POSTĘP DUSZY: Gorliwość prawdziwa i fałszywa

Gorliwość jest stanem świętych na ziemi, a w pewnym znaczeniu, także błogosławionych mieszkańców nieba; w odpowiednim stopniu winna ona być stanem zwyczajnym wszystkich, którzy kochają się w doskonałości. W niej kryje się zaródź świętości oraz moc, dzięki której ta świętość się rozwija. Ku niej zmierzały wszystkie dotychczasowe rozdziały, dlatego, by uniknąć powtarzania, ograniczę się do uwypuklenia jasnego pojęcia prawdziwej gorliwości. Zdaje mi się, że tego najbardziej potrzeba. Bo jakże niewielu umiałoby dać jasne określenie, gdyby ich o ten przedmiot zapytać.

Gorliwość, pojęta jako stan, wyraża podobieństwo Boże. Jest tak samo spokojna, jak Bóg. Umiarkowana, jak Bóg. Ukryta, jak Bóg, przez samą swą wzniosłość. Jak Bóg, milcząca. Pochwałami się nie karmi, ani ich nie pożąda. Myśli długo, zanim przystąpi do czynu, zdążając w tym za wzorem, który Bóg raczył tylko dla naszego przykładu zostawić. Nie kłopocze się o wyniki, co jest jednym z dziwów Bożych; wreszcie, będąc pełną ognia, właściwego Bogu, trawi po cichu wszelkie przeszkody, wykazując niepożytą swą moc. Jeżeli chcemy sobie wyrobić jasne pojęcie o gorliwości, musimy się zastanowić, nad każdą z wymienionych cech z osobna.

praktycznym życiu duchownym gorliwość działa tak, jak można było się spodziewać z powyższego opisu. Nie zna kaprysów, ni skoków. Nie goni za nowościami. Nigdy nie wrze tak, by wrzątkiem wychlustywać na ogień, to jest, nieroztropnością gasić Ducha Świętego. Nie rwie się do czynów bohaterskich, choć umie świetnie wyzyskać wszystkie nadarzające się sposobności.

Gorliwość jest stałą siłą życiową duszy, po cichu prącą wciąż naprzód z nieugiętą potęgą. Wytrwałość w rzeczach najpospolitszych i ciągłe ich ożywianie niesłabnącą uwagą, to jej rozkosz oraz niechybny dowód jej obecności i siły. Jak pełna uroku osoba, czy się porusza, czy zatrzymuje, czy trwa w spokoju, wszystko czyni z wdziękiem, tak czysta miłość jest wdziękiem gorliwości. Jej punktualność wygląda naturalnie, jakby nie była narzucona z zewnątrz. Niczego nie zaniedba, niczego nie przynagla, z niczym nie zwłóczy. Umie nadrobić czas stracony bez niepotrzebnego pośpiechu, bez skracania, przesuwania czy stłaczania swych obowiązków.

Jej postępowanie jest zwierciadłem, w którego nieskazitelnym krysztale przegląda się zawsze wieczność, niebo i podobieństwo Boże, bez jakiegokolwiek załamania wśród codziennego życia, zachwycająco, jak w czarodziejskiej baśni i porywająco, jak w starych dziejach apostolskich. Jest uśmiechnięta pogodnie i słodko, jak anioł. Umie się gniewać, lecz pięknie, bosko, ujmująco. Jednak nie umie chować urazy, gdyż zalewający ją pokój wewnętrzny czyni to niemożliwym. Daleki od niej ponury smutek, gdyż światłem i ciepłem jest z przyrodzenia. Jest słodyczą dla smaku, jasnością dla oka, jest cudną harmonią dźwięków i rajskich woni. Nie zapowietrzył jej grzech, podobnie jak płomień ognistego pieca nie tknął odzieży trzech młodzieńców. Jest to jedyna rzecz na świecie, która przedstawia należny stosunek między swym postępowaniem a prawami Boga do duszy. Stąd płynie jej piękność surowa, pierwotna. Jest ona szacownym zabytkiem z chrześcijańskich pustelni, średniowiecznych klasztorów i z pałaców, których władcy nosili ostre włosiennice pod gronostajami. Gorliwość ta jest tak piękna i boska, że chciałoby się na kolanach ją wielbić, gdyby nie przestroga Anioła: Patrz, żebyś tego nie czynił, współsługą twoim jestem, i braci twoich mających świadectwo Chrystusowe (Apok. 19, 10).

OWOCE GORLIWOŚCI

Jakież są owoce tej gorliwości? – Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowiecze nie wstąpiło… (I Kor. 2, 9). Wspaniałości nieba, bogactwa nieprzebranych skarbów Prawicy Najwyższego, to złote owoce wiekuistej jesieni. Na ziemi gorliwość tylko zakwita, lecz kwiaty jej rozkoszniejsze, aniżeli owoce innych drzew. Ich woń upaja duszę jak wino, uzdrawia jak lekarstwo, żywi jak pokarm.

Gorliwość przede wszystkim daje nam odwagę i moc pójścia nawet wbrew naturze oraz podjęcia walki, która wedle praw przyrodzonych, winna by się zakończyć naszą klęską. Tak więc upodabnia nas do najdroższego Zbawiciela podczas Męki, który w sposób nadprzyrodzony wzmacniał się do cierpienia i cudownie podtrzymywał swoje życie w tym celu, aby więcej miłować i więcej cierpieć. Wypił do dna wiele kielichów różnej goryczy, chociaż każdy z nich oddzielnie mógł Go naturalnie o śmierć przyprawić.

Gorliwość utwierdza w nas nieufność ku sobie samym, gdyż otwiera nam oczy na to, czym jesteśmy z łaski Bożej, a czym z siebie samych. 

Umartwienie, ów kielich tak gorzki dla dusz oziębłych i ospałych, dla niej jest dobrodziejstwem i potrzebą. Ono jest dla niej klapą bezpieczeństwa, przez którą wypuszcza nadmiar ognia, który by mógł przepalić nasze owoce, mające dopiero dojrzewać. Święty Franciszek Salezy na łożu śmierci zamknął swoją pełną doświadczenia, głębi, piękności i ognia naukę w słowach: „Niczego się nie dopraszaj i od niczego się nie wymawiaj”. – Oto krótkie, może natchnione, określenie gorliwości. To owa „święta równowaga” św. Ignacego, zamieniona w nieustanny i wspaniały stan duszy. Gorliwość nie przebiera, przyjmuje wszystko z rąk Bożych. Jest to najpożądańsza strona jej zalet. Jednak, choć dziwnym się to może wydawać, zna ona tajemnicę skojarzenia z tą niemal bierną spokojnością na pozór sprzecznych przymiotów: bezpośredniości i niepożytej energii. Jest chyża jak błyskawica. Z bezszelestną szybkością jastrzębia spada na niwę obowiązku, by po jego spełnieniu wznieść się z powrotem na wyżyny, tak że oko zdziwione nie może pojąć, jak się to stać mogło. Porusza się tak gładko i prawidłowo, jak ziemia około swej niewidzialnej osi. Tak sprawnie i niezmordowanie przechodzi od pracy do pracy, że chwilki czasu nie straci. Wierzę, iż dusza gorliwa zapatrzyła się w Boga i nawet działaniem swoim naśladuje zawsze, w ramach wzniosłych możliwości swoich, pełne wdzięku tajemnice Jego Boskiej Natury.

Czy jednak są skały, które by groziły gorliwości rozbiciem? – Nie ma; pierwej by musiała przestać być gorliwością, albowiem gorliwość prawdziwa dostrzegłaby skały widoczne i odgadłaby rafy podwodne, gdyż nie rozstaje się nigdy z swą mapą żeglarską.

GORLIWOŚĆ FAŁSZYWA

Lecz oprócz niej zdarza się gorliwość fałszywa, która wciąż się nadziewa na skały i tym się zdradza. Ma ona piękne pozory i udaje dobrego żeglarza, lecz skoro tylko pochwyci wiatr dogodny w swe płótna, wnet sądzi drugich w myśli i w słowach, nicuje ich pobudki, przygania ich umiejętnościom żeglarskim. Nagle daje się słyszeć głuchy łoskot pod wodą: to starcie z rafą podwodną! Wnet spokojna i czysta toń morza, która nie wróżyła żadnego nieszczęścia, pokrywa się szczątkami roztrzaskanego życia duchownego.

Bywa też inna gorliwość, przypominająca modlitwę faryzeusza, która polega raczej na pogardzie drugich, niż na nienawiści siebie i miłości Boga. Ten potwór zadomowił się jakoś w duszach dzisiejszych, choć nic bardziej od niego nie kłóci się z życiem duchownym. –

Trzeci rodzaj gorliwości fałszywej polega na zatruciu słabego umysłu i skłonnej do zarozumiałości woli jedną lub kilku zasadami ascetycznymi. Wynikiem tego jest odrobina niedowarzonego umartwienia przy nadmiernym popędzie do reformowania rzeczy, osób, miejsc, otoczenia domowego oraz instytucyj publicznych.

Czwarty rodzaj takiej pomylonej gorliwości wyraża się w dziwactwach usposobienia naprawdę czynnego, lecz jednostronnego i mało uspołecznionego. 

Piąty wreszcie polega na niestałości charakteru, który wyczerpuje się w niezliczonych pomysłach, w płytkiej ruchliwości i w hałaśliwej błyskotliwości słomianych i kruchych postanowień.

Wszystkie te objawy nazywa się czasem rafami, na których zwykła się rozbijać gorliwość. Lecz chyba zgodniej z prawdą należałoby je nazwać raczej przedrzeźnianiem gorliwości, nie mającym nic wspólnego z jej surowym i nieskazitelnym pięknem.

Niesłusznie bowiem obciąża się gorliwość prawdziwą tymi zwyrodnieniami oraz zgorszeniem, które wywołują. Podszywają się one pod zasady nieswoje. Stroją się w szaty kradzione i używają cudzego nazwiska. W ten sposób zrażają swe otoczenie, podając w pogardę gorliwość prawdziwą przez swą natrętność, zmienność i niestateczność. W swoich poglądach, w praktykach, w modlitwach, w umartwieniach – wszędzie ulegają przesadzie. Pędzi je żądza rozgłosu. Wciąż mają na ustach wzniosłe zasady i dostojne frazesy. Lubią odbiegać od wszystkiego, co je otacza, bo zgoda im się zda nudną i mało zajmującą. Przedstawiają światu obraz Boga, odartego z piękności, a jestże coś okrutniej sprzeczniejszego z tym, co Bóg raczył z siebie objawić?

Fałszywa gorliwość, będąc tylko namiastką prawdziwej, podobnie jak większość innych namiastek, nie oddaje ani jednego rysu ze swego pierwowzoru. Bierze z niej tylko ogień, we wszystkich zaś innych rysach jest żywym jej zaprzeczeniem. Jakże to smutno pomyśleć, że potem gorliwość prawdziwa, która idąc odziana w niebieskie zbroice, poważna, spokojna, majestatyczna, pogodna, by odbudowywać królestwo Boże w sercach ludzkich, musi ponosić odpowiedzialność za śmieszne i niepoczytalne wybryki dusz tylko na pół nawróconych, na pół oczyszczonych i nawet nie na pół pokornych!

Zapowiedziałem, że ograniczę się tylko do uwypuklenia jasnego pojęcia prawdziwej gorliwości. Jeżeli przeto odmalowałem jej zwyrodnienia, to tylko dla podkreślenia jej cech istotnych. Pozostaje mi jeszcze zrobić trzy uwagi, które nie są pozbawione doniosłości.

Przede wszystkim jest dość rozpowszechnionym mniemanie, jakoby gorliwość była przejściowym okresem w naszym rozwoju, częścią naszego nowicjatu, pomocą do wyjścia z pewnych trudności, która ulatnia się, spełniwszy swoje zadanie. Każdy ją – rzekomo – w swym czasie przechodził lub przejść powinien, podobnie jak dziecko – odrę czy szkarlatynę; ona zaś nawiedza jednego po drugim, z mniejszym lub większym skutkiem pełniąc swe dzieło. Tak, o ile się nie mylę, wyobraża sobie gorliwość niejeden. Przeto musimy ustalić jako pierwszą i zasadniczą cechę gorliwości, że nie jest ona okresem przejściowym, któryby mijał, spełniwszy swoje zadanie, ale jest stanem trwałym – owszem, trwałość stanowi jej czynnik istotny, gdyż spośród wszystkich stanów naszej ułomnej i zmiennej natury, ona właśnie najmniej podlega zmianom.

Gorliwość, po wtóre, jest owocem wyrobienia; dlatego nie należy jej mieszać z żarliwością neofity. Ta ostatnia ze swojej istoty bywa przejściowa. Spełniwszy swe zadanie, odchodzi. Nie trzeba jednak lekceważyć owej żarliwości, którą niekiedy się nazywa pierwszą gorliwością. Zapał ten pochodził od Boga i ściągnął na nas tysiączne błogosławieństwa. Może był on młodzieńczy, niedowarzony, o braku poczucia rzeczywistości i dużej szczypcie pewności siebie. Lecz przy tym wszystkim był to wicher Boży, którego lekceważyć nie pozwala nam ani uszanowanie ani wdzięczność. Czego się Bóg dotknął, to święte. Nie wolno nam mówić lub myśleć lekceważąco o tym, co Bóg uczynił przewodem swej łaski, chociażby to było najbardziej omroczone naszą niedojrzałością. Iluż to spośród nas ma powód z żalem oglądać się na te surowe, nieokrzesane początki i tęsknić za ową czystością intencji i za tą prostotą szczerej woli służenia Bogu, która dziś może już nam daleka, a miejsca po niej nie zajęło usposobienie doskonalsze!

Ta pierwsza żarliwość już po raz drugi nie wraca. Jeżeli raz ją zmarnowaliśmy, już tego nie naprawimy. Następstwa tego zaniedbania pójdą za nami przez całe życie, aż do ostatniej godziny. Żarliwość pierwotna jest tym aniołem, który raz tylko w życiu ku nam zstępuje, aby się oddalić bezpowrotnie, chociażby nam nie udzielił swego błogosławieństwa, bośmy nie mieli tyle pokory, by go o nie poprosić.

Lecz zwykła gorliwość jest czymś różnym od żarliwości pierwotnej. Jest ona jakby tą głęboką radością, której udziela duszy chrześcijańskiej dojrzałość cierpienia, w porównaniu z beztroskim weselem słonecznej duszy dziecięcej. Ma ona za sobą doświadczenie życia. Zna jego tajemnice. Szaty swe obmyła w Krwi Barankowej.

Wreszcie, na skutek pewnej przewrotności umysłu, człowiek rad sobie wyobraża gorliwość jako coś stygnącego. Znacznie prawdziwszym byłoby wyobrażanie jej sobie jako ognia wzrastającego bez przerwy. Istotnie, bowiem znamieniem gorliwości jest ciągły wzrost, który aż do ostatniej chwili wzmaga się całkiem widocznie choć spokojnie, podobnie jak kamień, lecący do swego ośrodka z tym większą chyżością, im bliżej niego się znajduje. Święci rozpoznają niekiedy nadchodzącą ostatnią swoją godzinę po tej gorliwości, która wyczerpywała ich i zalewała miłością Bożą. Obyśmy odczuli to samo i my, gdy ciało nasze osłabnie, a dolegliwości się wzmogą i cierpienia rozliczne na nas się zwalą; obyśmy z tego świata odchodzili nie zimni ani letni ani słabiuchno tylko połączeni z Bogiem niteczką łaski, przyjętych w ostatniej chwili sakramentów, ale promienni zdrowiem duchownym i miłością oraz wybieleni w tym słodkim czyśćcu ziemskim, który nam zastąpi ów przewlekły i ciężki i straszny czyściec za grobem.


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935. 

Skomentuj