).
    W październiku r. 1912 pisał Piotruś swemu księdzu misjonarzowi:
    „Wstępuję chętnie do kościoła, gdy niema tam nikogo. Jestem wówczas z Jezusem sam i mogę z Nim rozmawiać swobodnie.
    Czasem odpowiada mi, a czasem nie. —
    Gdy mi czas iść, mówię: „Jezusku, pozostałbym z Tobą chętnie dłużej, muszę jednak iść odrobić lekcje“ . Gdy wychodzę na przechadzkę, rozglądam się, czy nie zobaczę gdzie kościoła i pozdrawiam Zbawiciela. Wieczorem układam się w łóżku tak, aby być zwróconym w stronę kościoła i mówię: „Dobranoc Ci, mój Jezu! Jakże pięknie będzie kiedyś w niebie“ .
    Raz po Komunii św. był Piotruś przekonany, że usłyszał głos Jezusa:
    „Czy chciałbyś umrzeć, aby nawrócić tatusia?
    „Tak, tak“ .
    „Ale będziesz musiał wiele cierpieć”.
    „Dobrze, jeśli Ty mi pomożesz, cierpieć będę chętnie“ .
  • Anna de Guignó (1911— 1922).
    — Mamo — powiedziała pewnego dnia — pozwól mi, żebym się modliła podczas Mszy św. bez książki.
    — Dlaczego?
    — Bo znam wszystkie modlitwy z mojej książki na pamięć, to mię rozprasza.
    A gdy z Jezusem rozmawiam, nie znam roztargnienia. To tak samo, mamo, jak gdy się z kim rozmawia, wtedy też uważa się na każde słowo.
    — Co tedy mówisz Jezusowi?
    — Że Go kocham. Potem mówię Mu o tobie, i o moim rodzeństwie, aby wszyscy byli dobrzy. Wiele też mówię z Nim o grzesznikach. Wkońcu mówią Mu, że bardzo pragnę Go widzieć.
    Matka się przelękła:
    — Czy nie myślisz o tern, jaki ból byś nam sprawiła, gdybyś od nas odeszła do Jezusa?
    — Tak, mamo, wiem o tym i nie chciałabym ci sprawić smutku. Ale tatuś już jest w niebie i ty tam będziesz i moje braciszki i siostry.
    Innym razem opowiadała:
    — Gdy jestem całkiem skupiona, Jezusek ze mną rozmawia.
    — A co ci mówi?
    — Że mię bardzo kocha. A ja tak jestem szczęśliwa, gdy Jezus mi mówi, że
    mię bardzo kocha — więcej jeszcze, niż ja Go kocham

I jeszcze jedną rozmowę duszy z Jezusem tu dołączam. Całą rzecz opowiada o. Mateo, płomienny apostoł intronizacji Najśw. Serca Jezusa w rodzinach:
„Odsłonię wam jedną z tych rozmów Boskich, a przekonacie się, jaka czułość i zażyłość może łączyć duszę z Bogiem.
Ten mały kwiatuszek Serca Jezusowego przemawia do Jezusa, jakoby siostrzyczka do braciszka; Jezus zaś odpowiada jej w podobny sposób:
— Siostrzyczko moja, powiedz mi, czy kochasz Mnie?
— Mój Jezuniu, to są rzeczy, o które nie należy pytać.
— A to dlaczego, siostrzyczko?

— Bo przecie sam wiesz dobrze, Jezuniu, że kocham Cię, a serce moje jest Twoim całkowicie.
— Prawda — odrzekł Jezus — wiedziałem o tern dobrze, ale bardzo lubię słuchać, jak mi to powtarzają, dlatego też pytałem ciebie. Tyle jest dusz, co Mi odpowiadają przecząco.
Po pewnym czasie dziecko zapomniało o swej naiwnej rozmowie i ze swej strony
zapytało Jezusa:
— Mój Jezu, czy kochasz swoją małą siostrzyczkę?
A Jezus na to:
— Siostrzyczko moja, to są rzeczy, o które nie należy pytać.
— Dlaczego? — odparła dziecina, w obawie, że powiedziała coś niestosownego.
-— Bo przecież dobrze wiesz, iż Serce moje całkiem do ciebie należy.
— Otóż, Jezuniu, wiedziałam o tym dobrze, ale pragnęłam, żebyś to mi sam powiedział.
Chcąc się przekonać, że tu nie chodzi o wytwór imaginacji, lecz rzeczywiście o dzieło Boże, zagadnąłem pewnego razu dziewczątko:
— Jutro, komunikując, zażądasz od Jezusa podarunku.
— Jakiego podarunku, Ojcze?
— Powiesz tak: „Kochany Jezuniu, spowiednik mój rzekł mi, abym prosiła Ciebie o duszę na dowód, że istotnie do mnie przemawiasz”. O ile Jezus zapyta: „Jaką duszę?” — odpowiesz: „Powinieneś ją znać, jest to dusza trudna do nawrócenia”.
I oto podczas następnej spowiedzi dziewczynka powiedziała mi:
— Mój Ojcze, już zrobione.
Ponieważ udałem, że nic sobie nie przypominam, rzekła:
— Ojciec wie dobrze, Ojciec polecił mi prosić dowodu od Jezusa. Otóż On mi powiedział: „Siostrzyczko moja, już zrobione”. — Powiedział mi również: „Żądaj ode Mnie dusz, dam ci je. Mów Ojcu, by prosił o nie, a będzie je miał… Potrzeba tylko, żebyś była maluczka, posłuszna, żebyś wiele kochała i czyniła poświęcenia celem zdobycia tych dusz. Nie czyń nic bez pozwolenia spowiednika. Jeżeli on pozwoli — dobrze; jeżeli nie pozwoli, milsze jest posłuszeństwo“.
— Mój Ojcze, oto zbliża się ta dusza, udziel mi szybko rozgrzeszenia, gdyż Jezus powiedział, że w dniu mojej spowiedzi przyjdzie również ona.
Przez moment próbowałem odwrócić uwagę penitentki, mówiąc jej o czymś innym, lecz ona, skorzystawszy z chwili milczenia, nalegała:
— Mój Ojcze, proszę cię, udziel mi rozgrzeszenia… Czuję, że owa dusza się zbliża…
Gdy maleństwo udało się przed ołtarz, by odmówić pokutę, wyszedłem z konfesjonału i oto ujrzałem wysoko postawioną osobę, człowieka, którego dotąd nie widziano klęczącym. Istotnie był to ten, którego miałem na myśli.
— Mój Ojcze, rzekł do mnie, nie wiem, jak to się stało, ale zostałem pociągnięty wbrew mojej woli, zostałem powalony przez łaskę, czuję się obecnie zupełnie inny… Przyszedłem wyspowiadać się.
Ach, jak wzruszająca była ta spowiedź oblana łzami! — „Nie wiem, jak się to stało, nie wiem dlaczego!“ — powtarzał co chwila.
Mógłbym mu wskazać pobożne dziewczątko, pokornie odmawiające pokutę i powiedzieć: „To ona cię zdobyła; jej modlitwie zawdzięczasz to, czym się teraz stałeś“.

Oto jak dusze proste posiadają nieograniczoną moc nad Sercem Jezusa. Jezus
niczego nie może im odmówić, gdyż one Mu zupełnie zaufały“.

cdn.


PANIE TY WIESZ, ŻE CIĘ MIŁUJĘ. – Ks. Alojzy Majewski P.S.M. Wydawnictwo Księży Pallotynów. Warszawa. 1935.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: