POSTĘP DUSZY: O roli roztropności w życiu duchowym

Na zakończenie mojego dzieła położę jeszcze napis na sterze duchownego okrętu. Opowiada tradycja, że kiedy na zebraniu starych pustelników każdy z nich wymieniał jakąś cnotę, którą uważał za najwyższą oraz podawał tego powody, wielki św. Antoni przyznał pierwszeństwo roztropności, gdyż ona jest kierowniczką wszystkich cnót pozostałych. Za jej wzór stawiają św. Józefa, a pisarze duchowni zgodnie stwierdzają, że trudno jest przebrać miarę w jej wychwalaniu. Krótko można by ją określić jako Miłość Nieustającą.

 

Zbyt często się zdarza, że najlepszym sposobem określenia jakiejś rzeczy bywa opis jej przeciwieństwa; również i w tym wypadku, jeśli nie w zupełności, to po większej części, postaram się odmalować roztropność przykładami nieroztropności.

Najpierw więc będę mówił o nieroztropnym czynieniu za wiele, potem o czynieniu za mało, wreszcie – o sposobie roztropnego wykonywania swoich czynności.

 

O CZYNIENIU ZA WIELE

Jeżeli wspominam o czynieniu za wiele, to nie mam na myśli nadmiaru pracy dla Boga, lecz wytykam obciążanie się ponad miarę łaski, nam udzielonej, oraz ponad nasze siły. Albowiem dla Boga niczego nie jest za dużo, owszem, wszystkiego za mało, ale miara łaski jest ograniczona. Bóg powołuje każdego na pewien stopień doskonałości, a nie wyżej. I chociaż nigdy nie dowiemy się, jak wysoki stopień mamy osiągnąć przed swoją śmiercią, to jednak na każdym kroku łaska jest nam udzielana w określonej mierze, i powinniśmy się wystrzegać, by nie iść dalej, aniżeli nas aktualna łaska prowadzi.

 

Łaska nie usuwa naszej niemocy ani chwiejności. Choć przeto nie należy im ulegać, przecie liczyć się z nimi wypada i wydzielać im miejsce w naszych rachubach wcale nie szczupłe. Na przykład, umartwienie jest polem, gdzie człowiek dobrej woli łatwo się może dać unieść względom czysto przyrodzonym i pójść za daleko; ma to zastosowanie zarówno w umartwieniu wewnętrznym jak i zewnętrznym.

Roztropność uczy nas pamiętać, że umartwienie jest środkiem, nigdy zaś celem. Z drugiej jednak strony przestrzega, że zaniedbywanie umartwień jest prawdziwie trucizną dla życia duchownego. Nikt nie podejmuje czegoś dla Boga by się potem od tego odwracać z powodu trudności wytrwania, bez ciężkiej szkody dla duszy. Taki człowiek obiera szkodliwe dla duszy stanowisko. Przy czym nie chodzi tu o to, by nie podejmować niczego, lecz by podejmować trzeźwo, roztropnie, z zastanowieniem.

Roztropność uchroni umartwienie przed najlżejszą skazą chęci wyróżniania się. Ona sprawi, że miłość ku bliźnim będzie brała górę nad żądzą zaparcia się siebie i umartwienia. Ona udzieli pierwszeństwa przed umartwieniami owym obowiązkom stanu, które nazwałem ósmym sakramentem. Wreszcie skoro się okaże, że jakieś umartwienie wpływa szkodliwie na nasze usposobienie, że czyni nas twardymi i opryskliwymi dla drugich, roztropność nakaże nam po krótkim doświadczeniu rozstać się raczej z owym umartwieniem, aniżeli z panowaniem nad sobą.

 

W naszych modlitwach i ćwiczeniach duchownych roztropność zaprowadzi ład i umiarkowanie, stosownie do naszego stanu. Nie dopuści do jakiejkolwiek łapczywości czy trwożliwości. Potępi wszelki niezrównoważony zamiar, nawet gdy będzie chodziło o cnotę oraz położy kres chciwemu pożądaniu darów duchownych. Wytrąci z rąk naszych książki zbyt dla nas wysokie, budzące w nas skrupuły i niepokój. Szczególną uwagę zwróci na nasze powołanie, gdyż wybór stanu, w którym by się nie miało wytrwać, stanowi niemal zwichnięcie życia. Pouczywszy nas o tym wszystkim, roztropność dorzuci, że wszystko za tym przemawia, iż albo poddamy się kierownictwu w życiu duchownym, albo przyjdzie nam z doskonałością dać sobie spokój, oraz poprzestać na mniej wzniosłych drogach i na skromniejszych zamierzeniach.

 

 

O CZYNIENIU ZA MAŁO

Drugim biegunem nieroztropności jest czynić za mało, – za mało dla Boga, za mało w stosunku do łaski nam udzielonej.

Zdaje się ludziom niekiedy, że w swoim życiu duchownym osiągnęli już wszystko, czego pragnęli, że wznieśli się już na taki poziom, że już wyżej się wspinać nie trzeba. Zapominają, że Bóg jest ich panem, a nie oni i że obowiązkiem ich jest dążyć za natchnieniem łaski, gdziekolwiek ich poprowadzi.

Poza tym, jeśli można mówić o stałych poziomach w życiu duchownym, to stosunkowo rzadko. Po największej bowiem części wszystko w życiu duchownym polega na wznoszeniu się lub na obniżaniu, na zdążaniu naprzód lub na cofaniu się wstecz. Gdzie nie ma starania o pierwsze miejsce, tam zazwyczaj opada się na ostatnie. Całe więc zagadnienie streszcza się w tym, czego chce Bóg, a nie czego my. Jakaż bowiem nieroztropność może być większa, aniżeli chcieć się wyłamać spod woli Boga lub swoją wolę Bogu narzucać?

 

Jednak ludzie światowi nie lubią tego słuchać. Ochotniej słuchaliby głosu rozwagi, powściągającej tych, którzy idą za daleko. Chętnie zostaliby zwolennikami św. Antoniego w wynoszeniu roztropności nade wszystko. Ale gniewa ich ta roztropność, skoro pocznie strofować opieszałych. Doprawdy, nic dziwnego, że sztuka chrześcijańska przedstawia św. Antoniego w towarzystwie – wieprza. Pouczający to obraz choć nie elegancki. Tacy rozumieją nieroztropność, która polega na nierozważnej hojności wobec Boga, ale nie uznają, ani nie chcą zrozumieć nieroztropności, polegającej na sprzecznym z wolą Boga skąpstwie duchowym wobec Boga. W ich słowniku roztropność oznacza wygodę i sprytne omijanie Boga, gdy Jego żądania poczną być niewygodne dla świata. Ludzie tego pokroju bywają nieczuli na Boże natchnienia, przeczuwają w nich wyższe wezwanie, a jednak zamykają przed nimi serca, nie chcą ich znać, gdyż obawiają się, że Bóg czegoś od nich zażąda.

 

Samo wykrycie tego postępowania stwierdza jego wszechstronną nieroztropność. Obraża ono Boga nie tylko swą nieszlachetnością, ale też brakiem uszanowania; naraża nas nawet na niebezpieczeństwo zbawienia, gdyż pobudza Boga do odebrania nam łask, potrzebnych w naszym wypadku do wytrwania, których bynajmniej nie jest obowiązany nam udzielić.

 

Innym wyrazem tej nieroztropności jest oparcie swego postępowania na zasadach, które uważaliśmy za bezpieczne, i upieranie się przy nich, choć obecnie widzimy już, że nie są one najlepsze, oraz czujemy, że Bóg nas zachęca do wznioślejszego sposobu postępowania. W tym bowiem wypadku obrane przez nas zasady, choć istotnie mogły być kiedyś bezpieczne, – obecnie bezpiecznymi już nie są. Stają się nierozważne, samowolne, lekkomyślne, a niekiedy wprost graniczące z oziębłością. Tak, niekiedy w pożyciu towarzyskim okazujemy dziwną ustępliwość, nie dla miłości bliźniego lecz dla własnego spokoju, nie ujmując się za Bogiem, byle nie narazić się światu. Nasze wzniosłe zasady gdzieś się ulatniają, pozostawiając Boga zamiast okupu w ręku nieprzyjaciół. Czasem dołącza się krok następny. Niepostrzeżenie, – tak niepostrzeżenie, że obrazilibyśmy się, gdyby nam ktoś to zarzucił, – dochodzi do tego, że główną naszą regułą staje się własna wygoda i dobre mniemanie u ludzi, zamiast woli Boga i zasad Ewangelii.

 

Na tej pochyłości trudno się zatrzymać, więc staczamy się niżej. Poczyna jątrzyć nas, mieszać i dręczyć widok pobożniejszych. Oznacza to zapadanie się nie już w oziębłość, ale jeszcze głębiej. Na ogół dusze ostygłe są nieroztropne. Nie mogą zrozumieć, że opieszałość w służbie Boga nie jest roztropnością. Opieszałość wobec Boga! Jak gdyby On nam wskazywał złą drogę! Jakże nieprzezorną jest ta przezorność, jak nieroztropną taka roztropność!

 

Wszystko to zdradza brak ostrożności, umiarkowania i rozważnej, przewidującej, przezornej roztropności. A to dla trzech ostatecznie przyczyn: Oto, w ten sposób niczego nie zyskujemy. Niezawodnie tracimy dużo i narażamy się na utratę wszystkiego. Na jakież bowiem niebezpieczeństwo wystawia nas to fałszywe ubezpieczanie się! A jakże zgubne jest to umiarkowanie, które nas zatrzymuje niedaleko od miejsca, gdzie nas właśnie czeka Bóg!

 

ROZTROPNOŚĆ PRAWDZIWA

W końcu, musimy parę słów powiedzieć o miejscu, należnym roztropności wśród naszych zajęć. Ogólnie mówiąc, w roztropności da się wyróżnić posłuszeństwo oraz niedowierzanie swoim poglądom i zaparcie się własnej woli. Pewien wybitny pisarz duchowny, ściągając do jednej dwie cnoty, mówi o roztropności w ten sposób, jak gdyby ona stanowiła jedną z funkcyj posłuszeństwa. Jednak wszedłszy bliżej w szczegóły, roztropność w postępowaniu zawiera pięć przymiotów, które postaram się, dla łatwiejszego zapamiętania, ująć możliwie najzwięźlej.

 

Roztropność poprzedza wszystko modlitwą, działa powoli, rozważa natchnienia i radzi się doświadczonych.

 

Roztropność nie czyni na raz wiele, liczy się z siłami, trwa w przedsięwzięciu, zastanawia się, zanim się czegoś nowego podejmie, nie bawi się w proroctwa.

 

Roztropność wykonywa swą pracę troskliwie, zważa na wszystkie okoliczności działania, nigdy nie psuje tego, co zdziałała.

 

Roztropność szlachetnie przykłada się do pracy, dba o ducha wewnętrznego, o czystość pobudek i o pamięć na obecność Boga.

 

Roztropność zawsze pracuje ostatecznie dla Boga, w tym bowiem widzi główne zadanie człowieka i jedyne wielkie dzieło jego. Doceniając zaś doniosłość tego dzieła, i zdając sobie sprawę z jego trudności, nie tylko żywi nadzieję, ale jest pewna jego wyników.

 

 

Co więc nie jest roztropnością, lecz płochą nieroztropnością?

To lęk przed Bogiem i doskonałością, a natomiast chęć podobania się światu, – to trzymanie się miary przeciętnej, niby złotego środka, podobającego się wszystkim, a obawa powierzenia się Bogu bez zastrzeżeń, – to strach przed entuzjazmem, by się nim nie zarazić, a przyjęcie zasady, by na wszelki wypadek raczej dawać Bogu mniej, niż więcej, jak Mu się należy.

 

Spojrzyjmy teraz na piękne zaprzeczenie tej nieroztropności w życiu świętego Józefa. Jak ciężko był doświadczany i miotany najprzykrzejszymi wątpliwościami, wśród dziwów i zjaw, jak gdyby obliczonych na ukazanie niepodobieństw łaski i zawiłości nieziemskich dróg Bożych; jakże mimo to spokojny, jakże uległy, jak zdany na Boga, jak uduchowiony i oczekujący nadejścia łaski i światła, jak dziecięco posłuszny im, skoro się zjawią! A jakiż koniec tego? – Na kształt św. Jana, lecz przed nim, odpoczął na Sercu Jezusowym w ostatniej życia godzinie, miłością wieńcząc swoją roztropność!

 

 

Miły Czytelniku! Dla pomnożenia twego postępu w świętości niczego już więcej nie powiem. Obecnie, kiedy przeczytałeś tę książkę, niechaj Ci Bóg pozwoli zapomnieć wszystkie moje nauki, a zapamiętać tylko mądrość i postępowanie Świętych! Lecz westchnij w miłości ku niewyczerpanemu Miłosierdziu Najwyższego, abym ja, który innym drogę wskazuję, sam nie został odrzucony.

 

POSTĘP DUSZY: Gorliwość prawdziwa i fałszywa


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935. 

 

Skomentuj