POSTĘP DUSZY: Właściwy użytek darów duchowych (1)

(…) Piszę – że jeszcze raz to podkreślę – dla osób, żyjących w świecie, lecz mimo to kochających się w doskonałości i w bezinteresownej miłości Boga. O tym należy wciąż pamiętać, jeżeli to, co mówię, nie ma być przedmiotem niechybnego nieporozumienia i błędnych zastosowań. Kto poważy się twierdzić, że jakakolwiek doskonałość jest niedostępna dla ludzi świeckich, ten poczyta dzieło to za jedną wielką pomyłkę od początku do końca. Nie będę się z nim spierał, ani też na tym miejscu dowodził prawdziwości mego stanowiska, które ma za sobą całą duchowną spuściznę ascetycznych pisarzy oraz niewątpliwe przykłady wielu procesów kanonizacyjnych.(…)

Ograniczę się przeto do drugiego rodzaju darów duchownych i kiedykolwiek będę mówił o darach duchownych, zawsze będę miał na myśli duchowne słodycze lub pociechy duchowne albo jedno i drugie zarazem, te bowiem dary – jakkolwiek nadzwyczajne i niezasłużone – bywają udziałem nie tylko dusz doskonałych, ale każdego serca, które tylko szczerze dąży do doskonałości. Są one jakby nagrodą za oddanie się Bogu bez zastrzeżeń i stanowią naturalne niejako następstwo wielkoduszności, jakkolwiek dla różnych przyczyn ulegają nierzadko zatamowaniu lub zawieszeniu.

 

Duchowna słodycz i pociecha duchowna stanowią w istocie dwie odrębne rzeczy, a jeśli się często ich nie rozróżnia, to tylko dlatego że chociaż mają różne objawy, stosują się jednak do tych samych praw. Alvarez de Paz przestrzega nas jednak, by nie mieszać ich z sobą.

 

DUCHOWA SŁODYCZ

Duchowna słodycz jest łaską Bożą, która wywołuje pogodę i spokój w duszy nawet wśród największego zgiełku namiętności i pokus. Gdy jeżą się przed nami trudności, przed którymi się wzdryga nasza słabość, słodycz wygładza wszystko, równając pagórki i doliny, tak że dusza podąża naprzód lekko, jak po kolejowym torze. Gdy staje przed nami obowiązek, do którego czujemy nieprzezwyciężoną odrazę, słodycz zwycięża to, co nieprzezwyciężone, i odraza pierzcha. Gdy dusza okazuje się twarda, słodycz zmiękcza ją, gdy krnąbrna, łagodzi jej upór. Trwa ona dłużej, aniżeli pociecha. Obecność jej przeciąga się poza okres modlitwy, nawet gdy podczas niej do nas przychodzi. Czyni nas ona uprzejmymi dla drugich, podczas gdy pociecha zostawia nas nieraz skłonnymi do opryskliwości.

 

POCIECHA DUCHOWA

Natomiast pociecha duchowna jest jak gdyby miodem dla podniebienia ducha. Wnosi raczej przyjemność i rozkosz, aniżeli pogodę i spokój. Pociągając duszę ku sobie, napełnia ją uczuciem najwyszukańszej rozkoszy duchowej. Trwa krócej aniżeli słodycz, lecz działa skuteczniej. W przeciągu krótszego czasu dokonywa więcej.
Porą właściwą pociechy jest chwila modlitwy, lecz zazwyczaj nie jawi się ona wcześniej, zanim się nie odwrócimy od świata, podobnie jak manna dopiero wtedy się pojawiła na puszczy, gdy się skończyły zapasy egipskie. Słodycz więc zbliżałaby się jeszcze najbardziej do uczuciowego nabożeństwa, jakkolwiek jest czymś różnym od niego, gdyż bardziej się zbliża do owych wyższych darów duchownych, w które – jak rzekłem – głębiej nie wchodzę.

 

Zarówno słodycz jak i pociecha duchowna są darami Bożymi, lecz słodycz działa w sposób bardziej ludzki i nie tak władczy, jak pociecha. Rozróżniwszy w ten sposób obie te rzeczy, będę o nich mówił pod wspólnym mianem darów duchownych, gdyż – jak powiedziałem – stanowiąc dwa różne przeżycia, tymi samymi prawami się rządzą, co dla mego obecnego celu jest rzeczą rozstrzygającą (1).

 

Dalsze swoje uwagi ujmę w następujące zagadnienia: po pierwsze – zadanie tych darów duchownych; po drugie – ich owoce; po trzecie – ich potrzeba, wynikająca z ich skutków; po czwarte – ich oznaki; po piąte – ich opóźnienie, odmowa lub zawieszenie; po szóste – sposób ich uzyskania; po siódme – właściwy ich użytek; po ósme – pozorna co do nich rozbieżność między starszą a nowszą literaturą. Podział ten, przeprowadzony dla większej jasności, zmusi mnie czasem do przygodnego powtarzania poruszonych już myśli.

 

ZADANIE DARÓW DUCHOWYCH

Najpierw więc zacznijmy od zadania tych darów duchownych. Św. Bonawentura streszcza je w pięciu punktach. Dary te napełniają naszą pamięć świętymi myślami; dają nam głębokie zrozumienie Boga; skutecznie przejmują nas zgodnością z Jego świętą wolą; wlewają uszanowanie i skromność w ułożeniu ciała i w zewnętrznym postępowaniu; wreszcie uczą nas lubowania się w rzeczach trudnych, a jeśli trzeba, w samym nawet cierpieniu dla Boga. Z innego stanowiska można by ująć tę rzecz inaczej.

Jeśli zestawimy naturę pobożności z naszą własną naturą, zobaczymy, że trzy są główne przeszkody pobożności: niemoc ciała, która sprowadziła sen na powieki uczniów, śpiących w Getsemani; zmysłowość, której zakon czuł św. Paweł w swych członkach, walczący przeciw zakonowi Chrystusa; konieczne troski tego życia, jakich doświadczał w swej dbałości o wszystkie Kościoły. Otóż słodycze i pociechy, i jedne i drugie, usuwają te trzy przeszkody. Bóg zaś zsyła nam je bądź to bez naszego współdziałania, bądź też niekiedy dopiero w nagrodę za poprzednie wysiłki lub za obecną gorliwość.

 

OWOCE DARÓW DUCHOWYCH

Jeśli po wtóre chodzi o owoce darów duchownych, to ujawniają się one w duszy natychmiast. Zajęta, niespokojna i zgiełkliwa pamięć, podobna zawsze do zbuntowanego i wrzącego miasta, staje się spokojna i układna, pamiętająca zawsze o swych obowiązkach i świętach Kościoła z posłuszną radością. Każdy wątek myśli, dotyczących spraw niebieskich, wykazuje taką obfitość i płodność, o jakiej przedtem mowy nie było. Rozmyślania płyną łatwo i bez wysiłku. Cnoty już nie wcielają się w czyn wśród cierpień i pracy, ale z łatwością i z przyjemnością, a ich wyniki olśniewają swym bogactwem, pięknem i heroizmem. Istnieją wprawdzie dziedziny pełne pokus, wciąż niezadowolone i wiecznie spiskujące. Od niedawna jednak ujęliśmy je i wciąż coraz to mocniej ujmujemy je w żelazne karby. Taką czujemy łatwość w przezwyciężaniu trudności, że niemal się zmienia charakter naszego życia duchownego; stąd zaś wykwita dziwna zgoda ducha z ciałem, która stanowi przewrót nie mniejszy, aniżeli nagła zgoda i spokój w zwaśnionym domu.

 

Siedem tych błogosławieństw jest dziełem Prawicy Najwyższego. Bóg często raczy je zsyłać nawet na dusze początkujące, i to nie zamiast dziecinnych łakoci – jak się niektórzy pisarze dziwnie wyrażają, – lecz jako rzetelny pokarm ku pokrzepieniu ich sił na drogę pełną nadprzyrodzonych trudności właściwych ich stanowi.
Także postępujący winni pożądać ich gorąco, gdyż one są pożywieniem modlitwy. Nawet mąż doskonały bez nich obejść się nie może, ponieważ i on musi ciągle w cnotach postępować i czynić sobie ich wykonywanie coraz sprawniejszym. Czymże bowiem jest samo łoże śmierci, jeśli nie wykonywaniem cnót, tak pełnym znaczenia i treści, jak dziesięć lat w jedną godzinę zebranych? Owszem, nawet chwila opuszczenia bez pociechy się nie obywa; uchodzi bowiem za pewnik w teologii mistycznej, że Bóg równocześnie, w tej samej chwili, i opuszcza i pociesza zarazem, przez jedną i tę samą czynność.

 

Słusznie przeto może powiedzieć Alwarez de Paz (2): „Błądzą ci, którzy nie cenią sobie wielce tej duchownej słodyczy, którzy nie łakną jej na modlitwie i nie zasmucają się jej utraceniem. Widać, że nie nauczyli się jeszcze z własnego doświadczenia ocenić jej różnorakich pożytków. Gdyby bowiem raz jej zaznali i doświadczyli, jak pod jej tchnieniem nie postępują, lecz biegną i lecą w doskonałości, umieliby zaiste wysoko szacować to, co niesie ze sobą tak wielki postęp w czystości sumienia i w cnocie. Skoro ona weźmie w posiadanie serce choćby człowieka początkującego na drodze świętości i jeszcze niedoskonałego, wydaje dzieła ze wszech miar doskonałe (omnibus numeris absolutas); skoro zaś usunie się od duszy daleko posuniętej w cnocie i już doskonałej, nie potrafi ona przez cały ten czas wykonać nawet zwyczajnych swych zajęć bez rozlicznych niedoskonałości. Nie jest więc znamieniem człowieka zniewieściałego i rozpieszczonej duszy czy przeczulonego serca oglądać się za słodyczą; chodzi tu bowiem o postawę mądrego i stanowczego męża, który zna swoją wrodzoną słabość i pragnie w ten sposób uzdolnić się do zdążania ku Bogu szybciej i sprawniej oraz do dokonania większych i heroiczniejszych czynów. Ktokolwiek innego jest zdania, ten ani siebie nie zna, ani nie pożąda gorąco doskonałości, ani nie pojmuje prawdziwych i rzetelnych bogactw, które się kryją w słodyczy” (3).

 

NIEBEZPIECZEŃSTWO ZŁUDZENIA

Jedną z przyczyn, które skłaniają niektórych pisarzy do niechętnego wyrażania się o pociechach, jest kryjące się w nich niebezpieczeństwo złudzenia. (…)
Weźmy jeden z najgorszych wypadków, gdzie istotnie pociechy okazały się złudzeniami i uczmy się z przykładu i nauki Świętych ich niebiańskiej przezorności i rozumnego umiarkowania. Jako przykład możemy wziąć św. Katarzynę Bolońską, która przez pięć lat doświadczała pociech, które w znacznej mierze były złudzeniami, oraz ciągle miewała objawienia, jak sądziła, Chrystusa Pana, gdy w rzeczywistości były to mamidła szatańskie. A jednak dzięki jej pokorze i posłuszeństwu wszystko to obróciło się na jej dobro i wzrost w świętości. Wszak sama świadczy, że z tych swoich złudzeń „wielkie odniosła korzyści”.

 

Lecz świadectwa Świętych o sobie mniejsze może na nas czynią wrażenie, aniżeli ich nauki, zwrócone do dusz bardziej nam podobnych. Posłuchajmy więc wielkiej wyroczni Karmelu, św. Teresy od Jezusa. Wykładając słowa modlitwy Pańskiej, nie wódź nas na pokuszenie, powiada, że ci, co zdążają do doskonałości, nie modlą się o wyzwolenie od tych pokus, które polegają na walkach i cierpieniu. Przeciwnie, pragną ich i proszą o nie i z nich się cieszą, podobnie jak żołnierz z wojny, gdyż wiedzą, jak wielkie korzyści stąd na nich spływają.

Nie ulękną się nieprzyjaciela jawnego... Ale za to boją się, i słusznie, innego nieprzyjaciela, i ustawicznie Pana proszą, aby ich od niego wybawił: boją się czarta i zdrajcy piekielnego, przemieniającego się w anioła światłości, który cichaczem, w przebraniu podchodzi duszę, i nie da się jej poznać, aż gdy jej zada rany śmiertelne, i wszystką krew z niej wysączy, i życie jej odbierze, a dusza tymczasem zewsząd już obsaczona pokusą, jeszcze jej nie widzi”.

Winniśmy prosić Pana, by nas od tego nieprzyjaciela uwolnił.

Uwypukliwszy w ten sposób wszystko zło, które może dla nas wyniknąć ze złudzeń szatańskich, Święta zaznacza dalej:

„Zważcie, że w różny sposób może nas ten nieprzyjaciel przyprawić o szkodę: nie jedyna to zdrada jego, że nieraz wywołuje w nas pociechy i słodkości duchowne, i wmawia w nas, że są to łaski od Bogato jeszcze szkoda najmniejsza. Niekiedy nawet ta sztuka diabelska może się obrócić przeciw samemuż jej wynalazcy: zdarza się nieraz, że mamidła jego nie tylko nie zdołają wstrzymać duszy na drodze Bożej, ale ją przeciwnie pobudzą do tym raźniejszego postępu, do dłuższej i gorętszej modlitwy; nie domyślając się ani przypuszczając, by pociechy, których doznaje, były sprawą złego ducha, przypisuje je ta dusza niezasłużonemu nad nią zmiłowaniu Pańskiemu, i uznając siebie takich łask niegodną, tym żarliwsze czyni za nie dzięki Bogu, tym mocniej czuje się obowiązaną do służenia Mu wiernie, tym usilniej stara się uczynić siebie godną dalszych łask i darów Jego. I wy także, siostry, starajcie się trwać niezachwianie w pokorze, znajcie siebie niegodnymi podobnych łask: nie ubiegajcie się o nie„.

„Tą drogą, pewna jestem tego, diabłu z rąk się wymyka niejedna dusza, na której zgubę on sidła swoje zastawiał, a Pan przeciwnie, dla pokory jej, i z samegoż złego, którym kusiciel zgubić ją zamierzał, większy jej pożytek wyprowadza. On w Boskiej wszechwiedzy swojej na serca nasze i na intencję naszą patrzy; jeśli po to idziemy na modlitwę i na niej trwamy, aby uczynić siebie przyjemnymi w oczach Jego, i służyć Jemu, i z Nim i przy Nim zostawać, On wierny jest i nie dopuści tego, by miał nas oszukać nieprzyjaciel. Potrzeba, co prawda, czuwać i mieć się na baczności i pilnować się, aby pokora nie doznała najmniejszego uszczerbku, aby nie wcisnęła się jaką szczeliną do duszy próżna chwała i upodobanie w sobie; potrzeba błagać Pana, aby nas od tego złego obronił. Ale też i wiernie przestrzegając tych warunków, i tak czyniąc co jest w naszej możności, nie bójcie się córki, by opuściła nas Boska obrona Jego, by długo na to pozwolił, aby nas nieprzyjaciel zwodził pociechami, które nie od niego pochodzą” (4).

 

Przemawiając w tym samym duchu, św. Teresa dowodzi, że byłoby błędną pokorą z obawy próżności odrzucać nadprzyrodzone pociechy i dary, jakich Bóg wiernym sobie duszom użycza na modlitwie. Dopóki bowiem widzimy, że są to dary, na które bynajmniej nie zasłużyliśmy, dopóty przyczyniają się one tylko do wzrostu miłości względem ich Dawcy.

„Zważywszy właściwości naszej natury, niepodobieństwem mi się wydaje – powiada św. Teresa – by ktoś mógł się porwać na wielkie przedsięwzięcia, zanim się przekona, że Bóg sprzyja jego zamiarom. Tak bowiem jesteśmy nędzni i przywiązani do rzeczy ziemskich, iż nie zdobylibyśmy się nigdy na prawdziwe i całkowite wyrzeczenie się ich, gdybyśmy nie mieli poręki z góry; za pośrednictwem swych darów duchownych Pan przywraca nam tę moc, którąśmy utracili przez nasze grzechy. Zbyt trudno byłoby nam pożądać wzgardy i odrzucenia od wszystkich lub kochać się w ogóle w innych wielkich cnotach, zdobiących ludzi doskonałych, gdybyśmy nie posiadali zadatku Bożej miłości i żywej wiary. Z natury bowiem jesteśmy skłonni iść za tym, co przed sobą widzimy; dlatego też łaski Boże budzą i krzepią naszą wiarę. Zresztą, być może, iż ja, nędzne stworzenie, innych sądzę według siebie; możliwe, że nie brak dusz, którym wystarczają same prawdy wiary do dokonania dzieł wielkiej doskonałości, podczas gdy moja słabość potrzebuje innych ponadto pomocy” (5).

 

Oczywiście, nie trzeba znowu popadać w drugą ostateczność i grzeszyć przeciw umiarkowaniu, jakie zalecają Święci względem słodyczy i pociech duchownych. Św. Jan od Krzyża jako drogę najlepszą, a nawet jedyną, która wiedzie na najwyższe szczyty Karmelu, podaje prostą i wąską ścieżynę wiary bez osłody uczuciowej pociechy.

Z drugiej zaś strony wskazuje ścieżkę wprawdzie krętą, lecz wijącą się w górę, na której wypisał słowa: Wiedza – Rada – Słodycz – Bezpieczeństwo – Chwała; i daje im miano Drogi ducha niedoskonałego, opatrując je dwoma hasłami: „Ponieważ troszczyłem się o nie (pociechy) dostało mi się ich mniej, aniżeli gdybym wstępował drogą prostą” oraz „Postępowałem wolniej i nie wzniosłem się tak wysoko, gdyż nie obrałem drogi prostej”.

Z tej nauki jakiż inny można wyciągnąć wniosek, aniżeli ten, że wprawdzie najwyższa doskonałość zależy na wyrzeczeniu się tych darów, lecz obok niej istnieje inna, która się na nich wspiera i że ostatecznie również i przez nią można wstąpić na prawdziwe szczyty Karmelu? A przecie dla wielu z nas wystarczy, jeśli w ogóle doskonałości dostąpimy, chociażby i mniej doskonałą drogą. Zresztą następujący ustęp ze św. Teresy najlepiej oświetli obie strony zagadnienia, tak że zbytecznym się okaże wszelkie tłumaczenie.

 

„Jest rzeczą bardzo godną uwagi – mówię to z własnego doświadczenia – że dusza, która stanowczo obiera tę drogę modlitwy myślnej, a zdoła dojść do tego, by nie wynosić się ani upadać na duchu, ilekroć spodoba się Panu ją nimi obsypać lub ich pozbawić, tym samym już odbyła znaczną część swej pielgrzymki. Nie ma też obawy, by się taka złamała, choć nawet niekiedy się potknie, gdyż budowanie swe rozpoczęła na silnych podwalinach. Albowiem miłość Boga polega nie na łzach, nie na pociechach i słodyczach, których zazwyczaj dla własnej przyjemności pragniemy, ale na służeniu Bogu w sprawiedliwości, w mocy ducha i w pokorze. Postępować inaczej znaczyłoby, moim zdaniem, tylko brać, a nic nie dawać. Dla biednych niewiast, jak ja, wątłych i słabych, zdaje się być odpowiedniejszym prowadzenie drogą pociech, co też rzeczywiście czyni Bóg ze mną, bym mogła podołać tym troskom, którymi mnie raczył obarczyć. Jeżeli jednak chodzi o ludzi wielkiej powagi, nauki i roztropności, to trudno mi przezwyciężyć niesmak, gdy słyszę, jak bardzo się trapią, skoro Pan im odmówi pociechy w swej służbie. Nie mówię, by mieli nią gardzić, jeśli ich Bóg nią obdarzy, ani też jej wysoko nie cenić, skoro Majestat Boży uzna ją za stosowną; lecz także w braku jej nie powinni się martwić; winni zrozumieć, że widocznie nie jest im koniecznie potrzebna, skoro im Bóg jej odmawia, oraz panować nad sobą. Niech będą przekonani, że błędem byłoby odmienne postępowanie; przekonałam się o tym z własnego i cudzego doświadczenia. Niech tedy zrozumieją, że dopóki się nie zdobędą na tę swobodę ducha, dopóty trwać będą w niedoskonałości, niezdolni do wykonania swoich przedsięwzięć„.

 

„Jakkolwiek nie zwracam tych słów wyłącznie do początkujących, przecie obstaję mocno przy swoim zdaniu, ponieważ jest rzeczą dla nich niezmiernie ważną, by wstępowali na drogę świętości z tą wewnętrzną swobodą i z tym postanowieniem; szczególniej jednak przemawiam do tych – a liczba ich jest niemała – którzy rozpoczęli, a skończyć nie mogą. Powodem zaś tego jest, jak sądzę, w wielkiej mierze to, że nie objęli krzyża od początku. Dręczą się wciąż, bo im się zdaje, że nic nie robią; nie mogą znieść, że myśl ich przestaje pracować, gdy tymczasem może właśnie w tych chwilach próby wola ich się rozwija i potężnieje, choć sami tego nie zauważają” (6).

 

 

Ośmielony nauką Alvareza de Paz, odważyłbym się powiedzieć, że dary duchowne są – po trzecie – do pewnego stopnia konieczne i że ta ich potrzeba wynika z samych ich skutków. I tak, cóż poczęlibyśmy bez tej gorliwości, jaką w nas szczególniejszym sposobem rozniecają? Czyż częste i tkliwe uczucia nie oddają nam usług także poza modlitwą? Czyż nie mierzymy obecnie naszego postępu w doskonałości stopniem łatwości w pełnieniu cnót? Jakże zdołalibyśmy wytrwać przy swoich umartwieniach, gdybyśmy nie mieli w końcu dojść do miłości umartwień? A jak często odczuwamy konieczną potrzebę ujrzenia prawd wiary w świetle nie samych tylko rozumowych pobudek wierzenia. Nawet przy całej swej wzniosłości same tajemnice wiary św. muszą niekiedy oddziałać na nasz smak i powonienie swą wewnętrzną treścią.

 

Przywiązanie do świata jest w nas tak zakorzenione, że strzela ciągle nowymi pędami, nawet w duszach pobożnych, na kształt ukrytego w słomie zarzewia. I nie ugasi go nic prócz owej niebiańskiej słodyczy. Człowiek pijany porywa się na rzeczy, na które trzeźwy nigdy się nie zdobędzie, gdyż zanim skoczy, pierwej wypatruje wszystkich możliwych przeszkód.

Podobnie i w życiu duchownym niejeden wypada uczynić skok w mrokach wiary, na który nigdy się nie zdobędziemy, nie upojeni miłością Bożą i winem pociech duchownych. Roztropność jest w życiu duchownym rzeczą niezbędną, ale jej subtelne wyczucia najlepiej występują na tle pogody płynącej z duchowej słodyczy. Najwytworniejszy kwiat stanowi owa pogoda, która pochodzi z pociechy. Dla tej to przyczyny św. Ignacy przestrzega, by nie czynić postanowień w chwilach oschłości i utrapienia. A teraz spojrzyjmy raz jeszcze na dziewięć wyliczonych potrzeb. Czyż nie są one właściwe każdej pobożnej duszy? A cóż tym potrzebom zadośćuczyni, jeśli nie dziewięciorakie owoce darów duchownych?

 

Pozwolę sobie jeszcze rozpatrzeć to zagadnienie ze stanowiska Ludwika de Ponte. Powiada on, że aby oddać się Bogu i pokochać doskonałość, trzeba spełnić dwie konieczności. Zauważmy, że de Ponte mówi tu o koniecznościach. Pierwszą z nich jest wytrwałość w modlitwie, drugą – wytrwałość w umartwieniu; jednak – dodaje – próżno jest marzyć o wytrwaniu w jednym z tych dwojga bez darów duchownych. Wedle jego nauki, sam Bóg daje nam to do poznania szczególnie w chwilach swego nawiedzenia, jak czas modlitwy, czas umartwienia, czas smutku, oschłości i roztargnienia.

 

Posłuchajmy jednak dwóch wielkich Ojców Kościoła. Św. Grzegorz mówi: Pójdę do góry mirry i do pagórka kadzidła (Pieśni 4, 6). Cóż to jest góra mirry, jeśli nie wzniosłe i rzetelne umartwienie? A czymże jest pagórek kadzidła w tym wypadku, jeśli nie wielka pokora i modlitwa? Po to też spieszy oblubienica do tej góry i tego pagórka, aby nawiedzić życzliwie tych, którzy przez umartwienie swych wad i roztargnień pną się pod górę oraz wchłaniają słodką woń pokornej i czystej modlitwy. A jakiż jest owoc tych nawiedzin, jeśli nie ten, że sprawiedliwy, zasadzony na kształt drzewa mirry i kadzidła na tym pagórku czy górze, roztacza swą woń drogocenną tym obficiej i tym wspanialej, im więcej zapału wkłada w swoją modlitwę i swe umartwienie? Takie to uczucia ożywiały duszę, kiedy wołała: Przyjdź, wietrze z południa, przewiej ogród mój, a niech płyną wonności jego (Pieśni 4, 16), to jest wonna rosa łez, które z oczu naszych płyną. Tym sposobem dusza dawała do poznania, że nawiedziny Ducha Świętego, zobrazowane przez wilgotny i ciepły wiew wiatru południowego, były konieczne (necessaria) do zmiękczenia serca, by hojnie trysnęło uczuciami tkliwej miłości, do zapełnienia oczu słodkimi łzami, a rąk dziełami gorliwości. Albowiem nawiedzenie to jest niczym innym, jak mirrą najczystszą, sączącą się z rąk oblubienicy (7).

 

Św. Bernard, ten święty, w którego ustach wieki zamierzchłe dziś nagle się ożywiają, opisuje nam smutne położenie, w jakim znajduje się serce, pozbawione darów duchownych:

„Stąd to pochodzi jałowość mej duszy i ten brak nabożeństwa, jaki odczuwam. Dzieje się tak, bo serce moje wyschło, a dusza ma stała się jako ziemia bez wody. Oczy moje suche. Już nie odczuwam rozkoszy w śpiewaniu psalmów, nie znajduję też przyjemności w czytaniu ksiąg pobożnych. Modlitwa mnie nie orzeźwia. Zamknęły się przede mną podwoje rozmyślania. W pracy jestem leniwy, w czuwaniu ospały, opryskliwy i skłonny do niechęci, nieopanowany w mowie i ulegający łakomstwu. Biadaż mi, albowiem Pan nawiedza wzgórza sąsiednie, lecz do mnie nie przyjdzie. Czyż nie jestem owym pagórkiem, nad którym przechodzi Oblubieniec, nie dotykając go stopą? Wszak widzę, że ten obdarzony szczególnym darem wstrzemięźliwości, tamten słynie z cierpliwości. Jeden miewa ekstazy podczas kontemplacji, drugi przebija niebiosa skutecznością swych modłów. Inni odznaczają się różnymi cnotami, jako wzgórza nawiedzane przez Pana, na których się zabawia Oblubieniec dusz świętych. A ja, biedny, który nie odczuwam żadnej z tych rzeczy, czymże jestem, jeśli nie jedną z gór Gelboe, od której Pan, nawiedzając łaskawie inne, odwraca się ze wstrętem? Przeto, drżyj duszo, ilekroć ujrzysz łaskę nawiedzenia Pańskiego zabraną od ciebie. Albowiem z jej odjęciem upadniesz ty sama i wszystko, coś dobrego uczyniła, z tobą”.

 

Z nauki Świętych, mym zdaniem, wynika, że owe dary duchowne – mówię o pociechach i słodyczach – stanowią nie tylko ozdobę i koronę, ale jedną z koniecznych sił żywotnych naszego życia duchownego.

 

cdn.


O. Fryderyk William Faber, Postęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935

 

Przypisy:

(1) To samo rozróżnienie czyni starannie O. Graciano de la Madre de Dios w drugiej części swego Dilucidario del verdadero Espiritu, tom II, rozdz. 74. Temu, co określamy jako słodycz, daje on nazwę ternuras, czułość, którą odróżnia od alegria espiritualjubiloregozijo (radość), consolacionesembriaguez (upojenie), hartura (nasycenie). Przedmiotem tym zajmuje się również portugalski Karmelita, Padre Fray Joseph del Espiritu Santo w swojej Cadena mystica Carmelitana, col. I, propuesta I, respuesta V. Język hiszpańskich pisarzy mistycznych jest przeważnie bardziej od innych dokładny i wyrazisty. Już bowiem włoskie liquefazione (topnienie) mniej dokładnie i pełno oddaje odnośne działanie łaski, aniżeli hiszpańskie derretimiento (nagłe stajanie). Saliendo assi de si el alma, y como abriendo los poros para atraer assi el bien amado, esta dilatacion, se llama derretimiento. – „Owo rozszerzenie (serca), gdzie dusza wychodzi tak ze siebie, otwierając niejako wszystkie swe pory, by przyciągnąć w ten sposób swego Umiłowanego, nazywa się roztajaniem”. Przytaczając ustęp z Dilucidario O. Graciana, muszę wspomnieć również o rzucającym światło na poprzednią naszą charakterystykę ducha ludzkiego komentarzu jego do tych słów księgi Joba (rozdz. 32), gdzie Eliu mówi o owym wewnętrznym wzburzeniu jako o moszczu bez oddechu, który nowe łagwice rozsadza. O. Graciano zwraca uwagę, że wprawdzie ilekroć osoby pobożne, zwłaszcza początkujące, zaniedbują dla ćwiczeń pobożnych swoje nauki lub obowiązki stanu, zwykło się mówić, że pozostają pod wpływem złudzeń szatańskich; w rzeczywistości jednak, zdaniem jego, chodzi tam po prostu o niemoc ludzkiego ducha, często bezwinną, wskutek braku przywyknięcia do tego „boskiego upojenia”; ci zaś, którzy w swej popędliwości ich potępiają, narażają się na to, że mogą kogoś zrazić do życia duchownego. Miejsce to należy do najpiękniejszych nauk duchownych, z jakimi się spotkałem.

 

(2) De inquisitione pacis, II, 3, 2.

(3) Przedmiot ten jest tak doniosły, zwłaszcza o ile chodzi o związek między duchowną słodyczą a rzetelnością cnoty, iż nie mogę się wstrzymać od przytoczenia pewnego ustępu z Ludwika de Ponte. Znajduje się on w życiorysie Maryny d’Escobar, który nie omawiając ex professo naszego przedmiotu, przecie doskonale odzwierciedla stanowisko jego autora wobec poruszonego przez nas zagadnienia. Mówi on, że dary duchowne, krzyże i cnoty stanowią ową potrójną strunę życia duchownego, o której utrzymuje Eklezjastyk, że się nie zerwie tak łatwo. Taką też daje tego przyczynę: Porque à los favores y regalos sin las cruces, facilmente suele vencer la soperbia, presuncion, y vanagloria; las cruces, y tormentos, sin alivios de regalos, facilmente despeñan en impaciencia, tedio, y pusillanimidad de espiritu. Las virtudes sin la mexcla de essotras dos cosas nunca son solidas, ni fuertes, ni bien probadas, y assi facilmente las vence la pereza, y tibieza del corazon; pero quando todas tres se juntan, hacen una santidad aventajada, y como inexpugnable. „Ponieważ łaski i dary bez krzyżów łatwo zwykły się wyradzać w pychę, zarozumiałość i próżność, krzyże zaś i cierpienia bez pomocy darów łatwo powodują zniecierpliwienie, odrazę i małoduszności. Cnoty bez przymieszki dwóch poprzednich czynników nigdy nie są rzetelne ani silne, ani należycie wypróbowane, stąd też łatwo ulegają lenistwu i oziębłości serca; dopiero gdy wszystkie te trzy rzeczy się złączą, powstaje świętość dojrzała i jakby niezwyciężona”. Vida meravillosa, t. I, introduct. sect. IV.

 

(4) Camino de perfection, cap. XXXVIII. Przytaczamy według polskiego przekładu ks. biskupa H. Kossowskiego w opracowaniu O. Jacka Woronieckiego O. P.: Droga doskonałości, Poznań 1924. Str. 227-229. – Ustęp uwydatniony czcionkami pochyłymi, w oryginale hiszpańskim brzmi następująco: Este me parece el menos daño en parte que ellos pueden hacer antes podrá ser que con esto hagan caminar mas apriesa, porque cebados de aquel gusto, están mas horas en la oracion: y como ellos están ignorantes que es el demonio, y como se ven indignos de aquellos regalos, no acabarán de dar gracias á Dios: quedran mas obligados á servirle: esforzarse han à disponerse, para que les haga mas mercedes el Señor, pensando son de su mano.

(5) Vida, cap. X.

(6) Vida, cap. XI.

(7) St. Greg. in loc.

 

Ostatnie

Skomentuj