Prawdziwe pojęcie pobożności Cz.2

Wiemy już, na czym polega pobożność, lecz po czymże ją poznamy? Skoro wszystkie powyższe jej cechy są zwodnicze, jakież są jej oznaki niezawodne i niezmienne objawy?

Pobożność poznaje się po praktycznej i silnej woli, która nie polegając na sobie, zadaje sobie rzetelny wysiłek, nie oszczędzając się nigdy. Poznaje się ją po ochocie i sprawności działania, która nie cofa się przed żadnym trudem i nie zna żadnych granic, która bez zastrzeżeń oddaje się Bogu i nie czeka upewnienia się o tym, co ją spotka w przyszłości.

Cechuje ją wytrwałość, gdyż Boskie pociechy są przemijające i ludzkie złudzenia szybko się rozwiewają, a trwa tylko istotna pobożność. Pobożność pokazuje się w cierpieniu i przezwyciężaniu siebie, albowiem podczas gdy wszystko inne co najwyżej dodaje odwagi do wielkich czynów, pobożność jest tym motorem, który ich dokonywa.

Widać to w uświęceniu codziennych naszych zajęć, gdzie potrzeba łaski tego rodzaju, by żadne złudzenie do niej przystępu nie miało. Pobożność objawia się w wyzuciu się z siebie i wyrzeczeniu się własnych korzyści, podczas gdy wszystkie jej fałszywe namiastki, które się kryją pod mniej lub więcej zwodniczymi pozorami, wszędzie szukają siebie.

 

Jednak mówiąc o znamionach pobożności, należy pamiętać, że pobożność istotna jest rzeczą czysto wewnętrzną, co wiele za sobą pociąga następstw. Przy tym stanowi ona pewien nawyk, a nawyki rozpoznaje się dopiero w działaniu. Zazwyczaj też owo działanie, które ujawnia istotną pobożność, łączy się z uczuciem pobożności, z którego powstaje pobożność uczuciowa.

 

 

Można by się jeszcze zapytać: czym więc są nabożeństwa szczególne i jak się łączą z tym, cośmy powiedzieli o pobożności w ogóle?

Tu muszę się nieco powtórzyć dla większej jasności. Pobożność jest oddaniem się Bogu i gotowością woli na wszystko, co należy do czci i służby Bożej, wreszcie sprawnością duchowną. Stanowi ona to, co czyni wszystkie nasze akty cnotliwe miłymi Bogu i zasługującymi, gdyż jest niejako ramieniem łaski, na nie spływającej. Zewnętrznie pochodzi od Boga, wewnętrznie zaś wywodzi się z rozmyślania; jej zaś owocem jest wesele, delikatność i czułość serca oraz pełen światła spokój. Dlatego też czułe nabożeństwo jest znamieniem ducha ewangelicznego, a pobożność istotna opiera się na prawdach wiary. Natomiast wszelkie herezje tracą ową czułość, jak uczy ich historia oraz porównanie mistyki niekatolickiej z mistyką Kościoła. Czuła pobożność musi być prawowierna.

 

Pobożność jest postępowaniem, płynącym z wiary w rzeczy duchowne i w świat niewidzialny, a chrześcijaństwo stanowi cześć nie rzeczy lecz Osób Boskich, objawiających się nam w pewnych tajemnicach, które w większości wypadków są tajemnicami boleści i cierpienia, jak Dziecięctwo i Męka Pana naszego, święta Eucharystia, boleści Matki Najświętszej czy dzieje Męczenników, które z natury swojej szczególnie nas pociągają i rozrzewniają. Taki jest charakter, który Chrystus nadał naszej religii; z Jego też woli każdy szczegół tajemnicy Wcielenia oraz życia Kościoła pogłębia ten niezrównany i Boski rys chrześcijaństwa. Dlatego każda taka tajemnica, okoliczność czy wydarzenie, może się stać do pewnego stopnia przedmiotem nabożeństwa.

 

Każdy człowiek, który pozostaje w przyjaźni z Bogiem, posiada stan łaski poświęcającej (habitualnej), na którym się opiera jego przyjazny stosunek do Stwórcy. Oprócz tej łaski poświęcającej zsyła Bóg nieustannie pomoce łaski posiłkowej (aktualnej), które oświecają nasz rozum, jak sądzę, w każdej okoliczności życia, nie tylko przy sposobnościach rzadkich i niezwykłych. Poza tymi dwoma rodzajami łaski każda ochrzczona osoba otrzymuje siedem nadprzyrodzonych darów, które Duch Święty wlewa duszy. Dary te św. Tomasz określa jako pewne usposobienia, dzięki którym człowiek jest zdolny iść ochotnie za głosem Ducha Świętego, a św. Bonawentura, – jako nastawienie, które usposabia człowieka do kierowania się natchnieniami Ducha Świętego. Dary te istnieją w duszy na kształt klawiszów instrumentu, na którym nikt nie gra; są one bierne, jakby bezwładne i podobnie jak łaska poświęcająca, składają się na pewien stan. Dźwięk wydobywa z nich, stosownie do potrzeb duszy, dopiero to, co nazwaliśmy pomocami Ducha Świętego i co odpowiada przedmiotowo łasce posiłkowej, a pozostaje w tym samym stosunku do darów Ducha Świętego co i do łaski poświęcającej.

 

Cztery spomiędzy tych darów odnoszą się do rozumu, są to: Mądrość, Roztropność, Umiejętność i Rada; trzy zaś – do woli, mianowicie: Męstwo, Pobożność i Bojaźń.

Czuła pobożność jest owocem daru Pobożności; można go określić jako promień Boży, który oświeca umysł i zapala serce do czci Boga, jako naszego najlepszego Ojca, oraz do wspomagania bliźniego, jako Jego obrazu. Ale czułość z natury swej specjalizuje, czyli wyodrębnia przedmiot i powiększa go, a w tym samym czasie wyklucza inne przedmioty spod swej miłosnej uwagi. Z tej wyłączności rodzi się odrobina przesady w nabożeństwach szczególnych, która wymaga pilnej troski o umiarkowanie i uzgodnienie z prawdami wiary.

Nabożeństwo szczególne z natury rzeczy musi być jednostronne, dlatego też ulega niebezpieczeństwu przesady.

(…)

FAŁSZYWE NABOŻEŃSTWA

Książki duchowne przestrzegają nas często przed fałszywymi nabożeństwami. Cóż to takiego?

Trzy są rodzaje fałszywych nabożeństw: jedne są nimi stąd, że są za wysokie dla osób, które się do nich garną, inne dlatego że są zbyt odosobnione i niezwykłe, inne wreszcie ponieważ są zbyt subtelne.

 

ZA WYSOKIE

Te nabożeństwa, które są za wysokie dla osób, garnących się do nich, bywają takimi bądź wskutek nieodpowiedniego usposobienia dusz, bądź wskutek nieroztropności kierownika, bądź też wreszcie wskutek silnych złudzeń szatańskich.

Częstokroć skłaniają one człowieka do wmawiania w siebie nadprzyrodzonych stanów modlitwy, do zaniedbywania rozmyślania i do biernego rzucania się w objęcia Boga, kiedy się nie jest do tego powołanym. Zwykle też wywodzą się z niemądrego, zarozumiałego i nieroztropnego naśladownictwa Świętych.
Osoby ulegające mu stronią od rzeczy pospolitych, urabiają jakiś swój słownik wyrażeń z zakresu życia wewnętrznego i naśladują napuszony język św. Dionizego oraz innych mistyków. Natomiast nie lubią zwykle pism św. Teresy od Jezusa. Kierownicy niekiedy wciągają penitentów w te fałszywe nabożeństwa, ilekroć zbyt pośpiesznie wyrokują o nadprzyrodzonych objawach w ich życiu wewnętrznym, a nie zwracają dostatecznej uwagi na ich postęp w cnocie rzetelnej, zbytnio polegając na wartości opisów, złożonych przez same te osoby, podczas gdy jest to moneta, która w obiegu przedstawia ledwie dwudziestą część swej wartości nominalnej.

 

NIEZWYKŁE

Inne nabożeństwa są fałszywe dlatego, że są osobliwe, niezwykłe albo dziwaczne. Niektóre bowiem dusze z lekceważeniem patrzą na szereg zwyczajnych nabożeństw, które są w użyciu u ogółu wiernych, a pociągnięte jakimś niezdrowym instynktem rzucają się na jakiś niezwykły przykład lub słowo Świętego, będące owocem szczególnego natchnienia Ducha Świętego lub po prostu błędem i na tym opierają z pośpiechem swoje osobliwe i niezwykłe nabożeństwo. Znane są okazy takich dusz, których cała modlitwa wyrażała się w błaganiu Boga, by się od nich oddalił w swej chwale, a to w oparciu o słowa św. Piotra: Wynijdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny, podczas gdy w rzeczywistości należałoby im raczej wzorem Zacheusza wdrapać się na drzewo figowe, by dojrzeć Jezusa z daleka.

Tu również należą nabożeństwa, oparte na apokryfach i niezatwierdzonych przez Kościół objawieniach; każde z nich odbiega istotnie od zwyczajnej i macierzyńskiej drogi Kościoła świętego.

 

PRZESADNIE SUBTELNE

Do nabożeństw, niestosownych ze względu na przesadną subtelność, należą te, które się opierają na jakimś wątpliwym mniemaniu teologicznym lub na oderwanych pojęciach szkolnych. Takimi były nabożeństwa do pewnych Przymiotów Bożych, pojmowanych w sposób uwłaczający Człowieczeństwu Chrystusa Pana. Były one pospolite wśród kwietystów, a niekiedy można je znaleźć u francuskich spirytualistów szkoły Bernières’a de Louvigny. Źródłem ich bywa zazwyczaj bujna fantazja, rzeczywiście też zachwycają nas one na pierwszy rzut oka, lecz potem w zastosowaniu okazują się pozbawione wszelkiego namaszczenia. Nabożeństwo nie może być sztuczne ani naciągane, musi być szczere, proste, naturalne i samorzutne; lecz jakże spełni te warunki, skoro jego przedmiot będzie ciemny, oderwany, zawiły i trudny?

 

Nie trzeba dodawać, że każde nabożeństwo, które grzeszy w jednym z wymienionych kierunków, jest bardzo szkodliwe dla duszy.

 

W nabożeństwie jednak winniśmy nie tylko dawać, ale i otrzymywać; i to otrzymywać więcej, niż dawać. Istotnie bowiem, od początku do końca, zdaje się ono być raczej otrzymywaniem aniżeli dawaniem.

 

 

Praktyka nabożeństwa rozwija się głównie w dziedzinie modlitwy oraz natchnień od Boga na modlitwie otrzymywanych. Toteż nie powinniśmy wciąż mówić sami, ale też i słuchać.

Od czasu do czasu winniśmy uciszyć i uspokoić swe serce zupełnie, aby nie uroniło niczego z tych szmerów niebiańskich, które cichym szeptem odzywają się w duszy. Nie mówię tu o nadzwyczajnych rozmowach mistycznych, lecz o rzeczach dostępnych każdej skupionej duszy na modlitwie.

 

Skoro tylko natchnienie muśnie naszą duszę – powiada św. Grzegorz – od razu podnosi ją ponad nią samą, ucisza myśli o sprawach doczesnych, a budzi pragnienie wiecznych, tak że rozkoszą się jej staje myśl o rzeczach niebiańskich, a rzeczy ziemskie – udręką i nudą; w ten sposób wzbija się dusza na takie wyżyny doskonałości, że upodabnia się do Ducha Świętego według słów Pisma św.: Co się narodziło z Ducha – duchem jest.
Tego rodzaju natchnienia należą do owych poruszeń Ducha Świętego, o których była mowa wyżej; słusznie też mogą być uważane za niezbędne do życia tym, którzy się kochają w doskonałości. Są one im potrzebne przez cały dzień, gdyż jak przez łaskę poświęcającą i posiłkową trwamy w synostwie Bożym i w posłuszeństwie dla Boskich przykazań i przepisów Kościoła, tak przez stałe dary Ducha Świętego oraz Jego ciągłe poruszenia i natchnienia, dodawane do łaski, prowadzimy życie ludzi doskonałych lub dusz, które dążą do doskonałości. Natchnienia te nie są dziełem wypadku ani rzadkością ani tym, co technicznie nazywamy darami duchownymi.

 

Wystrzegać się musimy, by tych rzeczy nie mieszać. Chodzi tu o chleb nasz codzienny, gdyż natchnienia te są tym dla doskonałości, czym łaska dla cnoty. Wlewają się one w duszę naszą niezależnie od tego, czy słyszymy i czujemy to, czy nie, niemal na kształt nieprzerwanego strumienia. Zanim oddaliśmy się Bogu bez zastrzeżeń, miewaliśmy je często, może częściej, niż niedbali grzesznicy, którym ich także nie braknie dzięki łasce Chrztu św.; teraz jednak płyną one nieprzerwanym strumieniem. Pewien wielki teolog mistyczny nazywa dary Ducha Świętego siedmioma żaglami duszy, które chwytają wszelkie powiewy natchnień i tak umożliwiają żeglugę po morzu doskonałości .

 

Pierwsza więc uwaga, z którą należy się liczyć, mówiąc o tych natchnieniach, jest ta, że – jak mówi św. Tomasz – wszyscy sprawiedliwi mają prawo o nie prosić i ich oczekiwać, ponieważ przy Chrzcie św. otrzymali dary Ducha Świętego po to, by mogli słuchać tych natchnień oraz skwapliwie podążać za nimi, że więc szczególnie winni o nie prosić ci, którzy wchodzą na drogę doskonałości życia bądź czynnego, bądź kontemplacyjnego. Stąd płynie dla nas obowiązek wytrwałej o nie modlitwy, czujnego nasłuchiwania oraz skwapliwego ich wykonywania, skoro się o nich roztropnie upewnimy.

Druga ważna uwaga, jaką należy uczynić, jest, że sami nie możemy wyznaczyć tym natchnieniom czasu, miejsca, sposobu i okoliczności. Zależą one bowiem jedynie od woli przebłogosławionego Dawcy, samego Ducha Świętego. Wiedziałeś-li – rzekł Pan do Joba – którą drogą rozchodzi się światło i dzieli się gorącość na ziemi? – Duch tchnie, kędy chce i sam wybiera sposobną chwilę. Ze swojej zaś strony winniśmy czuwać, by nasze nasłuchiwanie podczas modlitwy nie zamieniło, albo nie wyrodziło się w lenistwo i w odpoczywanie, do którego jeszcze nie jesteśmy powołani. Bądźmy cierpliwi i czekajmy, a cierpliwość skróci chwile oczekiwania.

Trzecia uwaga, którą należy uwzględnić, odnosi się do miejsc, na których Duch Święty zwykł na nas zstępować, gdzie więc jest rzeczą najmądrzejszą Go oczekiwać. Św. Grzegorz w swoich Moraliach ujął teologię natchnień tak wyczerpująco, pełnie i systematycznie, że późniejsi pisarze niewiele już mogli dorzucić do tego. Nazywa on środki, którymi Duch Święty raczy się posługiwać w swoim oddziaływaniu na nas, żyłami natchnień Bożych, analogicznie do żył wodnych, które rozprowadzają wodę pod powierzchnią ziemi lub żył cielesnych, które rozprowadzają krew po organizmie. Wśród nich wylicza modlitwę, słowo Boże, kazania, czytania duchowne i wszelkie praktyki życia kontemplacyjnego. Najbogatszymi jednak żyłami ze wszystkich są: Ofiara Mszy św. i Sakrament Ołtarza. W ten więc sposób poznaliśmy czas i miejsca, które zwykły obierać natchnienia Ducha Świętego.

 

ŹRÓDŁA NATCHNIEŃ

Jakkolwiek oczywiście początkiem wszystkich tych natchnień jest ostatecznie Bóg, wszelako można wskazać bliższe cztery główne ich źródła. Pierwszym takim źródłem jest sam Bóg, działający bezpośrednio na duszę w natchnieniach, o których mówiłem już wyżej. Drugim – nasz Anioł Stróż, trzecim – sumienie, czwartym – miłość.

O natchnieniach, które pochodzą bezpośrednio od Boga, była już mowa. O Aniele Stróżu wyraża się Pismo św., że jest krynicą świętych natchnień; istotnie trudno by sobie wyobrazić towarzysza tak nierozłącznego oraz tak kochającego i pomocnego przewodnika, któryby nie dzielił się często z nami swoją myślą, skoro tak często, nawet wbrew naszej woli, myśli szatana stają się w pokusach naszym udziałem. Przeto powiada Bóg do Mojżesza: Oto ja poślę Anioła mego, któryby szedł przed tobą i strzegł na drodze i wprowadził cię na miejsce, którem nagotował. Szanuj go i słuchaj głosu jego ani go lekce poważaj: boć nie odpuści, kiedy zgrzeszysz i jest imię moje w nim (Exod. 23, 20-21). A Zachariasz mówi: I wrócił się Anioł, który mówił we mnie i obudził mię, jako męża, którego budzą ze snu jego… I odpowiedziałem i rzekłem do Anioła, który mówił we mnie, mówiąc: Cóż to jest, panie mój? I odpowiedział Anioł, który mówił we mnie i rzekł do mnie: Izali nie wiesz, co to jest? I odrzekłem: Nie, panie mój. I odpowiedział, a rzekł do mnie, mówiąc… Zaraz potem zmienia się widzenie i Prorok mówi: Stało się słowo Pańskie do mnie (Zach. 4, 1-8). Podobnie też, gdy Eliasz uchodził przed Jezabelą, Anioł Pański zbudził go, kiedy spał pod jałowcem, mówił doń, nakarmił go i skierował ku górze Horeb, a tam już nie Anioł, ale sam Bóg przemówił do niego. Tak więc przykłady Eliasza i Zachariasza nie tylko potwierdzają posłannictwo Aniołów, lecz rzucają światło także na ich stosunek do bezpośrednich natchnień Bożych. (…)

 

 

 

Trzecim źródłem natchnień jest nasze własne sumienie. Jego zadaniem jest wskazywać, za czym pójść mamy, ostrzegać przed tym, czego należy unikać oraz nakłaniać wolę i oświecać rozum. Pomimo naszego upadku cnota – zdaniem św. Tomasza – jest nam niejako naturalna i do pewnego stopnia odpowiada przyrodzonym skłonnościom naszego ducha. Otóż w natchnieniach sumienia dochodzą do głosu te właśnie skłonności, czynnie się wyróżniając i wyodrębniając od zakonu grzechu, od ościenia ciała i od policzkowania szatańskiego, które je przytłumiały. Ich zadaniem, mówi Orygenes, jest trzymać w czujności dom cały, nigdy nie zasypiać, zawsze nawoływać i jak sumienny wychowawca, zawsze przebywać w wyższej części duszy oraz stamtąd wydawać rozkazy. Natchnienia te nie tylko poprzedzają czyn, lecz odzywają się karcąco i po nim, ilekroć tego zajdzie potrzeba. Sumienie istotnie stanowi ową dobrą stronę ducha ludzkiego i z prawa Bożego domaga się posłuszeństwa.

 

Czwartym źródłem natchnień jest bodziec miłościMiłość Chrystusa przyciska nas – mówi Apostoł. Albowiem jest to właściwością miłości zaostrzać naszą wrażliwość na wszystkie jej wymagania. W łączności z tym uwrażliwieniem winna postępować uległość. Dla miłości samo skinienie staje się rozkazem, a uśmiech pełną nagrodą. Z istoty swojej jest ona domyślna, pełna czułych wybiegów, odgadująca życzenia, przewidująca na przyszłość i wrażliwa na każde obecne zdarzenie. Choć śpi, serce jej czuwa. Dzięki swej wrażliwości, delikatności i zaraźliwej bliskości z Bogiem staje się ona niezależnym źródłem natchnień, które wprawdzie będąc ludzkim, często grzeszy nieroztropnością i przesadą, jednak przy odpowiedniej ostrożności i poradzie, staje się wielką pomocą do doskonałości.

 

Wszystkie te cztery rodzaje natchnień, stosownie do swoich stopni, domagają się od nas posłuszeństwa. Tworzą one, jak się powiedziało, praktyczną regułę naszego życia, zajmując stanowisko kierownicze, odpowiednio do porządku i harmonii, jakie panują we wszystkich dziełach Bożych, szczególnie zaś w życiu wewnętrznym.

 

 

O ile przy pobożności jest rzeczą ważną rozróżnienie między natchnieniami a szczególnymi łaskami duchownymi, z których pierwsze są dostępne wszystkim, drugie zaś tylko niektórym, o tyle doniosłym jest rozróżnienie między czułą pobożnością a pociechami duchownymi, które są użyczane drogą nadzwyczajną, podczas gdy tamta winna być właściwa wszystkim. Te rozróżnienia często ulegają przeoczeniu, co sprawia, że nie tylko sami posiadamy niejasne pojęcia lecz nie rozumiemy i nie stosujemy właściwie nauk, wyjętych z książek duchownych. Czułość jest przymiotem, towarzyszącym pobożności chrześcijańskiej. Nie mówię, byśmy nie dbali o pociechy duchowne – tą kwestią zajmiemy się w następnym rozdziale – lecz że w każdym razie winniśmy wszelkimi sposobami zabiegać o ożywienie daru pobożności, o natchnienia, temu darowi odpowiadające, gdyż czułość jest niemal cechą istotną w pobożności katolickiej. Przeto winniśmy się modlić o tę czułość tak, jak się modlimy o łaskę. Musimy o nią błagać tak, jak błagamy o ducha modlitwy. Albowiem jest ona dla nas nie jakimś niezwykłym znamieniem Świętych, lecz czymś, bez czego nie możemy ani należycie się modlić, ani spowiadać, ani komunikować, jak powinniśmy.

 

DAR ŁEZ

Nic nie wyraża dosadniej mojej myśli, ani też wyraziściej nie przedstawia zapatrywań Kościoła na tę sprawę, jak przypomnienie tego, co w teologii nosi nazwę daru łez. Jestem przekonany, że wiele osób mniema, że jakkolwiek dar ten jest rzeczą wielką i dobrą, to jednak nie wypada się modlić o niego. Tymczasem w zbiorze kolekt mszalnych do najpiękniejszych należą właśnie modlitwy o dar łez, ten dobrany symbol czułości. Brzmią one następująco: Wszechmogący i najłaskawszy Boże, któryś spragnionemu ludowi wywiódł zdrój żywej wody ze skały, wywiedź z twardości serc naszych łzy skruchy, abyśmy grzechy nasze opłakiwać mogli i za Twym zmiłowaniem zasłużyli na ich odpuszczenie. – Na tę ofiarę, prosimy Cię, Panie Boże, którą Twemu Majestatowi za grzechy nasze ofiarujemy, łaskawie wejrzyj i spraw, niech trysną z ócz naszych potoki łez którymi byśmy mogli ugasić płomienie ognia, przez nas zasłużonego. – Łaskę Ducha Świętego łaskawie wlej w serca nasze, Panie Boże, aby za jej przyczyną wzdychania łez obmyły zmazy naszych grzechów i z hojności Twojej wyjednały nam pożądany owoc przebaczenia. Jest naszym obowiązkiem – powiada św. Grzegorz w trzeciej księdze swych Dialogów – z najgłębszym wzdychaniem błagać naszego Stwórcę o dar łez, a katechizm soboru trydenckiego, mówiąc o skrusze, uczy, że powinniśmy pragnąć łez i o nie się starać z największą troską. Wobec takich świadectw chyba odpada wszelka wątpliwość co do zapatrywania Kościoła na rolę uczucia w pobożności.

 

Toteż stosownie do życzeń Kościoła, teologia ascetyczna omawia systematycznie dar łez. Według niej mogą one być czworakiego rodzaju: przyrodzone, szatańskie, ludzkie i Boskie.

 

przyrodzenia wywodzą się te łzy, które są następstwem konstytucji ciała, temperamentu, wieku, płci i przyczyn tym podobnych. Bóg – twierdzi pewien pisarz – spuszcza deszcz łez zarówno na sprawiedliwych jak i niesprawiedliwych, by mogli ich użyć lub nie użyć dla dobra swych dusz. Łzy te same ze siebie nie są złe ani dobre i dlatego nie powinni się smucić ci, którym ich nie dano, gdyż ten cielesny wyraz, przy całej swej słodyczy i pociesze, jest tylko zewnętrznym objawem czułości wewnętrznej.

 

Szatańskie łzy są skutkiem działania szatana na nasze umysły i na nasze fizyczne usposobienie. Takimi były łzy Izmaela, syna Nataniasza, o którym wspomina Jeremiasz; o nich też mówi Eklezjastyk: Płacze oczyma swymi nieprzyjaciel; ale jeśli trafi na czas, nie nasyci się krwią… Oczyma swymi płacze nieprzyjaciel, a rzekomo ratując, będzie podkopywał stopy twoje (Ekli. 12, 16-18). Takie też są łzy hipokrytów, którzy starają się chodzić smutni wobec innych, a teologowie mistyczni zauważają, że heretycy miewali często szatański dar łez, aby swym rozrzewnieniem mogli pokryć brak czułego nabożeństwa i nie poznali, że zeszli z prawdziwej drogi pobożności wewnętrznej, oraz mogli zwodzić innych, zwłaszcza kobiety, że skoro sami są świętymi, taką też być musi i ich nauka.

 

Ludzkimi są łzy, pochodzące z ducha ludzkiego, bądź to wskutek utraty dóbr doczesnych, bądź wskutek ziemskiego przywiązania, bądź wreszcie pod wpływem wzruszającego opowiadania albo zdarzenia. Takie były łzy Ezawa, kiedy – jak mówi Apostoł – nie znalazł miejsca pokuty, choć jej ze łzami szukał, gdyż opłakiwał utratę doczesnego błogosławieństwa, nie zaś obietnic duchownych. Św. Hieronim uczy, że te łzy rozumiał prorok Micheasz przez płacz smoków i żałobę strusiów. Jest rzeczą oczywistą, że łzy te nie są święte same z siebie i przeważnie też uświęcone być nie mogą ze względu na ich zdrożne pobudki. Czyż jednak łzy matki, opłakującej jedynaka, który wyrusza na wojnę krymską, lub długa i cicha żałoba wdowy po żołnierzu, nie wzbogacają ich dusz w owoce wiekuistego żywota? Niezawodnie, gdyż u tych poczciwych dusz stanowią one pewnego rodzaju modlitwę.

 

Łzy, które pochodzą od Ducha Świętego i które właściwie rozumie się przez dar łez, przypominają łzy Tobiasza, o którym mówił Rafael: Gdyś się modliwał z płaczem, jam ofiarował twoją modlitwę Panu, albo Ezechiasza, któremu rzekł Bóg: Słyszałem modlitwę twoją i widziałem łzy twoje, albo łzy Pana naszego, o którym mówi św. Paweł, że za dni ciała swego modlitwy i pokorne prośby z wołaniem potężnym i łzami ofiarowawszy, był wysłuchany dla swej uczciwości. Płyną one z owego wzdychania niewymownego, jakim sam Duch Święty prosi za nami; ich zaś rysem znamiennym jest to, że zamiast mącić – rozjaśniają umysł, a zamiast niepokoju zostawiają w duszy pogodę i błogość niewypowiedzianą.

 

Teologowie rozróżniają pięć stopni tych łez, zależnie od ich większej lub mniejszej doskonałości. Do najmniej doskonałych należą łzy wylewane nad nędzą ludzką, jakkolwiek i te mogą być darem Ducha Świętego. Takimi były łzy matki Samuela, Anny, Tobiasza, córki Raguela, Sary oraz Judyty. Łzy drugiego stopnia wyciska rozważanie grzechów w świetle Boskich zmiłowań. Tu należały łzy, wylewane często przez Dawida, łzy Magdaleny u stóp Zbawiciela i łzy Piotra przy powstaniu z upadku. Trzeci rodzaj łez pochodzi ze współczucia z Jezusem i z rozważania Jego męki. Tu można zaliczyć łzy Matki Najświętszej w Jej boleściach. Łzy czwartego rodzaju cisną się do oczu wskutek pragnienia oglądania Boga oraz nieznośnej przykrości z powodu oddalenia tej chwili. Takie były łzy Dawida, które mu się stały nocnym i dziennym pokarmem, kiedy jego dusza tęskniła za obliczem mocnego i żyjącego Boga, oraz łzy Magdaleny, kiedy stała, płacząc, nad grobem, ponieważ nie znalazła tam Jezusa. Piąty stopień łez wiąże się z żarliwą miłością bliźniego oraz nadprzyrodzoną boleścią z powodu jego grzechów i nieszczęść. Tak płakał Samuel nad Saulem oraz Chrystus nad Łazarzem i nad swoją kochaną Jerozolimą, tak piękną a tak zaślepioną.

 

Stąd się pokazuje, że łzy te stanowią niemałą pomoc do osiągnięcia świętości, a będąc darem niezasłużonym, mogą być wyproszone, że więc jest w duchu Kościoła modlić się o nie usilnie i wytrwale. Jednak nasza za nimi tęsknota winna być umiarkowana i spokojna, każde bowiem nieumiarkowane pożądanie jest objawem chorobliwym. Możemy mieć we łzach tych upodobanie, lecz nie powinniśmy się do nich przywiązywać. Także nie ma powodu z nich się chlubić, są bowiem tylko darem. Jakże jednak, pomyślmy sobie, musi cenić Kościół wewnętrzną czułość nabożeństwa, skoro wbrew swemu zwyczajowi, nawet poleca nam się modlić o jej zewnętrzne i fizyczne objawy!

 

Prawdziwe pojęcie pobożności – Cz. 1


O. Fryderyk William Faber, Postęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935

 

Skomentuj