Trwanie myślami przy Chrystusie – O przemianie serca

Ujrzymy to jaśniej, jeśli rozważymy, że co innego odczuwamy zwracając się do naszych przyjaciół, lub mówiąc o nich, gdy są obecni, a co innego, gdy ich nie ma. Ich obecności jest dla nas punktem odniesienia; działa jak zewnętrzne prawo, które ukazuje nam, co czynić a czego nie, czego nie powinniśmy robić i co powinniśmy zrobić inaczej, lub co powinniśmy uczynić wyłącznie w takiej i nie innej mierze.

Oto, czego brakuje obecnie większości ludzi w ich życiu religijnym – takiego oto zewnętrznego ograniczenia, wynikającego ze świadomości Bożej obecności.

Rozważmy, powiadam, w jak różny sposób mówimy o przyjacielu, jakkolwiek bliskim, w sytuacji, gdy jest obecny lub nieobecny; rozważmy, co byśmy czuli, gdyby się tak zdarzyło, że zaczęlibyśmy mówić o nim jakby był nieobecny i gdybyśmy nagle uświadomili sobie, że jest odwrotnie. Jakbyśmy się wówczas czuli, choćbyśmy nawet nie myśleli o niczym innym poza przyjacielską miłością i oddaniem? Ale jest taki ton głosu i sposób mówienia o osobach nieobecnych, który należy uznać za lekceważący, a w ostateczności za bezczelny, gdyby go użyć w ich obecności. Gdy zdarzy się coś takiego, zastanawiamy się w większym lub mniejszym stopniu, choćby w sposób nie do końca uświadomiony, jak by przyjęły nasze słowa osoby nieobecne, jakie wrażenie by to na nich wywarło i – z drugiej strony – co by nam powiedziały i co by sobie o nas pomyślały.

Gdy ktoś jest nieobecny, kusi nas być może, by po cichu powiedzieć, co sądzimy o jego poglądach – lecz w jego obecności uważamy na swoje słowa, wolimy pominąć niewygodne kwestie, czy to z tej racji, że zdajemy sobie jasno sprawę, iż możemy się mylić, i że ta osoba może wdać się w polemikę. Jesteśmy bardzo ostrożni w mówieniu o tym, co sądzimy o jej przekonaniach w danej sprawie lub o tym, jak ona się do nas odnosi; we wszystkich tych sprawach dostrzegamy swoje poważanie i subtelność w zachowaniu wobec tej osoby.

Zatem, jeśli czujemy tego typu respekt wobec naszych znajomych i przyjaciół, co powinniśmy odczuwać w obecności Wszechwiedzącego, przenikającego wszystko Sędziego ludzi?

Szacunek i roztropność, jakie zachowujemy wobec ludzi stają się bojaźnią Bożą w stosunku do Wszechmogącego; a ci, którzy nie czują tej bojaźni, mówiąc krótko, nie wierzą, że On ich widzi i słyszy.

Gdyby było inaczej, przestaliby z zadufaniem chełpić się Jego przychylnością dla nich, przestaliby opowiadać w jak zażyłej są relacji z Bogiem, przestaliby rozwodzić się nad Jego tajemnicami, przestaliby lekko traktować Boże Imię i przestaliby zwracać się do Niego z niestosowną poufałością.


Taka medytacja jest w istocie nieustającym, ciągłym myśleniem o Jezusie Chrystusie, o Jego czynach i mękach. Oznacza trwanie przed Nim z naszymi myślami, jako przed Jedynym, którego możemy kontemplować, uwielbiać i ku któremu możemy się zwracać, gdy wstajemy, kładziemy się, jemy i pijemy, gdy jesteśmy w domu i poza nim, gdy pracujemy, chodzimy, ostatecznie – gdy jesteśmy sami, lub znów pośród ludzi; tym jest medytacja. I tylko w ten sposób, żaden inny, będziemy mogli wypełnić nasze serca w stosowny sposób.

Jesteśmy ludźmi o kamiennych sercach, sercach tak twardych jak uliczny bruk, życie Chrystusa nie zostawia na nich ani śladu. A zatem, jeśli pragniemy zostać zbawieni, nasze serca muszą być czułe, wrażliwe, ożywione; nasz serca muszą zostać skruszone, przeorane jak ziemia, przekopane, nawodnione, doglądane, uprawiane, dotąd aż staną się niby ogród, ogród Edenu, godne uznania naszego Boga, ogrody, po których Pan Bóg będzie mógł chodzić, w których będzie mógł mieszkać; ogrody wypełnione nie dzikimi krzewami i cierniami, lecz wonnym i pożytecznymi sadzonkami niebiańskich drzew i kwiatów. Pustynie i jałowe nieużytki muszą zostać nawodnione przez strumienie żywej wody.

Taka zmiana musi dokonać się w naszych sercach, jeśli pragniemy zostać zbawieni; to co mamy w świecie, nie może żadną miarą pochodzić ze świata, z natury, a tym jest wiara i miłość. Lecz jak można to osiągnąć, wedle Bożej łaski, jeśli nie jedynie przez daną od Niego, praktyczną medytację, w każdy czas Święty Piotr opisuje to, o czym myślę, gdy powiada, mówiąc o Chrystusie: „wy, choć nie widzieliście, miłujecie Go; wy w Niego teraz, choć nie widzicie, przecież wierzycie, a ucieszycie się radością niewymowną i pełną chwały” (1 P 1, 8).

Chrystus odszedł, nie widać Go; nigdy Go nie widzieliśmy, a jedynie czytamy i słyszymy o Nim.

Jest takie stare powiedzenie: „co z oczu, to i z serca”. Bądźcie pewni: tak musi być i tak będzie z nami, z naszą relacją do błogosławionego Zbawiciela, jeśli nie podejmiemy ciągłych wysiłków by przez cały dzień myśleć o Nim, Jego miłości, Jego nakazach, Jego darach i obietnicach.

Musimy przywoływać nieustannie w myślach to, co czytaliśmy o Nim w Ewangeliach i pobożnych książkach; musimy wracać do tego, co słyszeliśmy w kościele; musimy modlić się do Boga, by uzdolnił nas do tego, by nam w tym błogosławił, by uczynił zdolnymi modlić się tak w prostocie umysłu, szczerze, z przepełnionym czcią duchem. Jedynym słowem, musimy medytować, wszystko to jest medytacją i nawet najmniej uczona osoba może ją praktykować i będzie to czynić, jeśli znajdzie w sobie wolę po temu.


A teraz dwie kwestie dotyczące tej medytacji, modlitewnego zamyślenia nad czynami i męką Chrystusa.

Pierwsza z nich może wydać się zbyt oczywista, by o niej wspominać, ale gdybym ją przeoczył, mogłoby się wydawać, że o niej zapomniałem, gdy w rzeczywistości biorę ją pod uwagę.

Oto ona: taka medytacja nie jest bynajmniej łatwa na początku. Wiem o tym; ludzie uznają ją na początku za irytującą, a ich myśli będą bardzo chętnie uciekać ku innym przedmiotom. To prawda, lecz zgódźmy się,

jeśli Chrystus uznał twoje zbawienie za godne wielkiej ofiary dobrowolnych cierpień za ciebie, czy nie powinieneś uznać (co jest zresztą twoim osobistym zadaniem) swego własnego zbawienia za warte tak niewielkiej ofiary, jaką jest nauka medytacji nad Jego cierpieniami?

Czy można od ciebie mniej wymagać, skoro to On dokonuje dzieła, a ty powinieneś tylko uwierzyć w nie i je przyjąć?

Moja druga uwaga jest taka:

ta medytacja tylko przez powolne stopniowanie zdolna jest zmiękczyć nasze twarde serca, a wtedy dzieje Chrystusowych utrapień i smutków rzeczywiście nas poruszą. Jedno czy dwa rozważania o Chrystusie nie uczynią tego.

Przemiana serca dokonuje się w ciszy i miarowo, rośnie wraz z Jego obrazem przed oczyma naszej duszy, tak byśmy krok po kroku nabierali w serca odrobinę ciepła, światła, życia i miłości.

Nie powinniśmy przeglądać się w lustrze, by szukać nagłej zmiany. To będzie jak rozkwitające na wiosnę liście. Nie widzisz jak rosną; nie możesz tego wykryć przez krótkotrwałą obserwację. Lecz każdego dnia, który mija, coś się z nimi dzieje; być może jesteś w stanie powiedzieć każdego ranka, że coraz pełniej rozkwitły. I tak jest z naszymi duszami; oczywiście nie każdego poranka, lecz gdy minie pewien czas, możemy dostrzec, że więcej w nas życia i jesteśmy bardziej religijni niż wcześniej, choć w międzyczasie nie byliśmy świadomi, iż rozwijamy się duchowo.


Św. Augustyn

Cześć i szacunek, owoce wiary w Bożą Obecność wśród nas„, Kazania parafialne, str. 965-966.
Uniżenia Chrystusa – medytacja dla chrześcijan”, Kazania parafialne, str. 1202-1204.

[Oprac. A.S]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s