Prawdziwe pojęcie pobożności – Cz. 1

Pobożność jest słowem, które ma wiele znaczeń i, niestety, rzadko kiedy bywa użyte w znaczeniu właściwym. Niekiedy wyraża się przez nie część zamiast całości, kiedy indziej tylko zewnętrzne jego okoliczności, czasem znowu tylko jeden z jego rodzajów, jedną z jego cech, lub tylko jakiś jego skutek, jak słodycz, piękno, heroizm. Jednak bezpożytecznym byłoby sięgać do jego etymologii lub walczyć o słowa. Grunt w tym, by posiadać prawdziwe pojęcie rzeczy, o którą chodzi.

W tym kierunku krokiem niemałym będzie wytknięcie kilku błędów, będących w obiegu.

 

Zwykliśmy mawiać, że ta a ta osoba zbyt się oddaje pobożności, a zaniedbuje swe świeckie obowiązki oraz dzieła miłosierdzia. W tym wypadku przez pobożność rozumiemy modlitwę. Mówimy, że ktoś jest zbyt pobożny – i tutaj, mówiąc o pobożności, mamy na myśli akty, odnoszące się bezpośrednio do czci Boga. Natomiast gdy się wyrażamy, że więcej czujemy pobożności w pewnym kościele, czy przy jakimś święcie, myślimy o pociesze duchownej. Chodzi tu albo o rzecz, która w nas budzi poważne uczucia albo o nastrój religijny. Często też posługujemy się słowem pobożność, gdy mowa o skupieniu, o chodzeniu do kościoła i tym podobnych.

We wszystkich tych wyrażeniach tkwi trochę prawdy i dlatego byłoby rzeczą niepożyteczną zwalczać je z tego punktu widzenia. Niemniej jednak przyczyniają się one nierzadko do zamącenia właściwego pojęcia pobożności. Przy tym samo już użycie tego słowa w tylu przeróżnych znaczeniach, gdy mowa o tylu rozmaitych praktykach, wskazuje na jego doniosłość. Istotnie, w niewłaściwym pojęciu pobożności szukać należy przyczyny, dlaczego osoby pobożne cechuje nieraz tyle urojeń, przeczulenia, niestałości i przesady.

 

W języku teologicznym pobożność oznacza szczególną skłonność duszy ku Bogu, dzięki której się ona poświęca, oddaje, wiąże i ofiaruje na chwałę i służbę Boga, bądź to przez śluby, bądź to przez przyrzeczenie lub choćby zwykłe tylko uczucie.
Dlatego także pewien autor, którego długo utożsamiano błędnie ze św. Augustynem, określa pobożność jako zwrot ku Bogu z pokornym i religijnym uczuciem – pokornym z powodu własnej słabości, religijnym ze względu na ufność w Boskim miłosierdziu. Święty zaś Tomasz, zarówno dokładnie jak przejrzyście, ujmuje pobożność jako ochotną wolę spełnienia wszystkiego, co należy do służby Bożej; także Valentia ostrzega nas przed pospolitym błędem mieszania pobożności z zapałem. Św. Franciszek Salezy określa ją jako rodzaj miłości, dzięki której nie tylko czynimy dobrze, lecz robimy to troskliwie, często i ochoczo.

 

Pobożność podpada pod cnotę religii. Sama w sobie stanowi akt woli, ubocznie jednak zawiera też akt rozumu, który oddziaływa na wolę.

Przyczyna pobożności leży poza nami, jest nią sam Bóg, który działa na nas wewnętrznie przez łaskę.

Jak św. Salezy zaznacza, że choć pobożność jest jednym z rodzajów miłości, przecież zawiera coś więcej nad miłość Boga; owo „coś więcej” polega na pewnej gorliwości w pełnieniu tego, czego od nas domaga się Bóg. Niechże więc będzie mi wolno określić ją jako sprawność duchowną, która zdaje się wyrażać wszystko, co miał na myśli św. Tomasz i św. Franciszek.

 

Stąd wynika, że pobożność stanowi coś rzeczywiście poważnego, rzetelnego, wielkodusznego, hartownego i namacalnego, a nie polega bynajmniej na słodyczach, porywach, czułościach i roztkliwieniach, za które bywa często uważana.

Dobrze jest, jeżeli to wszystko posiada, ale jest to tylko dodatek i nie wyraża samej jej istoty. Gdyby się to nie wydawało grą słów, powiedziałbym nawet, że bardziej byłoby dla nas pożądanym mieć o pobożności pojęcie teologiczne, aniżeli pobożnościowe, jak to często ma miejsce.

 

Teologowie rozróżniają pobożność istotną od przypadłościowej, a przypadłościową dzielą jeszcze na czysto duchową i uczuciową.

Pobożność istotna streszcza się w rozumnej gotowości woli do służby Bożej i opiera się nie na pociągu wyobraźni lub słodyczy uczucia, lecz na prawdach wiary oraz utwierdza duszę w niezłomnym postanowieniu służenia Bogu w jakichkolwiek bądź okolicznościach. Bez tej istotnej podbudowy nie warta nic żadna pobożność, żadna nie jest trwała, żadna nie stanowi rozumnej służby Bożej. Po łasce wiary nie ma nic na świecie, co byśmy więcej cenić powinni, aniżeli tę istotną pobożność.

 

Pobożność przypadłościowa duchowa 

stanowi w rzeczywistości jeden ze stanów pobożności istotnej, do której podobało się Bogu dorzucić dar słodyczy. Płynie z niej pewne orzeźwienie, umocnienie i wypogodzenie ducha, które przenika naszą część duchową, nie udzielając się części zmysłowej naszej natury. Przyczynia nam ona owej sprawności duchownej, którą stanowi pobożność istotna, następnie umacnia nas przeciw trudnościom, a nawet budzi pewną przyjemność w ich przezwyciężaniu.

 

Natomiast pobożność przypadłościowa uczuciowa

 jest to stan, w którym do pobożności istotnej i przypadłościowej duchowej dołącza się to, że Bóg nachyla się bardziej nad naszą słabością i nędzą, że darzy nas hojniej i w sposób uczuciowy pieszczotami swojej miłości, dozwalając słodyczy zalać nie tylko naszego ducha, lecz spłynąć także na uczucie zmysłowe, niekiedy nawet na ciało i krew.

 

 

Analogicznie do powyższego rozróżnienia pobożności przypadłościowej istnieją też dwa rodzaje oschłości i opuszczenia: opuszczenie duchowe, które polega na braku przypadłościowej pobożności duchowej i zdaje nas na samą tylko pobożność istotną oraz opuszczenie uczuciowe, które zależy na niedostatku przypadłościowej pobożności uczuciowej i ogranicza Boską pociechę do wyższej części natury, podobnie jak Chrystus Pan w Ogrojcu nie pozwolił spłynąć na niższą część swej duszy pociesze, wynikającej z Jego Bóstwa.

 

Jest więc rzeczą bardzo doniosłą umieć odróżnić skutki pobożności od niej samej, co nam ułatwia św. Tomasz w sposób niezwykle prosty i jasny. Szkoła tomistyczna mówi zawsze o „świetle” i „rozumieniu”, które w niej grają tę samą rolę, co w szkole skotystów „wola” i „uczucie”.

Toteż św. Tomasz powiada, że pobożność nieci w duszy światło, którego skutki bywają różne, zależnie od przedmiotów, na jakie pada. Jeżeli piękność Boga w promieniach tego światła wydaje się duszy bliską i dosięgalną, wtedy następuje wesele i szczęście. Jeśli natomiast Bóg okazuje się nam w owym świetle niedostępny dla naszej nicości i nieosiągalny dla naszych pragnień, wówczas sprawia nam ono pewną boleść, tęsknotę i duchowy niepokój. Światło to pokazuje nam własną grzeszność i nędzę, a jego owocem jest zbawienna boleść i święte strapienie.

 

Mając przed oczyma naukę Anielskiego Doktora, dziwić się doprawdy wypada tym, którzy wciąż szukają pobożności tam, gdzie jej nie ma i użalają się nad brakiem rzeczy przypadłościowych, czysto przygodnych, jak gdyby ich brak oznaczał zupełne odpadnięcie duszy od Boga.

Wielu upatruje pobożność w pociechach, które są wyłącznie darem Bożym, a które niczego nie mogą w nas wywołać, jak tylko jeszcze większe pragnienie ich posiadania.

Inni widzą pobożność w uwolnieniu od pokus; może ono być albo pobłażliwym ustępstwem (ze strony Boga) dla naszej powolnej rekonwalescencji po upadkach grzechowych; albo może być cofnięciem sposobności do zasług, ponieważ okazaliśmy się niegodni doskonałości; może być również następstwem zbytniego zagrzęźnięcia ducha ludzkiego w jakichś zajęciach doczesnych lub wreszcie podstępem szatana dla pewnych zamiarów, które później przed nami odsłoni.

Inni zasadzają pobożność na mnogości praktyk pobożnych, jak gdyby siła człowieka zależała od mnóstwa dzieł podjętych, a nie odwrotnie: dzieła dokonane – od siły, która się może załamać pod brzemieniem przyjętych zobowiązań.

 

Niektórzy są tak nieroztropni, że upatrują pobożność w uczuciowym zamiłowaniu do obrazków i wizerunków, przypisując im możność uduchowienia duszy, jaka nie przysługuje nawet zewnętrznym znakom sakramentalnym, mimo ich przedziwnego działania. Ten błąd osłabia najpierw nasz zdrowy rozsądek, następnie zwraca nas do rzeczy nieistotnych, a wreszcie zaciemnia nasz umysł.

Inni widzą pobożność w gwałtownych postanowieniach. Tymczasem gwałtowność rzadko wychodzi na dobre w życiu duchownym. Przeto zasadzać pobożność na gwałtowności znaczy tyle co brać pragnienie cnoty za cnotę samą, do której tamto jest tylko drogą.

Jeszcze inni dopatrują się pobożności w coraz to ostrzejszych umartwieniach. Lecz często się zawodzą. Surowość bowiem nierzadko zatwardza serce, któremu właściwie brak delikatności przeszkadza do pobożności. Zawsze niedowierzam umartwieniom, czynionym dla osiągnięcia jakichś celów. Albowiem winny one być tylko podwójnym wyrazem miłości, która z jednej strony pożąda zemsty na sobie samej, z drugiej zaś pragnie naśladować swego umartwionego Zbawcę.

 

Niektórzy pokładają pobożność w łzach i oświeceniach, podczas gdy zarówno łzy jak oświecenia, jeśli mają mieć jakąś wartość, muszą właśnie płynąć z nabożeństwa, jako jego uboczne skutki.

Inni żądają do pobożności gwałtownej skruchy. Lecz skrucha, do której sami jesteśmy zdolni, streszcza się w spokojnym, rozumnym i pełnym żalu postanowieniu, jej zaś gwałtowność i wybuchowość jest darem Bożym.

Są nawet tacy, którzy widzą pobożność w zdolności do przejmowania się gorącymi i żarliwymi słowami innych; nie pomnąc, że po pierwsze trudno znaleźć takie uczucie, którego byśmy sztucznie w sobie wywołać nie mogli, gdy zechcemy; a po wtóre nie ma uczucia, którego byśmy w siebie wmówić nie zdołali, nawet wbrew rzeczywistości. Mimo to jednak, ileż gmachów pobożności zawisło nad przepaścią tego złudzenia.

Niektórzy wreszcie sądzą, że pobożność polega na uświadomieniu sobie obecnych działań Bożych w duszy. Lecz przecie sama świadomość własnej pobożności jest tylko stwierdzeniem jej istnienia, a nie przyczyną. W ten sposób wszelkie złudzenia rozpraszają się w świetle nauki św. Tomasza.

 

cdn. 

 

 


O. Fryderyk William FaberPostęp duszy, czyli wzrost w świętości. Kraków 1935

 

Skomentuj